fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Pijany anioł z Teksasu

materiały prasowe
Blaze Foley to był gość! – powiedział kiedyś Willie Nelson, który wraz z Merlem Haggardem (słynni muzycy country) wykonał kilka jego piosenek. I nie wiadomo, czy chodziło mu o to, że z Foleya było niezłe ziółko, czy o to, że świat niemal przeoczył geniusza. Aktor i reżyser Ethan Hawke na wszelki wypadek podejmuje oba tropy, przybliżając widzowi biografię zapomnianego muzyka.

Blaze grany przez debiutującego na ekranie Bena Hickeya to postać tragiczna i wymykająca się jednoznacznym sądom. To facet wiecznie zagubiony, dryfujący, sam siebie stawiający na pozycji wycofanego odmieńca. Człowiek zlękniony, który swoje słabości zagłusza alkoholem. Ale jednocześnie Blaze to wyjątkowy tekściarz i kompozytor mieszkający i tworzący w lesie z dala od cywilizacji narzucającej sztywne ramy i zmuszającej do podporządkowania się systemowi.

W swojej muzyce – znanej obecnie dzięki koncertowi zarejestrowanemu miesiąc przed tajemniczą i dość bezsensowną śmiercią – jawi się jako stale tęskniący za czymś mężczyzna. Proste i dosadne pieśni skupiają się na tym, co uniwersalne i zarazem głęboko osobiste. Kwestie miłości, samotności i straty poruszane są przezeń niemal w każdym z zaledwie kilku zachowanych utworów.

Blaze to poeta codzienności i filozof, który swoimi gawędami, nie tylko śpiewanymi, miał szansę zjednać sobie sporą...

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA