Bo przecież wydaje się ontologicznie niemożliwe, żeby prezesem polskiej Rady Ministrów była kobieta. W Niemczech kanclerzem – i to wieloletnim – również. Na dodatek premierem Wielkiej Brytanii (nie zapomnijmy o królowej Elżbiecie II), prezydentem sąsiedniej Litwy, następcą tronu Szwecji czy szefem unijnej dyplomacji. Jeśli to feministyczne tsunami będzie trwało, to niedługo wyniesie pierwsze kobiety na stanowiska prezydentów konserwatywnych Stanów Zjednoczonych i postępowej Francji. A skoro mamy już kobietę w roli prymasa Szwecji, to czemu nie feministyczny papież czy król Arabii Saudyjskiej?