fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Memches: „Młody papież” – dobra zmiana w Kościele

HBO
Pius XIII uświadamia widzom, że chrześcijanie nie są od tego, żeby ich lubić. Kościół ma głosić prawdę – także taką, którą trudno przyjąć – a nie silić się na to, żeby zdobyć poklask opinii publicznej.

Jak obrzydzić ludziom Kościół katolicki? A choćby przedstawiając go jako bezduszną instytucję. Wyobraźmy sobie, że na jej czele stoi tyran o skłonnościach psychopatycznych. Próbuje podporządkować sobie gromadę wyrachowanych graczy w sutannach, którzy traktują wiarę w Boga wyłącznie jako narzędzie sprawowania władzy nad wiernymi.

Nietrudno taką właśnie wizję Kościoła wypatrzyć w „Młodym papieżu" Paola Sorrentino. Jeśli oddaje ona pełnię prawdy o tym serialu, to postawa tytułowego bohatera powinna odstręczać każdego widza – niezależnie od tego, jaki ma światopogląd.

Pobożne mohery znad Wisły mogą być zbulwersowane tym, że Pius XIII pali papierosy – przy czym świadomie łamie wprowadzony przez św. Jana Pawła II („naszego" papieża Polaka, do czego to podobne?!) zakaz palenia w watykańskich apartamentach. Poza tym obcesowo traktuje bliźnich – na przykład w jednej ze scen upokarza poczciwą starszą zakonnicę: ta chce mu okazać ciepło, a on jej stanowczo oznajmia, że przyjazne relacje są niewłaściwe, czym doprowadza ją do płaczu.

Filmowy papież jest też za pan brat ze zjawiskami, które w niejednym Polaku katoliku wywołują co najmniej nieufność. Jak na kogoś zakorzenionego w kontrkulturze przystało, inspiruje się prozą Jerome'a Salingera i muzyką zespołu Daft Punk.

To jeszcze nic. Pius XIII czyni coś niewyobrażalnie koszmarnego – udaje mu się wymusić na watykańskim spowiedniku ujawnienie grzechów, o których ten słyszy w konfesjonale od wysokich rangą hierarchów kościelnych. W ten sposób poznaje najskrytsze tajemnice osób, które podejrzewa – poniekąd zasadnie – o nielojalność. Tyle że najpilniejsze i konieczne śledztwo nie usprawiedliwia – zwłaszcza z perspektywy doktryny Kościoła – takich niegodziwych metod.

Z kolei w oczach katolików „otwartych", a więc takich, którzy oczekują od Watykanu aprobaty dla zdobyczy lewicowej rewolucji obyczajowej, Pius XIII jawi się jako konserwatywny potwór. Odrzuca jakąkolwiek poprawność polityczną. Ekumenizm uznaje za przeszłość. Podejmując bezwzględną walkę z pedofilią wśród katolickiego duchowieństwa, dąży do tego, żeby z jego szeregów wyeliminować homoseksualistów. Zresztą „postępowej" opinii publicznej naraża się już tym, że twierdzi, iż homoseksualizm to patologia będąca rezultatem molestowania seksualnego w dzieciństwie (toż to istna „mowa nienawiści"!).

Następcą św. Piotra w serialu Sorrentino jest więc człowiek, do którego – jak wynika z powyższej charakterystyki – pasuje – i to niezależnie od tego, jaki przyjmiemy punkt widzenia – jeden konkretny przymiotnik: zły. Tyle że wzięcie pod uwagę wyłącznie powyższych spostrzeżeń będzie gigantycznym uproszczeniem wynikającym z powierzchownej interpretacji serialu.

Syn hipisów

Co zatem należałoby uwzględnić w produkcji Sorrentino, aby uchwycić jej przesłanie? Przede wszystkim to, że od pierwszego do ostatniego odcinka głównym problemem tytułowej postaci jest porzucenie jej przez rodziców. Odnalezienie ich to wręcz obsesja Piusa XIII.

Zanim został on następcą św. Piotra, nazywał się Lenny Belardo. Jest Amerykaninem. Ten fakt przejawia się również w jego trybie życia, czego symbolem może być choćby to, iż dzień zaczyna od coli cherry light. Jest synem pary hipisów, którzy zrezygnowali ze stojących przed nimi wyzwań rodzicielskich i wybrali beztroskie życie w podróży. Aby ruszyć w świat, oddali swojego potomka na wychowanie zakonnicom. Rosnąc i dojrzewając pod opieką siostry Mary, Lenny odkrył swoje powołanie do kapłaństwa.

Pius XIII głęboko i nieustannie się modli. I Bóg wysłuchuje jego błagań – między innymi małżeństwo, które długo nie mogło się doczekać dziecka, zachodzi w ciążę. Odpowiedź Stwórcy jest jednak kwestią drugorzędną. Na pierwszy plan wysuwa się inna sprawa – co jakiś czas pada z ust serialowego papieża deklaracja, że nie wierzy w Boga. Sprzeczność? Bynajmniej. By się o tym przekonać, wystarczy sięgnąć do skarbnicy Kościoła, której zawartość stanowią doświadczenia duchowe katolickich mistyków.

Można tu przywołać choćby przypadek św. Jana od Krzyża. Zdaniem tego XVI-wiecznego odnowiciela zakonu karmelitańskiego człowiek na drodze spotkania z Bogiem przechodzi przez „ciemną noc", która oznacza dojmujące poczucie nieobecności Stwórcy. Podobny stan opisywała w książce „Pójdź, bądź moim światłem" św. Matka Teresa z Kalkuty (według jej świadectwa trwał on u niej 50 lat!): „Ciemność jest taka, że naprawdę nic nie widzę – ani umysłem, ani rozumem. – Miejsce Boga w mojej duszy jest puste. – Nie ma we mnie Boga".

Wbrew pozorom to właśnie śladami tych ludzi podąża Pius XIII. Podkreśla on, że Stwórcy trzeba szukać w chłodzie i ciemności i że na ścieżce tych poszukiwań muszą być cierpienia i ofiary. W tym kontekście ważne są też liczne wypowiedzi Belardo dotyczące tego, jak pojmować miłość. Według Piusa XIII jest ona w swojej istocie bezwarunkowa, nie liczy na odwzajemnienie – a zatem miłość do Boga nie może zależeć od tego, jak odpowiada On na modlitwy.

Konserwatywny raban

Wpływ na kłopoty tytułowego bohatera z wiarą ma jeszcze jeden czynnik. Porzucony przez rodziców Lenny zostaje w jakimś sensie osierocony i to rzutuje na jego duchową kondycję. Doświadczane przez Belardo poczucie nieobecności Boga ma ścisły związek z tym, że dorastał on i dojrzewał bez ojca i matki. Obraz ojca ziemskiego dla każdego człowieka stanowi prefigurację obrazu Ojca niebieskiego. Jeśli się zatem nie zna ojca ziemskiego, to i Ojciec niebieski staje się abstrakcją, w którą ciężko uwierzyć.

Ale przecież Pius XIII nie jest pod tym względem postacią nadzwyczajną. Rozbite rodziny to coś powszechnego w XX i XXI wieku. Dlatego problemy serialowego papieża są reprezentatywne dla jego pokolenia.

Tyle że kultura nowoczesna – jako coś, co narodziło się w opozycji do Kościoła – afirmuje myślenie krytyczne, a z kolei ono bije we wszelkie autorytety. Konsekwencją tego jest to, że w mentalności człowieka nowoczesnego każda władza – a więc i każdy układ hierarchiczny – ma w sobie potencjał represyjności. Dotyczy to również władzy rodzicielskiej, z której rezygnują rodzice Lenny'ego. I dlatego konserwatywny zwrot Piusa XIII jest buntem przeciwko nowoczesności. Postać stworzona przez Sorrentino chce przywrócić majestat władzy papieskiej jako władzy ojcowskiej, której wierni Kościoła winni są posłuszeństwo. I to niezależnie od tego, czy papież jest człowiekiem dobrym czy złym.

Kiedy Pius XIII sprzeciwia się temu, żeby Watykan sprzedawał gadżety z jego podobizną, to w gruncie rzeczy piętnuje rozpowszechnione wśród katolików bałwochwalstwo, którego szczególnie widoczne przejawy dało się i nadal daje zauważyć w Polsce. Chodzi tu rzecz jasna o kult papieża Polaka.

Bardzo znamiennie brzmi polecenie (czy wręcz rozkaz) Belardo, że Pius XIII ma być niewidoczny (na początku pontyfikatu pojawia się on nawet publicznie z zasłoniętą twarzą), gdyż to urząd jest ważny, a nie pełniący go człowiek. Jeśli zatem tytułowa postać serialu Sorrentino domaga się oddawania sobie czci, to nie własnej osobie, lecz władzy papieskiej. Ale Pius XIII idzie jeszcze dalej – chce, żeby katolicy nie opierali swojego uczestnictwa we wspólnocie wiary na sentymentach (stanowią one pułapkę, jaką jest choćby bałwochwalcze traktowanie następców św. Piotra), lecz na realnych relacjach z Bogiem.

Na pierwszy rzut oka Belardo ze swoją surowością, konserwatyzmem stanowi zaprzeczenie papieża Franciszka. Ale warto przywołać orędzie, które Jorge Bergoglio skierował pod adresem katolickiej młodzieży podczas swojej pielgrzymki do Brazylii. Franciszek zaapelował w nim o zrobienie rabanu.

Oczywiście, ta zachęta papieża spotkała się z entuzjazmem lewicowo-liberalnych krytyków katolicyzmu. Pokładają oni bowiem w pontyfikacie Franciszka nadzieję na to, że w konsekwencji młodzieżowego rabanu Kościół wreszcie się „wyluzuje": przestanie ludzi straszyć piekłem (które jeśli istnieje, to zarezerwowane jest wyłącznie dla rasistów i homofobów – cokolwiek by te epitety miały znaczyć) i uzna, że wystarczy być dobrym człowiekiem.

Ale przecież w przekazie Franciszka nie ma – wbrew temu, czego chcieliby tacy publicyści, jak Jarosław Makowski czy Jacek Żakowski – postulatu skrętu w lewo. Wręcz przeciwnie, papież nie szczędzi mocnych słów na przykład genderyzmowi, który jego zdaniem uderza w instytucję rodziny. Tymczasem papież, mówiąc o rabanie, miał przede wszystkim na myśli ożywienie Kościoła. Pius XIII wpisuje się w tę tendencję. Swoim konserwatywnym zwrotem robi właśnie raban. Jest papieżem globalnej „dobrej zmiany", która ogarnia teraz świat, i wyraża się głównie przez kontestację politycznej poprawności, czego widomym znakiem okazało się zwłaszcza zwycięstwo w amerykańskich wyborach Donalda Trumpa.

Tyle że Belardo zostaje następcą św. Piotra, a nie prezydentem USA. Jego głowę zaprząta więc głównie kwestia zbawienia ludzi, a nie problem sprawowania politycznej władzy nad nimi. A misja papieża wymaga nonkonformizmu. Pius XIII oświadcza wprost, że w jego słowniku nie ma hasła „kompromis". Stwierdza też, że uprzejmość i konwenanse są nic niewarte. Wreszcie oznajmia, iż nie interesuje go, czy będzie akceptowany przez wiernych, bowiem dla Kościoła ważniejsza jest kondycja ich wiary, a nie to, ilu ich będzie.

Serialowy papież uświadamia widzom, że chrześcijanie nie są od tego, żeby ich lubić. Kościół ma głosić prawdę – także taką, którą trudno przyjąć – a nie silić się na to, żeby zdobyć poklask opinii publicznej. Ale koniecznie musi temu towarzyszyć świadomość swojej marności w obliczu Stwórcy.

Bóg i źli ludzie

W „Młodym papieżu" wyraźnie widać, że narzędziami Boga mogą być ludzie źli. Należy do nich nie tylko Pius XIII, lecz także między innymi alkoholik i ukryty (zachowujący wstrzemięźliwość seksualną?) homoseksualista, kardynał Bernardo Gutierrez czy cyniczny kombinator Angelo Voiello, który opiekując się niepełnosprawnym chłopcem, niejako odpokutowuje swoje grzechy.

Czy może to budzić zdumienie, zgorszenie? Może, ale taka reakcja nie znajduje żadnych racji w Ewangelii. Chrystus przyszedł przecież na świat, żeby uzdrowić chorych, a nie zdrowych. Bóg posługuje się żywymi ludźmi – ludźmi z krwi i kości, a więc takimi, którzy przeżywają dramaty wiary. Rozanielone cioty, stroniące od wadzenia się z Bogiem, takiej szansy Mu nie dają.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA