fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Zatańczyć i zapomnieć

materiały prasowe
Gdzie się podziała dziewczyna, której teledysk do utworu „Ride" został w 2010 r. odrzucony przez amerykańską stację muzyczną BET za zbyt seksualny charakter? Czy to ta sama wokalistka, która w pełnej gorzkich słów piosence „Like a Boy" chciała pokazać, co myśli, mężczyznom, którzy nie potrafią odczytywać kobiecych uczuć i okłamują czekające na nich w domu partnerki? Dzisiaj to już inna osoba, z nowymi doświadczeniami – szczęśliwa mężatka, wierząca, mama dwojga dzieci. Sama podkreśla, że jej siódmy album w dyskografii został wydany w zupełnie innym momencie życia. I to nakładem własnej wytwórni Beauty Marks Entertainment.

Jak to zwykle bywa, szczęście osobiste i dojrzałe wybory wprowadziły w życie Ciary równowagę, ale nieco przytępiły pazurki i jej wyraz artystyczny. Na nowym albumie próżno szukać tupetu i konfrontacyjnych tekstów, co wcale nie oznacza, że Ciara zerwała ze swoimi muzycznymi korzeniami. Jej płyta jest utrzymana w tej samej stylistyce co poprzednie krążki, czyli w obszarze współczesnego R&B i popu. Na okładkowym zdjęciu albumu wokalistka przypomina Janet Jackson, która inspiruje ją od początku scenicznej kariery.

Niech nie zniechęcają się ci, którzy przed sięgnięciem po album najpierw obejrzeli przesłodzony teledysk do tytułowego utworu. W klipie „Beauty Marks" zamieszczono materiał ze ślubu Ciary i Russela Wilsona – zawodnika drużyny futbolowej Seattle Seahawks. Znajduje się w nim też fragment nagrania z narodzin córki pary. Ta banalna ballada nie jest na szczęście dominantą płyty, na której każdy fan popu może znaleźć coś dla siebie. Słychać tu dużo nowoczesnych brzmień, dość zróżnicowanych pod względem tempa. Wokalizy i wyraziste bity przypominają styl młodej gwiazdy stacji radiowych Ariany Grande. Tak jest np. w piosence „Trust Myself", kojącej, zaśpiewanej wysokim, dziewczęcym głosem. Na przeciwnym biegunie znajduje się dynamiczny, idealny do tańca, singiel „Level Up", który jest mrugnięciem oka do wielbicieli dancehallu. Doczekał się on nawet internetowych „kontynuacji", w których internauci wykonują w jego rytm własne układy taneczne. Dla wiernych fanów Ciary i stylu z pogranicza R&B najbardziej zadowalający powinien być szybki „Set" z ciekawymi efektami muzycznymi w tle, przywodzącymi na myśl klimat orientalny. Na płycie trafiają się też nieudane decyzje, jak w otwierającym „I Love Myself", gdzie do spokojnego i nastrojowego utworu jakby na siłę dodano rapowaną zwrotkę Macklemore'a.

Słabą stroną albumu są teksty. Utwór „Greatest Love" w udany sposób czerpie z trapu, a wokal Ciary jest w nim subtelnie zmodulowany, jednak słowa układają się w banalne wyznanie miłosne, które na szczęście ginie gdzieś w tle muzycznej całości. Takich nieciekawych zwrotek jest tu więcej, bo uskrzydlonej miłością wokalistce zabrakło chęci lub umiejętności, by swoje uczucia opisać głębiej albo chociaż ubrać w jakąś poetycką metaforę. Nawet „Set", który z założenia ma być wyrazem pewności siebie i siły, nie zaskakuje żadną oryginalną linijką.

Płyta „Beauty Marks" nie przełamuje popowych schematów. Służy czystej zabawie, w której miesza się natłok aktualnych trendów z pierwszych miejsc list przebojów. Jest ich tak dużo, że trudno znaleźć tu jasno wytyczoną ścieżkę, nie mówiąc już o zwartym pomyśle na płytę. Ciara najwyraźniej nie zabiega o ambitnego słuchacza. Bawi się muzyką, po trochu dobierając elementy gatunków muzycznych głównego nurtu. Ale do stworzenia dojrzałej, zapadającej w pamięć całości brakuje jej jeszcze wiele.

Ciara, „Beaty Marks", dystr. Warner Music Poland

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA