Plus Minus

Jak Rosja zamordowała polskie Kresy

Zadaniem żołnierzy KOP była nie tylko ochrona granic, ale i przeciwdziałanie sowieckiej propagandzie
NAC
O świcie 17 września 1939 roku zakończyła się wojna trzystuletnia. Rzeczpospolita ostatecznie przegrała z Moskwą i utraciła ziemie kresowe, czyli część własnej tożsamości.

W związku z przypadającą 17 września rocznicą agresji ZSRR na Polskę przypominamy tekst, który ukazał się w "Plusie Minusie" we wrześniu 2017 roku.

Stąd byli wszyscy. W wileńskiej celi bazylianów natus est Conradus. Soplicowo na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju. Beniowski i Wernyhora, Ukrainy błękitne pola. Z wałów Baru ksiądz Marek, karmelita, ludziom błogosławił. Po Dzikich Polach hulali Wołodyjowski, Zagłoba i Kmicic. Tragicznie aktualna stała się 17 września jego nauka: „Co też sądzisz, co ja powinienem był uczynić wobec dwóch nieprzyjaciół, stokroć potężniejszych, przeciwko którym obronić tego kraju nie mogłem? Zginąć! – odpowiedział szorstko Kmicic".

A chłopcy, którzy szli zginąć do AK, najczęściej obierali pseudonim Kmicic. Czytały o tym kolejne pokolenia krakusów i poznaniaków, a potem (kiedy już zniszczono Breslau) wrocławian rodem ze Lwowa. Pod koniec XX wieku dotarły długo zakazane wiersze ostatniego wielkiego kresowego wieszcza – małego Tomaszka z doliny Issy.

Dwór kontra wieś

W 1795 roku, po trzecim rozbiorze, Gabriel Dzierżawin, subtelny rosyjski poeta i pragmatyczny minister sprawiedliwości, przygotowuje dla cara propozycję. Chce wysiedlenia z pozyskanych przez Rosję ziem polskiej szlachty i Żydów i osadzenia w ich miejsce Rosjan. Tekst trafia do szuflady, lecz myśl nie ginie.

Petersburg przez 123 lata starannie zaciera ślady Rzeczypospolitej na jej dawnych ziemiach. Najpierw masowo pozbawia szlachectwa. Potem przychodzą wywózki, konfiskaty majątków, zakaz nabywania ziemi, blokada rozwoju gospodarczego, przerabianie kościołów i klasztorów na więzienia i cerkwie, aż po zakaz używania języka polskiego i grania Chopina – wszak w Paryżu cisnął rosyjskim paszportem. Miłosz, patrząc na Zatokę San Francisco, opisze po latach ucieczkę Tomaszka przed imperium...

Które idzie i idzie na zachód, zbrojne w łuki, arkany, pepesze,

Podjeżdżając powozką, grzmocąc kuczera po plecach,

Albo jeepem, w papachach, z kartoteką zdobytych krain.

A ja nic tylko uciekam od stu, trzystu lat

Po lodzie i wpław, w dzień, w nocy, byle dalej,

Zostawiając nad rodzinną rzeką pancerz dziurawy i kufer

z nadaniami króla,

Za Dniepr, potem za Niemen, za Bug, za Wisłę.

(Cz.M., Trwoga-sen)

O ile we dworach świadomość narodowa jest silna, o tyle w chłopskich chatach żadna. Jeszcze przed Żeromskiego „Rozdzióbią nas kruki, wrony" carat wyciągnie z tego wnioski. Spolonizowaną przez wieki wspólnej historii szlachtę potraktuje zgodnie z oczekiwaniami Dzierżawina. Za to chłopów uzna za łatwe narzędzie rusyfikacji. Dlatego każe im mówić po rosyjsku, zakazuje druków w języku innym niż rosyjski. Ale też da marchewkę: reformę uwłaszczeniową.

By skonfliktować litewskiego i białoruskiego chłopa z polskim dworem, szczególne ulgi w wykupie ziemi wprowadza w guberniach tzw. Kraju Północno-Zachodniego, czyli na terenach odebranych drugim i trzecim zaborem. W ciągu jednego pokolenia położenie ekonomiczne włościańskich rodzin poprawia się na tyle, że chcą kształcić dzieci. Carat te aspiracje wspiera – na uniwersytetach ustanawia stypendia dla najzdolniejszych studentów – Litwinów. Lata 70. i 80. XIX w. to czas ich edukacji – najpierw w stanie duchownym, potem już na potrzeby karier świeckich.

Większość polityków litewskich dwudziestolecia międzywojennego to właśnie dzieci tej cichej rewolucji, która dokonała się w oświacie pod koniec XIX w. Tyle że nie tak, jak by sobie Moskwa życzyła. Zakazaną prasę i literaturę po litewsku drukuje się w Prusach i szmugluje na Litwę. Wielkie Księstwo Litewskie odnajduje spadkobierców w nowej inteligencji. Z jedną istotną zmianą – nie chce ona unii z Polską.

Historyk literatury Mykolas Biržiška tak to tłumaczył: „niedawno dopiero uwłaszczeni rodzice opowiadali o czasach pańszczyźnianych i obchodzeniu się z nimi panów, o powstaniu polskim, o prześladowaniach przez rząd katolików po powstaniu, za co również i Polaków przeklinano jako »sprawców«. Wszystko to, w połączeniu z naturalną u »synów chłopskich« nieufnością i niechęcią względem pogardzających nimi »synów szlacheckich« odgradzało studenterię litewską od polskiej".

Z kolei na Podolu, Kijowszczyźnie i Wołyniu w kontrze do polskości i ruskości (promowanej przez Moskwę, bo wszak Ukraina to Małorosja) wykluwa się ukraińskość – zakazana, ale mająca swój Piemont w austriackiej Galicji, skąd się szmugluje literaturę i prasę. Pełną garścią korzysta z polskich wzorów. Podobieństwo hymnów ukraińskiego i polskiego zajmowało posłów w Kijowie jeszcze w 2003 r. i doprowadziło do uznania, że hymnem jest tylko pierwsza zwrotka pieśni z 1863 r. „Jeszcze nie umarła Ukraina".

Silne związki z polszczyzną widać zresztą u wszystkich zamieszkujących dawną Rzeczpospolitą nacji. Mikalojus Ciurlionis, najwybitniejszy litewski malarz i kompozytor, kluczowa postać dla litewskiej kultury, do 32. roku życia posługiwał się językiem polskim, bo nie znał litewskiego. Iwana Frankę, największego ukraińskiego pisarza od czasów Tarasa Szewczenki, polskiego uczył wuj, Paweł Kulczycki, który zginął w powstaniu styczniowym. Poeta Janka Kupała, dramaturg i ojciec języka białoruskiego, urodził się jako Iwan Łucewicz w rodzinie drobnej szlachty na Mińszczyźnie, a pierwsze wiersze publikował po polsku.

O wolność ludów

Wiele dworów początkowo z sympatią spogląda na kształcenie się włościan (oprócz carskich stypendiów funduje je wielu zamożnych ziemian) i odrodzenie języka postrzeganego do tej pory jako ludowy, który większość szlachty zna. Widzi w tym wzmocnienie oporu wobec idącej z Moskwy rusyfikacji. Wszak to potomkowie tych, co się mieli za gente Lituanus, natione Polonus. Rośli w tej podwójności od pokoleń.

Aleksander Jelski, ziemianin z Mińszczyzny i kolekcjoner sztuki, tłumaczy na białoruski „Pana Tadeusza". Roman Skirmunt z Porzecza na Polesiu zakłada białoruską gazetę „Nasza Niwa" – najważniejszy tam tytuł prasowy (reaktywowany w latach 90. jako największa gazeta opozycji demokratycznej). Stanisław Narutowicz, brat przyszłego prezydenta Polski, buduje litewskie szkoły.

Zwrot następuje, gdy w nowych procesach narodowościowych zaczynają dominować elementy antypolskie. A litewskość, białoruskość, ukraińskość kształtuje się w opozycji do polskości. Zastąpienie przez Jonasa Basanavičiusa w numerach „Aušry" polskich dwuznaków „cz" i „sz" czeskimi motylkami „š" i „č" – by nie kojarzyły się z językiem polskim – jest tego najlepszym symbolem.

Wybuch I wojny światowej przynosi nowe nadzieje. „My Polacy, wyczuliśmy od razu, że wojna, która przyszła, to była ta wojna, o którą się modlił i którą przewidział Mickiewicz" – pisze Konstanty Skirmunt, obracający się wówczas w kręgach carskich dostojników. Rosja wchodzi w ten konflikt osłabiona – wojna krymska postawiła kres jej ekspansji, wojna z Japonią spowodowała wybuch konfliktu wewnętrznego – rewolucji 1905–1907 – a poczynione w jej wyniku przez władzę ustępstwa wcale nie wzmocniły państwa.

W roku 1915 pod naporem wojsk niemieckich Petersburg przyjmuje taktykę spalonej ziemi – nakazuje przymusową ewakuację ludności (szacunki mówią o 1,5 mln) i niszczenie dobytku. Płoną wsie podpalane przez kozaków, niszczeją dwory, przepadają kolekcje sztuki i bezcenne archiwa. Kresy są w ruinie, a dzieła dokona rewolucja. Lenin po przejęciu władzy zaczyna odbudowywać imperium. Stalin nazywa powstającą Polskę słowem „przegroda". Stoi ona na drodze do „światowej rewolucji Rad" i przeszkadza w połączeniu się ze zrewoltowanymi Niemcami.

Smoleńsk przez chwilę odgrywa rolę nieformalnej stolicy Polski, Litwy i Białorusi – tu Czeka szkoli działaczy wysyłanych, żeby przygotować komunistyczne powstania. Tu szykowane są czerwone rządy i dowództwa czerwonych armii dla trzech krajów.

W ten sposób kończą się dla Białorusinów i Ukraińców marzenia o samodzielnym państwie. Sowieci tworzą marionetkowe republiki i prą na Zachód. Polska ledwo unika takiego samego losu. Latem 1920 roku na probostwie w Wyszkowie trzej czerwoni namiestnicy: Dzierżyński, Marchlewski i Kon, popijają herbatę. Do odwrotu zmusi ich dopiero cud nad Wisłą. W sierpniu pozostanie po nich tylko cukier w kostkach wybornej jakości, który wrzuci sobie do szklanki Stefan Żeromski.

Pierwsza Jałta

Moskwa przegrywa wojnę, wygrywa jednak traktat pokojowy. Do rozgrywki w Rydze wystawia wytrawnego gracza. Adolf Joffe, szef dyplomacji, syn żydowskiego kupca z Krymu, to jeden z najinteligentniejszych bolszewików. Polacy są podzieleni. Ci z Kresów myślą o granicach z roku 1772 – skoro się wskrzesza Rzeczpospolitą, to w kształcie, jaki miała w czasach niezależności. Piłsudski, sam Kresowiak, marzy o federacji z mniejszymi narodami – dziećmi I RP.

Z Polski jedzie delegacja pod kierownictwem wiceministra Dąbskiego, ludowca. Warszawa de facto pozostawia wolną rękę negocjatorom, wśród których główną rolę odgrywa endek, prof. Stanisław Grabski, bo Dąbski negocjować nie umie. A endecy liczą na inkorporację i na to, że wkrótce na tych terenach Polska podzieli się wpływami z „prawowitą", czyli białą Rosją, która nadal walczy. Gdy strona radziecka chce oddać całą Białoruś wraz z Mińskiem, delegacja polska odrzuca ten pomysł, bo endecy się boją, że Piłsudski uczyni z tego terenu sfederalizowaną z Polską białoruską republikę.

Wewnętrzna polsko-polska wojna doprowadzi do oddania części ziem Rzeczypospolitej i sprzedania interesów Ukraińców, jedynych poważnych sojuszników w polsko-bolszewickiej wojnie. W rezultacie traktat ryski zostawił za burtą istotną część obywateli Rzeczypospolitej i ich majątki. Pozostawieni sami sobie – jak Edward Woyniłłowicz, ziemianin z okolic Mińska i działacz społeczny, orędownik powstania Białorusi – uznawali to za zbrodnię.

Traktat ryski to prefiguracja Jałty: przesuwanie się Wschodu na Zachód. Polska jednocześnie odzyskuje część dawnych ziem zachodnich Rzeczypospolitej, gdzie w międzyczasie osiedliło się wielu Niemców. Teraz połowa z nich opuści obce im państwo. Miejsca po nich zasiedlają wyrzuceni zza kordonu. W 1910 r. Bamberg liczył 19 proc. Polaków, w roku 1929 Bydgoszcz ma ich już 92 proc. Historię tego miasta tworzyć teraz będą kuzyni Mickiewicza czy Moniuszki. W ramach repatriacji do Polski wraca z Rosji około 1,1 mln osób, z czego tylko 20 proc. to Polacy. Pozostali to Ukraińcy i Białorusini.

Prawdziwy dramat spotka jednak tych, którzy zostali. Stalin zdecyduje o wydzieleniu specjalnych rejonów narodowych – Dzierżyńszczyzny w okolicach Mińska i Marchlewszczyzny na wschodnim Wołyniu. Najpierw kokietuje polskimi szkołami – pokłada bowiem dużą nadzieję w tym, że homo sovieticus o polskich korzeniach zaniesie rewolucję do Polski. Gdy jednak podczas kolektywizacji okazuje się, że polski żywioł jest wyjątkowo oporny, następuje zmiana taktyki. Deportacje, głównie do Kazachstanu. A potem „Operacja polska" NKWD. W tym czasie cała Rosja spływa krwią, ale Polacy są jedyną grupą zabijaną za pochodzenie narodowe. Ile było ofiar? To zawsze trudne pytanie, szczególnie w ZSRR. Ocenia się, że około 111 tys. Przez wiele lat nikt już sobie nie wpisze do rubryki narodowość: Polak.

Scheda po Rzeczypospolitej

Narodowość staje się po I wojnie światowej kluczem do ułożenia nowego porządku na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej. Rozpada się wspólnota istniejąca 505 lat, zostają wzajemne pretensje.

Ukraińcy to grupa świadoma swojej tożsamości, z jasnym postulatem własnego państwa. Już je przez chwilę mieli przy stole rokowań, do którego delegacja z Królestwa Polskiego nie została dopuszczona. Polacy zawiedli; złamali porozumienie między Piłsudskim i Petlurą, dogadując się z Moskwą w Rydze i pozbawiając Ukraińców nadziei na własne państwo. Kijów zabrała im czerwona Moskwa, z Polakami przegrywają walkę o Lwów, ale nie tracą nadziei. Ich duchowy przywódca, arcybiskup Szeptycki, odbywa wielką podróż po Ameryce i Europie, zabiegając o poparcie idei oderwania od Polski Galicji Wschodniej i utworzenia ukraińskiego państwa.

Czują się dziećmi zbuntowanej Kozaczyzny. Tarasa Bulbę, walczącego z Lachami, odczytują dosłownie, porzucając subtelności literackich metafor. Sami chcą Lachów rezać. Ten nurt będzie reprezentował OUN, który Galicję i Wołyń zamieni w polską Irlandię, Lwów w Dublin, a akty terroru skieruje nie tylko przeciwko Polakom, ale i ugodowcom z ukraińskiego UNDO. Sojusznika będą szukać w Berlinie.

UNDO zacznie się dogadywać z Warszawą w roku 1931, wobec dramatycznej sytuacji Ukraińców po sowieckiej stronie, a Wasyl Mudry z UNDO będzie w latach 1935–1939 wicemarszałkiem Sejmu.

Wilno Michał Romer nazwie jabłkiem niezgody. Dla Litwinów jest historyczną stolicą z czasów Giedymina. Tu odbywali Wielki Sejm Założycielski, który zapoczątkował niepodległą Litwę. Ale kresowi Polacy też się czują spadkobiercami Wielkiego Księstwa Litewskiego, a Wilno to miasto „Panny co w Ostrej świeci Bramie" i Naczelnika, miasto, w którym stanowią oni ponad połowę mieszkańców (drudzy są Żydzi – ponad 40 proc., a Litwini stanowią zaledwie ok. 2 proc.). Nie można go oddać.

Ale zajęcie miasta ostatecznie przekreśla marzenia Piłsudskiego o federacji – choć Piłsudski, zlecając akcję zbrojną, na nią właśnie liczył – lub choćby poprawnych relacji z sąsiadem. Młoda Litwa, gdzie każdy zna polski, a nie każdy zna litewski, rusza do wojny kulturowej i gospodarczej. Władze w Kownie ziemian postrzegają jako wiernych Warszawie, więc zabierają im ziemię i oddają osadnikom litewskim.

W 1922 r. uchwalają ograniczenie majątków ziemskich do 80 ha i lasów do 25 ha przy symbolicznym odszkodowaniu. Później polska gazeta donosi, że w jednym ze szlacheckich dworów zastrzelił się 51-letni obywatel A.N., osierociwszy żonę i troje dzieci. Bo nie miał na „rekwizycje i podatki".

Majątki tych, którzy służą w wojsku polskim, są konfiskowane. Zamyka się polskie szkoły, a ukończenie jednego z czterech polskich gimnazjów uniemożliwia uzyskanie państwowej posady. Litwini zmieniają tę politykę dopiero w 1938 r., gdy Hitler sięga po Kłajpedę.

Pułkownik Leon Mitkiewicz-Żółłtek, polski attaché wojskowy w Kownie, pisał: „(...) gdybyśmy mogli zapewnić Litwie rzeczywistą pomoc przeciwko Niemcom w sprawie Kłajpedy, to Litwa, a ślad za nią i reszta państw bałtyckich, znalazłaby się natychmiast w sojuszu politycznym i wojskowym z Polską". To jednak – o czym wiedział nie tylko płk Mitkiewicz, ale i naczelny wódz Rydz-Śmigły – przekraczało polskie siły.

Widziane z Warszawy

Dwudziestolecie to czas na Kresach trudny nie tylko politycznie, ale i gospodarczo. Polska władza zastaje Kresy zrujnowane. Hrabia Jan Tyszkiewicz, dziedzic Waki, doprowadza gosposię do rozpaczy swoim strojem: „doprawdy dziury, dziury i dziury takie, że bawełna na 5 metrów zaledwie na dwie pary skarpetek wystarczy".

Majątki ziemskie nie były w lepszym stanie. W dodatku poza polską Wileńszczyzną i paroma jeszcze zaledwie miejscami, jak poleski Łohiczyn, białoruscy i ukraińscy chłopi są nastawieni obojętnie lub wrogo do polskiej władzy. Białorusini ze słabym poczuciem tożsamości narodowej i źle wykształceni stanowią świetną pożywkę dla agitacji komunistycznej.

Charakterystyczna jest droga polityczna jednego z ich kluczowych przywódców, Bronisława Taraszkiewicza, który najpierw zabiegał o autonomię i język białoruski jako urzędowy na zamieszkanych przez nich terenach, potem wstąpił do KPZB, pojechał na konferencję do Moskwy, a po powrocie założył nową organizację Hromada, będącą już agenturą wpływu. Został rozstrzelany w Moskwie w 1938 roku.

Poleszucy, prawie niepiśmienni, tworzą zamkniętą, nieufną grupę fascynującą dla naukowców, ale trudną dla administracji. Duchowo należą do poprzednich epok, nawet chrześcijaństwo jest u nich jedynie świeżym nalotem.

W kresowych miastach liczną grupę stanowią Żydzi. Często nie znają polskiego, są rozgoryczeni ekscesami polskich wojsk w czasie wojny polsko-bolszewickiej – w oczach żołnierzy uchodzą za popleczników Moskwy. Żydowskie życie duchowe i polityczne tętni, ale poza wąską grupą zasymilowanej inteligencji Polska Żydów specjalnie nie interesuje.

II Rzeczpospolita prowadzi wobec Kresów i zamieszkujących je mniejszości politykę niespójną. Miota się między chęcią pozyskiwania przychylności a twardo wytyczonym przez endeków planem narzucenia polskości siłą. Dmowski uważa metody „miękkie" za słabość.

„Zaspokoiwszy ich nadmierne dziś apetyty, pozostawimy tę piękną ziemię gnuśnym sytym próżniakom, których samoistność dopóty będzie trwała, dopóki ktoś energiczniejszy od nas swej ręki na nich nie położy" – ostrzega w „Myślach nowoczesnego Polaka". Ostatecznie polityka endecka wygra pod koniec lat 30., kiedy nieudolni spadkobiercy Piłsudskiego oprą się na obozie narodowym i zaczną burzyć cerkwie.

Polska władza wprowadza własną administrację. Wysyła urzędników, najchętniej z dawnego zaboru austriackiego, nazywanych galileuszami. Ci doprowadzają miejscowych do szału. W Wilnie nakazują zmianę uprzęży na małopolską, bo tutejsza duha przy wozie kojarzy im się z Rosją. By pozyskać kadrę na Kresy, rusza projekt budowy domów dla urzędników państwowych. Jeśli zsumować – 876 mieszkań. A i tak wojewoda poleski Kostek-Biernacki narzeka na jakość administracji: „Dusze niezłodziejskie są rzadsze niż cielęta o dwóch głowach" – mawia.

Mimo to ruszają projekty cywilizacyjne: melioracja Polesia, elektryfikacja, budowa dróg, budynków użyteczności publicznej, infrastruktury turystycznej, bo to ma być domeną słabo rozwiniętych gospodarczo terenów. Dwa inne pomysły – osadnictwo i reforma rolna – nie podobają się ziemianom. Osadnictwo wojskowe ma zmienić proporcje narodowościowe. Polacy o silnej świadomości narodowej dostają tu od państwa swoją ziemię. Są młodzi, zakładają rodziny. Jednak napotykają na wrogość społeczności lokalnej, często także ziemian.

Na podstawie ustawy parcelacyjnej z 1925 roku do 1939 roku udało się rozparcelować około 60 proc. z przewidzianych do tego gruntów. „Wmówiono zbolszewiczałym chłopom, powracającym z głębi Rosji, że rząd polski i własność polska pomagać im są obowiązani" – denerwuje się Henryk Skirmunt, pan na Mołodowie. Wyraża emocje większości ziemiaństwa.

Bieda jest wszędzie, ale nigdzie taka jak na Polesiu. To podatny grunt dla propagandy, a w wojnie o ludzkie dusze, jaką Moskwa prowadzi z II Rzeczpospolitą, kłamstwo jest potężnym orężem. „Mówię, że będzie wolno, że będzie lepiej, to moja zwykła metoda, że w Rosji wspaniałe zmiany – ekspresy, bezpłatne żywienie dzieci, teatry, międzynarodówka. Słuchają z zachwytem i niedowierzaniem. A ja sobie myślę – będziecie mieli swoje niebo całe w diamentach, wszystko będzie wywrócone na nice, wszystkich wyobraca i któryż to już raz mi żal" – pisał w „Dzienniku 1920" Izaak Babel.

Bandy sowieckie mordują ziemian, policjantów i żołnierzy. II Rzeczpospolita reaguje adekwatnie dopiero po tym, gdy 1924 r. w nocnym ataku na Stołpce ginie urzędnik i siedmiu policjantów. Powstaje Korpus Ochrony Pogranicza – jednostka mająca nie tylko posługiwać się bronią, ale także przeciwdziałać propagandzie komunistycznej.

KOP spełnia swoją funkcję. I zapłaci za to cenę w dołach Katynia. Bolszewicka Rosja musi jednak zmienić strategię – teraz będzie rozwijać w Polsce agenturę wpływu. Czołówkę wyszkoli w Moskwie Komintern razem z kolejnymi wcieleniami Czeka. Agitatorzy sączą do ucha chłopom bajki o sowieckim dobrobycie. W tym czasie w Sowietach miliony chłopów umierają podczaskolektywizacji.

Żywcem zakopani

Utalentowany sowiecki szpieg i błyskotliwy warszawski adwokat Teodor Duracz będzie skutecznie bronił przed sądem kolegów po fachu. Część uniknie kary, inni pójdą do polskich więzień, co uchroni ich przed stalinowskimi czystkami. Wyjdą we wrześniu 1939 r.

Wtedy, kiedy ich działalność na Kresach przyniesie owoce: do głosu dojdą ich uczniowie. Białoruskie bandy miejscowych komunistów i kryminalistów wyposażone w chałupnicze obrzyny i sprzęt domowego użytku rozprawiać się będą z ziemiaństwem. Rodzinę Wołkowickich w Brzostowicy Małej pod Grodnem zwiążą drutem kolczastym, do ust wleją rozrobione wapno, a następnie żywcem zakopią. Długą listę powieszonych, zastrzelonych, zarżniętych i zakopanych zbierze prof. Krzysztof Jasiewicz w „Zagładzie polskich Kresów". Największym szczęściem dla polskich ziemian będzie, jeśli uda im się stamtąd uciec.

Potem przyjdzie rzeź na Wołyniu i w Galicji. W litewskich Ponarach, z udziałem szaulisów, wileńska inteligencja i żołnierze AK wypełnią doły po zbiornikach paliwa. To koniec projektu, po którym sowiecka Rosja wyrysuje w Jałcie nową mapę. Największym jednak jej zwycięstwem jest to, że po bratobójczych zbrodniach narody, które kiedyś były jednym państwem, nie odzyskają już do siebie zaufania.


PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej":


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95


Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL