fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Szułdrzyński: Ból głowy na sto lat wolności

PAP, Fotorzepa
Ugoda prezydenta z PiS w sprawie sądów może się stać pułapką na opozycję. Ale zasadzki czyhają też na władzę.

Mimo osiągnięcia tuż przed Świętem Niepodległości porozumienia z prezydentem w sprawie ustaw o sądownictwie PiS nie da sobie czasu na oddech. Do politycznej agendy wrzucił pomysł reformy prawa wyborczego. Sporym problemem dla partii rządzącej będzie też to, co w sobotę wydarzyło się na ulicach stolicy.

Po zakończonej w piątek kolejnej turze negocjacji posła PiS Stanisława Piotrowicza z wiceszefem Kancelarii Prezydenta RP Pawłem Muchą w sprawie złożonych przez Andrzej Dudę projektów ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym obie strony przekonują o sukcesie. PiS zawarty kompromis przedstawiał początkowo jako kapitulację prezydenta, ale po ujawnieniu szczegółów powoływania członków KRS stwierdzić można, że Duda osiągnął, co chciał. Dwa kroki wyboru KRS gwarantują opozycji sześciu na 15 członków tego ciała. Paradoksalnie spór prezydenta i partii rządzącej zakończył się pułapką na opozycję. Rywale PiS będą mieli możliwość wyboru sędziów do KRS, jeśli jednak nie skorzystają z tej opcji w pierwszych dwóch krokach, to w trzecim, by uniknąć impasu, sędziów do Rady wskaże partia rządząca. Jeśli więc do KRS trafią tylko nominaci PiS, obóz rządzący będzie mógł powiedzieć, że winna jest opozycja. Jeśli jednak ta weźmie udział w obsadzaniu KRS, trudniej jej będzie krytykować zmiany w sądownictwie.

Ale PiS nie będzie miał czasu cieszyć się z kompromisu w sprawie sądów. Tuż przed Świętem Niepodległości do Sejmu trafił projekt zmian w ordynacji wyborczej wraz z gruntowną przebudową Państwowej Komisji Wyborczej.

I w tej sprawie opozycja zapowiada ostry bój. Przy wysokiej temperaturze sporu PiS trudno będzie przekonać przeciwników, że nie manipuluje przy prawie, by wpłynąć na wyniki wyborów. Opozycja uważa, że propozycje PiS mogą być iskrą, która wywoła nowe protesty uliczne.

I rzeczywiście, z ulicą partia rządząca będzie miała spory kłopot. Ale nie idzie tu tylko o liberalną opozycję. Problemem będą następstwa, nie tylko wizerunkowe, sobotniego marszu narodowców w Warszawie. Światowe media obiegły zdjęcia z Marszu Niepodległości z podpisem, że tysiące faszystów przeszły ulicami stolicy, wznosząc rasistowskie okrzyki i posługując się symboliką odwołującą się do faszystowskich skojarzeń. Choć skrajne zachowania były marginesem sobotniego marszu i wielu jego uczestników z czystymi intencjami manifestowało swój patriotyzm, problemem jest to, że okazją był marsz organizowany przez ugrupowania nacjonalistyczne. Wyrozumiałość, z jaką nadzorujący policję minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak podszedł do rasistowskich haseł na marszu, którego uczestników chwalił za patriotyczną postawę, pokazuje, że sprawa staje się polityczna. Po pierwsze, pod bokiem PiS rośnie silna, skrajnie narodowa konkurencja. A po drugie, obrazki, które idą w świat, obciążają konto i tak nie mającego najlepszej prasy rządu PiS. Na szczęście wicepremier Piotr Gliński i wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki potępili rasistowskie hasła. Niemniej dla obozu władzy, dla którego stulecie niepodległości miało być wehikułem budowy politycznego poparcia, sobotni marsz ujawnia poważny problem. Jak nie dać sobie skraść ogólnonarodowego święta setnej rocznicy odzyskania niepodległości przez maszerujących młodzieńców spod znaku Falangi i mieczy Chrobrego? Dylemat, co zrobić z rosnącym żywiołem radykalnym, będzie dla PiS większym problemem niż rekonstrukcja rządu czy planowane na ten tydzień podsumowanie dwulecia gabinetu Beaty Szydło.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA