fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Jan Tokarski: Czciciele postępu kontra fani przyszłości

Rzeczpospolita, Mirosław Owczarek
Przyszłość nie wymaga już rewolucyjnych wstrząsów ani indywidualnych lub zbiorowych poświęceń. W rewolucję polityczną nikt nie wierzy; kulturowa się dokonała; technologicznej nikt nie powstrzyma. Cywilizacja zachodnia dokonała głębokiej duchowej konwersji: nawróciła się z heroizmu na konsumeryzm.

Polityczna wyobraźnia naszych czasów zdaje się nie nadążać za zmieniającym się gwałtownie światem. Przestała ścigać się z postępem technologicznym, nie licytuje się w odwadze śnionych marzeń z nauką. Właśnie dlatego nasza nowoczesność określana bywa często jako „późna". Wygasła w niej młodzieńcza pasja przemiany świata, straciła zapał do radosnego eksperymentowania. To nowoczesność po przejściach, naznaczona bliznami XX stulecia.

Nowoczesność i jej wrogowie

Ale czym właściwie jest nowoczesność? To coś więcej niż postęp technologiczny i związane z nim wynalazki (smartfon, telewizja satelitarna, bomba wodorowa). To również coś innego niż wielkomiejska ogłada i otwarty światopogląd. Nowoczesność to pewien rozdział europejskiej kultury, wciąż moim zdaniem otwarty. Czy tego chcemy czy nie – wszyscy jesteśmy nowocześni.

Co to dokładnie znaczy? Rzecz najłatwiej zrozumieć, konfrontując nowoczesność z okresem sprzed jej narodzin. Świat był wówczas hierarchicznie ułożony. Słońce kręciło się posłusznie wokół nieruchomej, osadzonej stabilnie w samym centrum kosmosu Ziemi. Ludzie dzielili się na tych, którzy mieli święte prawo władać innymi (królowie), oraz tych, którzy musieli być im posłuszni (wszyscy pozostali). Na ziemski ogród zza chmur spoglądał dobrotliwy i wszechmocny Bóg, bacząc, by krnąbrna ludzkość nie wyrządziła sobie w przypływie szaleństwa zbyt wielkiej krzywdy. Tak to, w wielkim uproszczeniu, wyglądało. Aż przyszedł Kopernik i zasiał zamęt. Ziemia została strącona ze swojego uprzywilejowanego miejsca i zawisła w próżni tyleż nieskończonej, co głuchej na ludzkie wołanie przestrzeni. Gdzie dotąd widziano hierarchię, rzeczy okazały się płaskie jak stół. Gdzie miał znajdować się stabilny fundament, odkrywano płynność wszystkiego. Co miało być nakazem samego Boga, odsłaniało się jako dzieło ludzkich rąk.

W sensie politycznym epoka, którą nazywamy nowoczesnością, narodziła się wraz z rewolucją francuską. Rewolucjoniści byli pierwszymi, którzy działali tak, jakby wszystkie wartości i zasady cywilizacji były suwerennym tworem człowieka. Pokroili więc geografię Francji według własnego schematu, wprowadzili nowy kalendarz i ustanowili prawa dla całej ludzkości. Zaprojektowali nowy ład społeczny oraz stworzyli święta ku czci wymyślonej przez siebie Istoty Najwyższej. Gdzie panowały dotąd obyczaj i przesąd, bezpardonowo wkraczał rozum. Uwierzono, że wszystko można odmienić. Odkąd człowiek chwycił śmiało za ster historii, mogło być już tylko lepiej. Rok 1789 nie był po prostu kolejnym po narodzinach Chrystusa. Był Nowym Początkiem, Rokiem Zero. Tak przynajmniej ogłosili światu ideologowie postępu.

Ale nowoczesność nie miała być wyłącznie ich epoką. Jej dziećmi w równym stopniu okazali się tzw. antynowocześni – pisarze, filozofowie i artyści głęboko nieufni wobec postępowych idei. Rewolucja nie była ich zdaniem momentem wyzwolenia, ale erupcją resentymentów. Nie wierzyli w to, że oświeceniowy rozum obala mity – uważali, że na miejsce starych fabrykuje nowe, nierzadko gorsze. Na ludzką naturę patrzyli z pesymizmem, uznając, że człowiek to istota słaba, porażona grzechem pierworodnym. Wszelkie co ambitniejsze próby przemienienia go musiały zatem prędzej lub później przynieść opłakane skutki. Wreszcie, antynowocześni przeciwstawiali się naczelnemu hasłu nowoczesności, jakim była równość. Dla twórców takich jak Baudelaire czy Nietzsche równość oznaczała przede wszystkim wyzwolenie motłochu. Wszędzie, gdzie dawniej panowała wzniosłość, zaczęła panoszyć się tandeta. Kultura wysoka została spłaszczona walcem nowoczesności.

Taki stosunek do współczesności stawiał jednak antynowoczesnych w położeniu co najmniej dwuznacznym. Byli tyleż dziećmi nowej epoki, co jej odrzutkami – ludźmi głęboko skłóconymi z czasami, w jakich przyszło im żyć. Jeżeli popierali hierarchię, to dlatego, że żyli w czasach, które na sztandary wyniosły równość. Jeżeli zachwalali posiadanie mocnych korzeni, to dlatego, że sami czuli się ich pozbawieni. Jeżeli ze wszystkich swych sił pragnęli ożywić tradycję, to z tej przyczyny, że wydawała im się martwa. Inaczej niż postępowcy, nie wierzyli w utopię przyszłości – doskonałego świata, który ma dopiero nadejść lub (lepiej) zostać powołany do życia ludzkimi rękami. Ich stosunek do rzeczywistości przenikała nostalgia, a więc utopia skierowana w przeszłość. Tęsknota za porządkiem, który nigdy nie istniał.

Snując swoje pesymistyczne rozważania o świecie, który wypadł z kolein, antynowocześni niezmiennie fascynowali i budzili przerażenie. Nowoczesność nie obchodziła się jednak z nimi o wiele lepiej niż oni z nią. Niemal przez cały czas jej trwania byli o wiele słabsi niż postępowcy – zarówno politycznie, jak i kulturowo. Obietnice nowych czasów ważyły więcej aniżeli obawy, z jakimi się wiązały. Ten stan rzeczy zmieniły dopiero traumatyczne doświadczenia XX wieku.

Od nadziei do nostalgii

Jesteśmy dziś świadkami (...) końca mitu, że jakakolwiek rewolucja może nas zbliżyć na przełaj do celu, którego osiągnięcie wymaga, po pierwsze, okrężnej i mozolnej drogi wieków, a po drugie – jest niemożliwe. To się skończyło bezpowrotnie" – pisał w połowie ubiegłego stulecia niesłusznie zapomniany brytyjski historyk Denis W. Brogan.

Tylko częściowo miał rację. Utopia nie umarła. Wygasł jedynie żar towarzyszący wdrażaniu jej w życie. Ludzie wciąż wyznają rozmaite świetlane wizje przyszłości. Jeszcze całkiem niedawno wielu wierzyło w dobrodziejstwa globalnej gospodarki rynkowej. Do dziś niektórzy ufają w obietnicę wielokulturowych, otwartych społeczeństw. Powszechna (choć wypowiadana na razie nieśmiało) wydaje mi się wiara w możliwość pozytywnej przemiany świata dzięki postępowi technologicznemu. Żadna z tych wiar nie przekłada się jednak na społeczny czy polityczny aktywizm – nie jest wezwaniem do działania tu i teraz. Utopię rynku realizuje się, pracując w międzynarodowej korporacji; utopię społeczeństwa otwartego – odnosząc się z sympatią do imigrantów; utopia technologicznego postępu wytwarzana jest powoli i mozolnie w naukowych laboratoriach. Przyszłość nie wymaga już rewolucyjnych wstrząsów ani indywidualnych lub zbiorowych poświęceń. Architekci „nowych wspaniałych światów" przestali być potrzebni. W rewolucję polityczną nikt nie wierzy; kulturowa się dokonała; technologicznej nikt nie powstrzyma. Cywilizacja zachodnia, jak to obrazowo ujął Peter Sloterdijk, dokonała głębokiej duchowej konwersji: nawróciła się z heroizmu na konsumeryzm.

Ubocznym skutkiem tej zmiany jest dokonujące się z wolna przesunięcie od nadziei w stronę nostalgii. Nie dostrzeżemy go w tumulcie codziennych wydarzeń, nie ogłoszą go nagłówki gazet, słowem nie zająkną się o nim prezenterzy telewizyjnych serwisów informacyjnych. A jednak zmiana ta jest realna. Po doświadczeniach XX wieku przyszłość nie jest już pełna cudownych krain, w których wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Stała się wylęgarnią rozmaitych lęków. To przeszłość, odpowiednio przyozdobiona i zmitologizowana, kusi swoim blaskiem. Pięknie jest kroczyć w awangardzie postępu, ale pięknie również być epigonem rzeczy wielkich i przebrzmiałych. Nostalgia ma więc być lekarstwem na dręczące nas wszystkich poczucie nieprzystawania, odklejenia, separacji. Obiecuje powrót do domu. Więcej: tworzy fikcyjny dom, w którym nigdy nie mieszkaliśmy. Skoro przyszłość zawiodła, trzeba zwrócić się ku przeszłości. Nawet jeżeli nigdy nie istniała, jeżeli jest tylko naszym zmyśleniem.

Antynowocześni dzisiaj

Dlaczego warto przypomnieć o tych wysoce abstrakcyjnych na pozór sprawach? Dlatego, że na początku XXI wieku wciąż jesteśmy świadkami (i uczestnikami) zrodzonego w 1789 roku dramatu. Nie jest on, oczywiście, taki sam jak wówczas. Niemniej jednak wciąż targają nami dwie wielkie duchowe namiętności: wiara w świetlaną przyszłość i tęsknota za bezpowrotnie utraconą przeszłością. Warto przy tym odnotować istotną zmianę sił między nimi.

Współcześnie, w czasach tzw. późnej nowoczesności, widać coraz wyraźniej, że to antynowocześni w wielu istotnych sprawach mieli rację. Szczególnie w tej fundamentalnej: że nowoczesność miała swoją cenę. W przeciwieństwie do zapatrzonych w zwierciadełko postępu modernizatorów antynowocześni widzą wyraźnie, że jest ono zwierciadłem krzywym. Słusznie zauważają, że wiara w postęp jest religią nowoczesności. Więcej: z przenikliwością najwybitniejszych twórców Oświecenia potrafią wykazać, że to fałszywy bożek, którego sługą (a nie panem) jest racjonalny jakoby rozum. Nieprzypadkowo wieść o „śmierci Boga" (a więc końcu wszystkich spajających ludzki świat w całość idei czy wartości) ogłosił jeden z najwybitniejszych twórców antynowoczesnych. Przypadkiem nie było również, że uczynił to z nutą goryczy, a nie w tonie radosnego triumfalizmu.

Ogłoszenie ich zwycięstwa również byłoby jednak krokiem przedwczesnym. Antynowocześni pozostają wiarygodnymi krytykami, dopóki poprzestają na samej diagnozie. Kiedy tylko zaczynają jednak wypisywać recepty, przeistaczają się w niebezpiecznych ideologów. Kochają to, co martwe, przebrzmiałe. Nie są natomiast zdolni tchnąć w ludzi prawdziwej wiary, a jedynie tęsknotę za nią. Nie potrafią stworzyć autentycznej wspólnoty, lecz tylko rozpamiętywać czasy (skądinąd wyimaginowanego) naturalnego braterstwa między ludźmi. Nie są w stanie dowieść istnienia absolutnej wartości – umieją jedynie pokazać, że człowiek pozbawiony odniesienia do absolutu zaskakująco łatwo traci swoje człowieczeństwo. Wpadają więc koniec końców w tę samą pułapkę co ich postępowi przeciwnicy: między tym, czego pragną, a tym, czego potrafią dokonać, zieje przepaść. W tym ich dramat, w tym ich uwodzicielski urok.

Utopijne myślenie leczy się sceptycyzmem. To względnie łatwa kuracja. Należy zderzyć co ambitniejsze ludzkie marzenia z konsekwencjami, do jakich doprowadziły próby wdrożenia ich w życie. To wystarcza zwykle, by ludzie przestali wierzyć, że postęp dokonuje się bezkosztowo; że na miejsce starych bolączek nie wytwarza nowych. Co można jednak przepisać komuś cierpiącemu na nostalgię? Tradycyjne antydepresanty – alkohol, wyjazd nad morze, nightclubbing – nic tu nie poradzą. Podczas gdy utopia domaga się urzeczywistnienia, nostalgia oddziałuje bowiem na ludzkie umysły tym mocniej, im więcej dzieli ją od rzeczywistości.

Wiek nostalgii?

Przyszłość jest dziś martwa. Wspomina się o niej z pewnym zawstydzeniem, pisze małą literą. Tymczasem nostalgia ożywa na naszych oczach. Jej sztandarem wymachują dziarsko rozmaici ideologowie – politycy, dziennikarze, intelektualiści. Mity o wspaniałej, choć przebrzmiałej przeszłości, do której jednakowoż da się powrócić, majstrowane są cierpliwie w zaciszu uniwersyteckich gabinetów i na portalach społecznościowych. W pierwszym przypadku – elegancko i nie bez imponującej momentami erudycji; w drugim – ordynarnie, w ramach cynicznej gry na najbardziej elementarnych ludzkich lękach. Zawsze jednak z takim samym oddaniem sprawie, z jednakową wiarą w to, że krnąbrna rzeczywistość tym razem ulegnie i stanie się nam posłuszna. Że świat nareszcie będzie światem na miarę naszych marzeń, chwilowo przystrojonych uwodzicielską aurą rzeczy starych, zacnych i minionych.

Dla wszystkich, którzy skłonni byliby wierzyć w sukces tego przedsięwzięcia, nie mam dobrych wieści. Nic z tego. Przeszłość jest nieodwołalnie miniona. Nie da się jej wskrzesić. Gorzej: ta, o której przywrócenie wam chodzi, jest tylko fantomem, widziadłem waszej sfrustrowanej wyobraźni. Tęsknicie do czegoś, czego nigdy nie było. Jeżeli myślicie, że uda się wam to coś przywrócić, pytam: w czym właściwie wasze nadzieje są lepsze od majaków czcicieli postępu, które (słusznie) odrzucacie? Nie, nie uda wam się odwrócić biegu czasu. Swoim zwyczajem parł będzie naprzód – na oślep, nie oglądając się na nasze potrzeby i najgłębsze pragnienia. Nie odmienicie ludzkiej natury. To ona nakazuje nam walczyć z upływającym czasem i to ona sprawia, że w tej walce zawsze przegrywamy.

Wiem, to tylko czcze gadanie, słowa rzucane na wiatr, puste zaklęcia. Niczego nie zmienią. Kasandr nikt nie chce słuchać – w szczególności ci, którzy sami lubują się w wieszczeniu wszystkiego, co najgorsze. Wiek XX był stuleciem utopii. Czy XXI okaże się stuleciem nostalgii?

Jan Tokarski – eseista, historyk idei, redaktor „Przeglądu Politycznego" i kwartalnika „Kronos". Ostatnio opublikował „Obecność zła. O filozofii Leszka Kołakowskiego".

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA