fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Podatki

Robert Krasnodębski: Skarbówce daleko do Janosika

Fotorzepa, Michał Walczak
Czy fiskus zabiera bogatym i daje biednym? Takie hasło dobrze się sprzedaje, ale mam wrażenie, że to bardziej element strategii komunikacyjnej rządzących niż realna polityka podatkowa – mówi Robert Krasnodębski.

Cztery lata rządów PiS to mnóstwo podatkowych zmian. Czy mają wspólny mianownik? Może janosikowe „zabieramy bogatym, dajemy biednym"?

PiS dużo mówi o likwidowaniu nierówności społecznych. Hasło „zabieramy bogatym, dajemy biednym" do takiego celu pasuje jak ulał.

Gdy jednak dokładnie się przeanalizuje wprowadzone w ostatnich czterech latach zmiany podatkowe, to widać, że takie hasło w podatkach jest wprowadzane w życie tylko w pewnym stopniu.

Zacznijmy od początku. Wprowadzenie 70-proc. podatku dla menedżerów zrobiło wrażenie.

Niewątpliwie, z tym że ten podatek obejmuje specyficzne dochody – odprawy i odszkodowania dla menedżerów odchodzących ze spółek Skarbu Państwa. Ich wysokość, niekoniecznie przekładająca się na wyniki spółek, budziła społeczne oburzenie. Podatek w sankcyjnej wysokości miał zapobiec nagradzaniu partyjnych nominatów. Trudno go jednak uznać za element długofalowej polityki podatkowej.

Potem przyszedł podatek bankowy, od budynków, dla hipermarketów (który na razie jest zawieszony). To chyba jest zabieranie bogatym.

Te podatki mają niewielkie znaczenie dla budżetu państwa. Mam wrażenie, że bardziej chodzi o sygnał dla elektoratu: patrzcie, zabraliśmy się za tych największych, banki, korporacje, hipermarkety. Za tych, którzy przerzucają zyski do innych krajów, żeby nie płacić w Polsce podatków.

Temu przerzucaniu zysków fiskus też próbuje zaradzić?

Przede wszystkim wprowadzono ograniczenia przy rozliczaniu w kosztach usług niematerialnych nabywanych od podmiotów powiązanych. Ciągle modyfikowane są przepisy o cenach transferowych. Zatrzymaniu podatków w Polsce mają też służyć nowe przepisy, teoretycznie tylko techniczne, o rozliczaniu zagranicznych transakcji dotyczące tzw. podatku u źródła.

Pamiętam, że z dużym hukiem wchodził exit tax, czyli podatek dla tych, którzy wyprowadzają majątek z Polski. Środowiska biznesowe głośno przeciw niemu protestowały, a przedstawiciele Ministerstwa Finansów nieoficjalnie wróżyli, że i tak nikt go pewnie nie zapłaci.

I chyba mieli rację. Po burzy, która przeszła w czasie prac nad tą zmianą, sprawa ucichła. Wielkich zysków dla budżetu państwa ta zmiana nie przyniesie, bardziej miała zniechęcić najbogatszych do pewnych działań optymalizacyjnych. Pamiętajmy też, że do wprowadzenia exit tax zobowiązywały nas przepisy unijne. Przyznać jednak trzeba, że implementowaliśmy je trochę nadgorliwie.

Ale zgodzi się pan, że danina solidarnościowa do hasła „zabieramy bogatym, dajemy biednym" już pasuje.

Zgadzam się. Danina solidarnościowa to jak najbardziej instrument likwidowania nierówności społecznych. Zarabiający powyżej 1 mln zł rocznie zapłacą 4 proc. od nadwyżki. Pieniądze z daniny mają iść na niepełnosprawnych.

Ministerstwo Finansów zapowiadało, że podatek solidarnościowy obejmie około 25 tys. osób. Z tego co pamiętam, większych protestów nie było.

Może najbogatsi uznali, że to niewielka cena za zachowanie pewnego status quo? Czyli niezwiększanie innych obciążeń czy pozostawienie preferencyjnych sposobów opodatkowania. Pamiętajmy, że stawki PIT w Polsce są jednymi z najniższych w Europie. Od dochodów kapitałowych, np. dywidend, odsetek czy ze zbycia akcji lub udziałów mamy 19 proc. Niezależnie od ich wysokości. Podatek liniowy z działalności gospodarczej to 19 proc. Też niezależnie od wysokości dochodu. W skali podatkowej, po zmianach, mamy obecnie 17 i 32 proc.

Czytałem, że 32 proc. PIT płacą głównie pracownicy administracji publicznej oraz idealiści.

Na pewno wyższa stawka dotyka tych, którzy z racji funkcji nie mogą przejść na tzw. samozatrudnienie, czyli własną działalność gospodarczą z liniowym PIT. Ale czy idealiści? Wybór niższego, dopuszczalnego prawem podatku nie jest niczym nagannym ani sprzecznym z ideami propaństwowości. Nie można mieć pretensji czy próbować podważać patriotyzmu osób, które zamiast płacić 32 proc. PIT na etacie zdecydowały się skorzystać z możliwości oferowanych przez ustawodawcę i wybrały 19-proc. liniową stawkę od dochodów uzyskiwanych z działalności gospodarczej.

Na początku kadencji były obawy, że PiS zlikwiduje PIT liniowy, który kojarzy się jednak z tymi bogatszymi.

Faktycznie były takie obawy i znacznie wzrosły, gdy przedstawiciele Ministerstwa Finansów zapowiedzieli test przedsiębiorcy. Czyli wprowadzenie dodatkowych i – jak wynikało z zapowiedzi – chyba uznaniowych warunków prowadzenia działalności gospodarczej, mających oddzielić prawdziwych biznesmenów od tych, którzy bardziej są pracownikami. Gdyby test wszedł w życie, najprawdopodobniej doszłoby do znacznego ograniczenia możliwości płacenia liniowego PIT. Uderzyłoby to w lepiej zarabiających. Rząd jednak wycofał się z tego pomysłu i nie zanosi się, że do niego wróci.

Nic też nie słychać o podwyższeniu stawek w skali podatkowej.

Nie słychać, choć pamiętajmy, że doszła danina solidarnościowa.

Podwyżka stawek w skali byłaby jednak pewną niekonsekwencją. Przecież to PiS w czasie swoich poprzednich rządów podjął decyzję o likwidacji 40-proc. stawki PIT.

Skoro lepiej uposażonym podwyżka PIT nie grozi, przejdźmy do obniżki dla mniej zarabiających: z 18 do 17 proc.

Tak, to jest realna korzyść majątkowa. Co ciekawe, dzięki nowej skali podatkowej, na tej zmianie skorzystają wszyscy, także ci, którzy są w drugim progu. Poza tym pracownicy dostali wyższe koszty uzyskania przychodów, co także zmniejsza ich obciążenia podatkowe.

A zwolnienie dla młodych?

Można to uznać ze element wspierania osób będących w gorszej sytuacji. Wiadomo, że młodzi na starcie życia zawodowego mają trudniej. Pojawia się jednak pytanie: jak to się faktycznie przełożyło na oferowane młodym osobom wynagrodzenie?

Podwyższenie kwoty wolnej od podatku?

Wprowadzone, choć nie do końca zgodnie z obietnicami wyborczymi. Kwota wolna mogłaby być bowiem zdecydowanie wyższa.

Może do zmian wspierających mniej zarabiających dodamy obniżenie CIT dla małych spółek?

Możemy, szkoda tylko, że ten przywilej został obwarowany licznymi ograniczeniami.

Polityka rodzinna. Widać ją w podatkach?

Nie widać tu specjalnych dokonań. Można oczywiście argumentować, że zwolnienie dla młodych czy obniżenie dolnej stawki PIT wspiera także rodzinę, ale to przecież rozwiązania dla większej grupy podatników. Do rodzin skierowane są programy socjalne.

A przepisy o zarządzie sukcesyjnym?

To przepisy techniczne. Miały rozwiązać problemy, które pojawiają się po śmierci przedsiębiorcy. Ciężko jednak wyłapać tu jakąś konkretną korzyść dla rodziny.

Wróćmy więc do hasła „zabieramy bogatym, dajemy biednym": czy jest prawdziwe?

W prawie podatkowym tego tak nie widać. Nie mam wrażenia, że to osoby najzamożniejsze i korporacje ponoszą największy ciężar socjalnych programów. W Polsce ciągle obowiązuje system, w którym to osoby uboższe płacą proporcjonalnie wyższe podatki, czy – ujmując to szerzej – daniny publiczne. Bardziej uznaję to hasło za jeden z elementów strategii komunikacyjnej rządu.

Jakie są pozostałe elementy?

W podatkach to przede wszystkim „walczymy z oszustami". Bez wątpienia cel poprawy ściągalności podatków czy zapobiegania wyłudzeniom jest słuszny. Nie można też odmówić skarbówce zaangażowania. Pozostaje ocena efektywności podejmowanych działań, co pokazują choćby opisywane niedawno przez „Rzeczpospolitą" dane o rosnącej kwocie nieściągniętych zaległości podatkowych.

Ministerstwo Finansów często mówi o dbaniu o dobro polskich firm, zwłaszcza małych.

A zastawia na nie liczne pułapki, jak choćby przy wspomnianej obniżce stawki CIT. Bardzo łatwo stracić prawo do tej ulgi. Coraz częściej na nowe, teoretycznie preferencyjne rozwiązania podatnicy spoglądać muszą zgodnie z maksymą „timeo Danaos et dona ferentes" – obawiam się Greków, nawet gdy niosą dary.

Prosi się, żeby wspomnieć o zamieszaniu z białą listą podatników VAT. Wielu przedsiębiorców miało przez nią problemy, bo kontrahenci nie chcieli im płacić.

I tu dochodzimy do kolejnego, podstawowego filaru strategii komunikacyjnej rządu. Ministerstwo Finansów przy każdej zmianie powtarza: „uczciwi podatnicy nie mają się czego bać". Problemy z białą listą czy obowiązkowym przy niektórych transakcjach split payment pokazują, że także ci uczciwi mają się czego bać. Zwłaszcza nowych, często uciążliwych i nie do końca rozumianych obowiązków.

Konstytucja biznesu to też strategia komunikacyjna?

W podatkach wielu realnych korzyści nie dała. Chyba nie przyjęła się także na płaszczyźnie właśnie komunikacyjnej. Coraz rzadziej i jakby nieśmiało jest przypominana. Mam wrażenie, że państwo wprowadza sporo rozwiązań w sferze podatków, o których ładnie się mówi, ale mają niewielkie zastosowanie.

Proszę o przykład.

Podręcznikowe już rozstrzyganie wątpliwości na korzyść podatników. Zasada weszła 1 stycznia 2016 r. W ilu przypadkach znalazła zastosowanie? Albo inne, mniej spektakularne, choć ciekawe rozwiązanie. Od kilku lat obowiązuje zasada, że podatnikowi nie może szkodzić zastosowanie się do utrwalonej praktyki interpretacyjnej. W prawie podatkowym z taką utrwaloną praktyką mamy rzadko do czynienia. Jeśli już, to w prostych, finansowo nieważnych dla fiskusa sprawach. W tych bardziej skomplikowanych, o większym potencjale finansowym, trudno taką praktykę wypracować. Co z tego, że w razie sporu sądy administracyjne przyznają rację podatnikom, jeśli w kolejnych analogicznych sprawach urzędnicy nadal wydają negatywne interpretacje? Praktyka nie ma zatem szans się utrwalić. Ciężko więc wykorzystać tę zasadę.

Przerost formy nad treścią?

Otóż to. Rządzący operują pewnymi hasłami, za którymi nie zawsze idzie konkretna treść. O ile skarbówce można przypisać sukcesy w walce z VAT-owskimi mafiami, choć i ta kwestia bywa podawana w dyskursie publicznym w wątpliwość, o tyle z upraszczaniem życia zwykłym przedsiębiorcom jest dużo gorzej. Wręcz przeciwnie, liczba zmian powoduje duże obciążenia w firmach. Nie dotyczy to zresztą tylko obecnie rządzących. Każda formacja przy władzy ma skłonności do, ujmijmy to sloganowo, gmatwania przepisów. Powoduje to, że określenie polskiego systemu podatkowego mianem skomplikowanego staje się eufemizmem. Nie bez powodu postulat „uproszczenia podatków" czy wręcz napisania prawa podatkowego od nowa jest żelaznym hasłem kolejnych kampanii wyborczych.

Na koniec proszę o jedno zdanie o jakości wprowadzanych zmian.

Niestety, ciągle niska.

Robert Krasnodębski jest radcą prawnym, doradcą podatkowym, partnerem w kancelarii Rymarz Zdort.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA