fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Nieliberalny plan dla Europy

Troje trendsetterów w Unii Europejskiej: prezydent Francji Emmanuel Macron, premier Węgier Viktor Orbán i kanclerz Niemiec Angela Merkel.
AFP
Polityczna wizja Viktora Orbána może nie wystarczyć do podboju Parlamentu Europejskiego.

Przynajmniej od dwóch kadencji w każdej kampanii do europarlamentu pojawiają się zapowiedzi znaczącego wzrostu poparcia dla sił populistycznych, które miałyby zachwiać starym porządkiem i znacząco wpłynąć na politykę UE. – Za każdym razem co prawda zyskują, ale nie tak, jak się tego oczekuje – przyznaje Basile Ridard, ekspert belgijskiego think tanku Egmont Institute.

 

Czytaj także: Orban straszy i niepokoi

– Tym razem jednak zyski mogą być większe, bo pojawił się potężny nowy czynniki: kryzys migracyjny. I to zwiększa poparcie dla sił nazywanych przez Orbána nieliberalnymi – dodaje. Czy to jednak wystarczy do zawojowania PE w wyborach zaplanowanych na 23–26 maja 2019 roku? Znawcy europejskiej polityki mają wątpliwości.

– Same wybory, a potem konstrukcja PE raczej nie pozwolą im na odgrywanie kluczowej roli – uważa Ridard.

Według najnowszego paneuroepejskiego sondażu Thomson Reuters siły głównego nurtu stracą mandaty w PE. Największa frakcja, chadecka Europejska Partia Ludowa, będzie ich miała 180, czyli o 39 mniej, a socjaliści i demokraci – 154, czyli o 35 mniej. To oznacza, że dwie główne grupy polityczne razem nie będą miały większości, co może utrudnić zarówno proces obsadzania najwyższych stanowisk w UE, jak i dyktowanie unijnego kursu.

Ale z już z pomocą ALDE, grupy liberalnej, byłoby to możliwe. Bo ALDE ma dostać 104 mandaty, 36 więcej niż obecnie. Liberałowie będą silni, przy dość realnym dziś założeniu, że dołączy do nich ugrupowanie francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona i hiszpańscy Ciudadanos. I ta trójka już by większość miała.

Sondaż Thomson Reuters wskazuje na nieco lepsze wyniki partii eurosceptycznych w maju 2019 roku: w sumie z 20 do 23 proc. mandatów. Poparcie dla nich może jeszcze wzrosnąć, ale nie musi to oznaczać zmiany kursu w UE. Bo o ile partie głównego nurtu, jak chadecy, socjaliści czy liberałowie, są w stanie współpracować, to eurosceptyków wiele dzieli. Już teraz są oni w trzech frakcjach.

– Nawet w ramach pojedynczej frakcji widać podział na północ i południe. Populiści z południa są za większymi transferami finansowymi w strefie euro, czego nigdy nie zaakceptują ugrupowania eurosceptyczne w Niemczech, Austrii czy Holandii. Na podobnym tle, transferów w ramach polityki spójności, mogłyby w przyszłości pojawić się różnice z PiS czy z Fideszem, gdyby doszło do próby współpracy – ocenia Pieter Cleppe, eksert Open Europe.

Na wzrost znaczenia sił eurosceptycznych, a przede wszystkim antyimigranckich, liczy Viktor Orbán. Premier Węgier wygłosił w ostatni weekend programowe przemówienie w zamieszkanym przez węgierską mniejszość Siedmiogrodzie w Rumunii. Nie ukrywał swojej niechęci do zachodniej liberalnej demokracji, mówiąc, że to liberalizm, a nie demokracja.

O Komisji Europejskiej mówił, że jest symbolem upadku. Dwa tygodnie temu to KE skierowała do unijnego sądu wniosek przeciwko Węgrom za – jej zdaniem – niezgodne z unijnym prawem zmiany w przepisach antyimigracyjnych. Orbán, sprawujący władzę w wyniku wyborów wygranych już po raz trzeci z rzędu, wie dobrze, że antyimigrancka retoryka przysparza mu popularności na Węgrzech. W sporze z Brukselą jest od początku sprawowania funkcji premiera, czyli od 2010 roku. Zawsze jednak stosował taktykę małych ustępstw. W wypadku najnowszej legislacji wyraźnie nie zamierza ustępować nawet o krok, bo jest coraz bardziej przekonany, że z europejskiego outsidera staje się trendsetterem.

I to już nie tylko w Europie Środkowo-Wschodniej, w tym w Polsce, gdzie rządzi bliskie mu PiS. Ale też na Zachodzie, np. w Niemczech, gdzie na popularności zyskuje Alternatywa dla Niemiec, a bawarska CSU przesuwa się coraz bardziej na pozycje skrajnie antyimigranckie. Czy w Austrii, gdzie populistyczna Partia Wolnościowa tworzy rząd, którego chadecki premier Sebastian Kurz w sprawach migracji nadaje na tej samej fali, co Orbán. Wreszcie we Włoszech, gdzie szefem MSW, a zdaniem wielu faktycznym premierem, jest przywódca antyimigranckiej Ligi Matteo Salvini.

Orbán gra ostro, co nie podoba się wielu jego sojusznikom w Europejskiej Partii Ludowej, np. chadekom z Belgii czy Holandii. Ale na razie nikt poważnie nie myśli o jego wyrzuceniu, również dlatego że węgierski polityk cieszy się sympatią szefa EPL Manfreda Webera, polityka CSU.

Orbán nie chciałby zresztą przejścia do bliższych mu ideologicznie grup eurosceptycznych w PE, bo wie, że odgrywają one rolę marginalną.

Przekonało się o tym PiS, które należy do Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. PiS po ponaddwuletnim sporze z Brukselą o praworządność chętnie wróciłoby na europejskie salony. – Potrzebuje wiarygodności – mówi Pieter Cleppe. Mimo oficjalnych zaprzeczeń chętnie w grupie EPL widziałby partię Kaczyńskiego Manfred Weber, który chciałby przewodzić jak najliczniejszej frakcji, a wieloletnie doświadczenie z Fideszem Orbána znieczuliło go na ideologiczne spory. – Ale Platforma na pewno się nie zgodzi, co oznacza, że tematu nie ma – mówi nam nieoficjalnie jeden z przedstawicieli EPL.

Modę na populizm w Europie wyczuł Steve Bannon, twórca medialnej potęgi Breitbart w USA i były doradca Donalda Trumpa. Bannon jeździ po Europie, spotyka się z przywódcami partii antyimigranckich i oferuje swoje usługi. Zakłada ugrupowanie The Movement, które miałoby w maju 2019 roku zjednoczyć siły eurosceptyczne. Kibicuje mu Orbán, ale na razie nie zamierza się przyłączyć. – Nie wróżę Bannonowi sukcesu. On szuka w Europie sponsorów dla takiego nowego ruchu politycznego. Nie rozumie, że tu jest inaczej niż w modelu anglosaskim i nie ma tradycji hojnego finansowania partii politycznych – mówi Cleppe. Jego zdaniem Bannon zna się na mediach i mógłby coś osiągnąć w Europie na tym polu. – Ale dopóki będzie zajmował się tylko polityką, a nie mediami, to sukcesu nie odniesie – uważa ekspert Open Europe. Zwraca uwagę, że Bannon jest ofiarą typowego dla Amerykanów myślenia, że mogą udzielać porad politycznych w Europie. – Komu on ma mówić, jak się wygrywa wybory? Kaczyńskiemu? Orbánowi? Alternatywie dla Niemiec? Austriackiej Partii Wolnościowej? Przecież oni to wiedzą lepiej od niego — zauważa Cleppe.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA