fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Prezydent USA

Wybory w USA: Dni po wyborach prezydenckich zapowiadają się burzliwie

3 listopada. Jeden z kluczowych dla wyniku stanów – Floryda. Kolejka do głosowania w Tallahassee
3 listopada. Jeden z kluczowych dla wyniku stanów – Floryda. Kolejka do głosowania w Tallahassee
AFP
Burzliwie zapowiadają się również dni po wyborach.

W dniu wyborów handlowe centrum nowojorskiego Manhattanu wyglądało, jakby szykowało się na wybuch bomby. Jako jeden z pierwszych flagowy sklep Macy's w weekend zaczął zabijać swoje witryny wystawowe drewnianymi płytami. W jego ślady poszedł Saks Fifth Avenue, Bloomingdales i drogie sklepy na Piątej Alei, Soho, a potem większość punktów usługowych na Manhattanie, w handlowych centrach innych dzielnic Nowego Jorku, Waszyngtonu, na słynnym Rodeo Drive w Beverly Hills i dużych miastach kraju. Banki zatrudniły dodatkowych pracowników ochrony, wokół Białego Domu stanął wysoki metalowy płot, a w wielu stanach Gwardia Narodowa szykowała się do ewentualnej interwencji.

Czytaj także:

W taki sposób Ameryka, największa demokracja na świecie, przygotowała się do finału tegorocznych wyborów, w których obywatele decydowali, czy na kolejne cztery lata w Białym Domu zostawić kontrowersyjnego i ekscentrycznego Donalda Trumpa, czy dać szansę na wykazanie się kandydatowi demokratów Joe Bidenowi.

Wszystko może się zdarzyć

Bez względu na to, który z kandydatów wygra, lokalne władze i policja obawiały się niespokojnych dni. Już zresztą przed wyborami doszło do blokady autostrad zorganizowanej przez zwolenników prezydenta w Nowym Jorku i sąsiednim stanie New Jersey, konfrontacji protestujących z grupą sympatyków Trumpa, a w Karolinie Północnej policja zmuszona była użyć gazu łzawiącego na uczestników wymykającego się spod kontroli wiecu wyborczego.

– Jeżeli miasto albo stan odmówi podjęcia kroków koniecznych do ochrony życia i mienia mieszkańców, to ja zaangażuję wojsko amerykańskie i szybko rozwiążę problem – zapowiadał Donald Trump w poniedziałek, dolewając oliwy do ognia. – Mamy rok 2020. Wszystko się może zdarzyć – mówią Amerykanie, nieco z humorem, ale też ze zrezygnowaniem gotowi na wszystko w roku sparaliżowanym pandemią, protestami i doniesieniami o kryzysie gospodarczym.

Koperty

– Przegram tylko wtedy, gdy wybory zostaną sfałszowane – mówił Donald Trump, od dawna zachęcając niemalże wyborców do pokazania swojego niezadowolenia. Po kilku miesiącach kampanii przeciwko głosom kopertowym, które to właśnie jego zdaniem prowadzą do oszustw, w ostatnich dniach przed finałem wyborów, pozostający w tyle w sondażach, prezydent Donald Trump próbował podważać ich wyniki, zanim były jeszcze znane, sugerując, że każdy głos liczony po wyborczym wtorku powinien być traktowany jako podejrzany.

Problem w tym, że na prawie 100 milionów głosów oddanych przed 3 listopada duża część to głosy korespondencyjne. Ich liczenie może zająć kilka dni. Tylko dziewięć stanów da radę policzyć je do południa dzień po wyborach. Ponad 20 stanów i Dystrykt Kolumbii jeszcze po wtorku przyjmują koperty z głosami wysłane przed wyborami. Niektóre stany podają szczątkowe wyniki, ale np. Nowy Jork i Alaska czekają na policzenie wszystkich głosów korespondencyjnych, zanim podadzą wyniki.

Trump z dezaprobatą przyjął decyzję Sądu Najwyższego, który pozwolił w Pensylwanii, jednym z kluczowych stanów, na liczenie głosów, które dotrą do komisji wyborczych trzy dni po wyborczym wtorku. – Ta decyzja pozwoli na niekontrolowane i szeroko zakrojone oszustwa, podważa nasz cały system praw i podnieca przemoc na ulicach – napisał Trump na Twitterze, a w Wisconsin stwierdził, że to „decyzja polityczna, która umożliwi obozowi Bidena oszustwa".

Prawnicy gotowi

Jak tylko skończy się głosowanie, idziemy na całego z naszymi prawnikami – zapowiadał prezydent, który plasując się w sondażach ponad 10 punktów za demokratycznym rywalem, nie miał pewności, że stany, takie jak Wisconsin, Pensylwania, Floryda czy Michigan, które udało mu się zdobyć cztery lata temu, w tym roku zagłosują na niego.

Jeszcze przed finałem wyborów obie kampanie Trumpa i Bidena, organizacje broniące praw wyborczych i konserwatywne grupy zbierały fundusze oraz organizowały zastępy prawników do prawnej batalii w kluczowych stanach, o to które głosy zaliczyć, a które odrzucić. Tego rodzaju potyczki obecne są w amerykańskiej polityce od co najmniej 2000 r., kiedy zakwestionowano głosy na Florydzie. W tym roku jednak spodziewana była szczególnie zażarta walka o każdy głos, który można podważyć za niewyraźną datę wysłania lub podpis.

– Mobilizacja po stronie republikanów jest bezprecedensowej skali – mówią komentatorzy. Republikanie już przed wyborami dokonywali prób dyskwalifikowania głosów, zanim zostały policzone. W Teksasie sądownie podważali ważność 127 tys. głosów oddanych w punkcie wyborczym typu drive-through, w którym wyborcy głosowali, nie wychodząc z samochodów.

Z drugiej strony demokraci szykują się na utrudnione przejęcie władzy, w przypadku wygranej Joe Bidena, bo Trump m.in. nie chciał podpisać rutynowych dokumentów dotyczących ewentualnego przekazania władzy. – Pytają mnie, czy jeżeli przegram, to przekażę władzę w przyjazny sposób. A ja się pytam, czy oni mi przekazali władzę, jak wygrałem. Szpiegowali mnie i robili inne rzeczy – mówił Trump na wiecu w Ohio, stawiając demokratów w stan pogotowia.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA