fbTrack

Polska 2050

Silny jak obywatel

rp.pl
Wyzwanie, przed którym stoimy, to upowszechnienie kultury obywatelskiej, demokratycznej, identyfikującej się z państwem, zakładającej czynny wpływ jednostki na nie – pisze Krzysztof Janik, były minister spraw wewnętrznych i administracji.

Perspektywa roku 2050 jest za progiem. To raptem tylko jedno pokolenie. Na ile zatem zmieni się świat, Europa, Polska? Otóż odpowiedziałbym, jako humanista, że na tyle, na ile zmieni się człowiek i struktury, które stworzył, aby lepiej, efektywniej zaspokajać swoje potrzeby. Wśród nich państwo, jako najistotniejsza z nich.

Rozważania o państwie mają pewną przewagę nad dotychczas publikowanymi w debacie „Polska 2050" refleksjami o gospodarce, sytuacji świata i układu sił w tym świecie. Otóż nasz wpływ na te zagadnienia jest tylko pośredni. Z całym szacunkiem dla ekonomistów, politologów i tym podobnych, ich prognozy mają charakter spekulacyjny. Z dużym prawdopodobieństwem możemy domniemywać, że świat się będzie rozwijał gospodarczo i technologicznie, a nowe technologie wywrócą dotychczasowy porządek rzeczy. Ale to w niewielkim stopniu zależy od nas, żyjących tu nad Wisłą.

W znacznie większym stopniu zależy co innego. Jakiego wychowamy człowieka, gdzie postawimy granice etyczne dla nieuchronnego postępu. W zakresie medycyny, technologii cyfrowych i militarnych, stosunków między ludźmi. Jakimi obywatelami będziemy i jakiego państwa. To rzeczy, które zależą od nas w największym stopniu, a mamy tu sporo do odrobienia i nie mniej do zaprojektowania i wykonania. Właśnie o tym, jak przebudować mentalność Polek i Polaków, jak rozumem, a nie płytkimi emocjami związać ich z państwem, warto też w kontekście odległej przyszłości rozmawiać.

Dwie kultury

Nie jest to łatwa rozmowa. Moje pokolenie rodziło się sto lat po zniesieniu pańszczyzny, było (i nadal jest) pokoleniem, dla którego świat równości społecznej i awansu w stratyfikacji społecznej (miedzyklasowego – używając Engelsa) był światem atrakcyjnym. To dlatego wielu moich rówieśników (w tym ja) poparło polską odmianę realsocjalizmu. Jej nieudaczność spowodowała, że ta sama generacja ją obaliła – wszak główni bohaterowie opozycji i władzy w 1989 r. mieli po 30–40 lat. Z należnym szacunkiem dla działaczy Solidarności – ich wkład w tę rewolucję był nieporównywalnie większy. Ale miał rację ks. Tischner, który dostrzegał wtedy piętno homo sovieticusa, choć mylił się, przypisując je tylko PRL. Ten homo sovieticus drzemał w nas przez dziesięciolecia, a kolejne wielkie doświadczenia narodowe (II wojna, Solidarność, rok 1989) stwarzały szansę na odejście od tego modelu obywatelstwa, którą następnie marnowaliśmy.

Dziś jest podobnie. Nasze podziały polityczne – to żadne odkrycie – są następstwem podziałów mentalnościowych. Tak naprawdę walczą w Polsce dwie kultury polityczne. Jedna – żeby trzymać się klasycznego podziału Almonda i Verby – poddańcza, która odwołuje się do siły władzy (a nie państwa), sprzyja strategii dostosowania się, optymalnego z punktu widzenia jednostki „umoszczenia" się w życiu publicznym, bez ambicji politycznych. Druga – to kultura obywatelska, kreacyjna, demokratyczna, identyfikująca się z państwem, zakładająca czynny wpływ jednostki na jego kształtowanie się i funkcjonowanie.

Dla pierwszej punktem odniesienia są wspólnoty mistyczne: naród i religia umocowane w opozycji do innych, bo to jest „nasze", a państwo to dzieło elit, z którymi (i z którym) mamy niewiele wspólnego. Dla drugiej – realne byty instytucjonalne: państwo i prawo, aktywnie i realnie wspierające obywatela w jego staraniach o zaspokojenie potrzeb społecznych, w tym własnych.

Wyzwanie, przed którym stoimy, to upowszechnienie tych drugich postaw jako funkcjonalnych wobec silnego państwa. To pewnie mnóstwo rzeczy, na których się nie znam: edukacja, kultura, wychowanie, model rodziny czy rola mediów. Mam zresztą wątpliwości co do tego, czy można nauczyć się demokracji w trakcie lekcji lub audycji telewizyjnej. Taka pedagogika umacniać może przekonanie, że państwo to dzieło innych, struktura obca, którą należy poznać tylko po to, aby w nim znośnie funkcjonować. I kilka rzeczy, w których czuję się w miarę kompetentny: to model funkcjonowania państwa, instytucje państwowe, procedury podejmowania decyzji, relacje obywatel–państwo. To te kwestie mogą sprzyjać aktywnemu obywatelstwu, a mogą też kształtować postawy bierne. To – podkreślam raz jeszcze – zależy od nas, jest w obszarze stanowiących decyzji polityków i obywateli. Kilka rzeczy chcę zatem zaproponować.

Żadnych progów wyborczych

Zacząć by trzeba od umocnienia form demokracji bezpośredniej, poprzez którą może realizować się wola obywateli. To obowiązek przeprowadzenia przez Państwową Komisję Wyborczą referendum powszechnego w razie, gdy zażąda tego pewna liczba obywateli (np. milion). To upowszechnienie referendów lokalnych, w niektórych przypadkach, np. wieloletnich planów rozwojowych miasta czy gminy, obowiązkowe. To wreszcie wykorzystanie mediów społecznościowych i nowoczesnych środków komunikacji – głosowanie esemesem, przez internet itp. Na początek głosowanie sondażowe, a potem, kiedy się tego nauczymy – rozstrzygające. To kwestia zasadnicza: jeśli chcemy, aby obywatel ufał swojemu państwu, najpierw ono musi okazać mu zaufanie, bez żadnych podejrzeń i dwuznacznej ostrożności.

Takie też podejście musimy mieć do wyborów. To żadne święto demokracji, to podstawowy obowiązek i uprawnienie obywatela. Opowiadam się wprowadzeniem mieszanego – skorygowanego niemieckiego – systemu wyborczego, wszędzie tam, gdzie głosujemy na reprezentację polityczno-obywatelską, od powiatów, aż do Sejmu RP. Przeliczaniem głosów na mandaty towarzyszyć musi nie idea sprawnego rządu (d'Hondt), lecz idea reprezentatywności społecznej (Hare'a-Niemeyera), bez żadnych progów wyborczych. Jak najmniej głosów zmarnowanych, jak najmniejsze grupy bez reprezentacji politycznej – to szansa na społeczeństwo obywatelskie. Powinna być także możliwość odwołania posła lub radnego – przy zachowaniu zasady, że nie prowadzi to do zmiany struktury politycznej Sejmu lub rady (sejmiku).

Ostoją ładu Rzeczpospolitej jest wymiar sprawiedliwości, który może być ostatnią barierą przed autorytarnymi ciągotami. Ale czy polscy obywatele zechcą bronić sądów lub prokuratorów przed próbą wcielenia ich w machinę opresyjnego państwa? Wątpię. A właściwie dlaczego społeczności lokalne nie mogą wybierać bezpośrednio ławników sądowych albo – nie bójmy się powielać rozwiązań z innych krajów – prokuratorów powiatowych czy komendantów komisariatów policji? Dlaczego nie można powołać instytucji sędziego lokalnego wybieranego przez wszystkich obywateli danej gminy spośród osób posiadających wykształcenie prawnicze, a rozstrzygających, w uproszczonym postępowaniu dowodowym, wykroczeń i prostych „pyskówek"? A dlaczego sędziów Trybunału Konstytucyjnego nie możemy wybierać w województwach spośród profesorów wydziałów prawa pracujących lub zamieszkałych w danym regionie? To rzeczy proste, choć przeciwne dotychczasowej praktyce. Ale to ona sprzyja widzeniu przez obywateli drzew, a nie lasu.

Przebudowy wymaga samorząd lokalny. Tam też następują – co pokazują ostatnie wybory – procesy oligarchizacji i petryfikacji władzy. Warto umocnić i zinstytucjonalizować rady sołeckie i rady osiedli, a budżet partycypacyjny uczynić obowiązkowym. Zmusić gminy do przygotowania wieloletnich planów rozwojowych (władze państwa także) i regularnie poddawać społecznej ocenie stan jego realizacji poprzez referendum lokalne. Zmienić charakter władzy wójta, burmistrza i prezydenta miotających się pomiędzy rolą lokalnego lidera politycznego a kierownictwem zakładu pracy, jakim jest urząd.

Wójt i jego miejscy odpowiednicy są dziś politykami pełną gębą, dlaczego nie umożliwić im kandydowania do Senatu jako izby samorządowej? A urzędem zarządzałby dyrektor gminy, rekrutujący się z korpusu urzędników służby cywilnej i ograniczonym czasem pełnionej służby. Wymaga to wprowadzenia w kraju korpusu służby cywilnej. Kiedyś to się musi udać, bo profesjonalizacja usług świadczonych przez państwo będzie następować.

Prawo jazdy na poczcie

Trzeba przy tym już myśleć o reformie aparatu państwowego. Aparat państwa, podział administracyjny, poziom decentralizacji i dekoncentracji władzy jest rzeczą wtórną wobec potrzeb społecznych i zmieniających się narzędzi realizacji zadań państwa. My nadal mamy strukturę, której symbolem jest lokalizacja powiatów. Chodziło o to, aby dojechać tam furmanką i jeszcze tego samego dnia wrócić. Tak nam zostało i przybywa nam powiatów, w których za 30 lat mieszkać będzie po kilkanaście tysięcy osób, a starostwo i szpital są i będą największymi pracodawcami. Wyludnia się wieś i miasta średnie. O ile możemy założyć, że w rolnictwie i jego obsłudze pracować będzie coraz mniej ludzi, o tyle problem średnich miast będzie narastał. Już dziś trzeba myśleć o odnowie ich kapitału ludzkiego i gospodarczego.

Reforma aparatu państwa to także komercjalizacja i outsourcing części usług administracyjnych. Ot, kłopoty ma Poczta Polska, bo piszemy e-maile i esemesy. Dlaczego zatem na poczcie nie możemy zarejestrować samochodu, odebrać prawa jazdy, zamówić usługi publicznej i dokonać wielu innych czynności quasi-urzędowych? Dlaczego urzędy są czynne wtedy, gdy my pracujemy? Dlaczego tysiące urzędników chodzi do pracy na ósmą, zamiast jedni na szóstą, inni na dziesiątą, a jeszcze inni na drugą zmianę? Wolność obywateli to także uwolnienie ich od drobnych uciążliwości dnia powszedniego.

W Europie od roku 2003 przeprowadzane są badania jakości życia (European Quality of Life Surveys – EQLS). Pod uwagę bierze się cztery czynniki, w tym dwa dla mnie istotne. To zaufanie do instytucji oraz jakość usług publicznych, w tym administracyjnych. W obydwu Polska ma jeszcze sporo do zrobienia. Ale nie wierzę, że zrobi to moje pokolenie. Musi być nowe, wolne od pamięci o ułomnej polskiej państwowości ostatnich stu lat. Patrzące do przodu. ©?

Krzysztof Janik – były przewodniczący SLD, minister spraw wewnętrznych i administracji w rządzie Leszka Millera (2001–2004)

Opinia Macieja Stańczuka w cyklu Polska 2050 >A22

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL