fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Fogg. Piosenki o mojej Warszawie

EAST NEWS, Andrzej Wiernicki
Występował na powstańczych barykadach, w schronach, swym śpiewem niósł otuchę pacjentom w szpitalach polowych. Jak obliczyło Biuro Informacji i Propagandy AK, łącznie dał ponad 100 występów.

Wśród dziesiątek tysięcy eksponatów zgromadzonych w zbiorach Muzeum Powstania Warszawskiego znajduje się powstańcza opaska Mieczysława Fogga. Legendy polskiej piosenki. Jednego z najdłużej śpiewających wokalistów.

Nazywano go często polskim Bingiem Crosbym, mówi się, że gdyby był Amerykaninem, zrobiłby światową karierę. Ale nawet jako Polak ma imponujące osiągnięcia i sukcesy. Docierał ze swymi występami do najdalszych zakątków świata.

Po śmierci Maurice'a Chevaliera w 1972 r. był najstarszym występującym piosenkarzem świata. Jego kariera wokalna trwała ponad 60 lat. W tym czasie dał 16 tys. koncertów w 25 krajach Europy. Koncertował też w Australii, Brazylii, na wyspie Cejlon, w Izraelu, Kanadzie, Nowej Zelandii i 31 stanach USA. Przy takim kalendarzu występów mógł spokojnie osiąść za granicą. Nigdy się jednak na to nie zdecydował. Z Polską zawsze związany był bardzo emocjonalnie, zapisał też piękną kartę w czasie wojny i okupacji. Nasi dziadkowie ze wzruszeniem wspominają z pewnością wpisaną w krajobraz ruin wojennej Warszawy Café Fogg. Powstała w marcu 1945 r. pod adresem Marszałkowska 119. Mieczysław Fogg był tu gospodarzem i główną gwiazdą, zapraszał też innych znanych sprzed wojny i lubianych aktorów oraz artystów kabaretowych.

Gestapowiec wyciąga broń

Powstańcza opaska podarowana przez rodzinę artysty Muzeum Powstania Warszawskiego jest dowodem, że działalność patriotyczna Fogga rozpoczęła się znacznie wcześniej. Słynny pieśniarz Warszawy już w pierwszych dniach II wojny światowej występował z koncertami dla wojska, a potem wstąpił do Armii Krajowej, gdzie był starszym strzelcem I Batalionu Szturmowego „Odwet" w zgrupowaniu „Golski". W książce „Od palanta do belcanta" wspominał: „1 września zadzwoniła do mnie Hanka Ordonówna: – Mieciu – mówiła do mnie podnieconym głosem – idziemy śpiewać na dworce, dla rannych żołnierzy! [...] Gdy tylko na dworzec zajechał pierwszy pociąg z rannymi, zaczęliśmy chodzić od wagonu do wagonu, śpiewając piosenki. Żołnierze, często w bandażach, byli utrudzeni, ale nie tracili ducha. – Nie damy się! – wołali".

6 września 1939 r. na półtora miesiąca opuścił Warszawę, udając się do Lwowa. Po powrocie spędził w stolicy lata okupacji. Kiedy ZASP przywrócił polskim artystom możliwość występów w „lokalach ze stolikami", Fogg koncertował m.in. w Café Bodo, Swann, U Aktorek czy Lucynie. Wielkie wrażenie robiła zwłaszcza jego interpretacja utworu Eugeniusza Żytomirskiego z muzyką Tadeusza Müllera „Ukochana, ja wrócę". Tego publicznego wykonania pierwszej okupacyjnej piosenki w Café Bodo artysta o mało nie przypłacił życiem, bo wywołało ono wściekłość obserwującego występ pijanego gestapowca. Próbował strzelić do wykonawcy, a gdy został obezwładniony przez personel lokalu, rozpętała się awantura i Fogga wezwano na przesłuchanie do gmachu gestapo na Szucha. Wówczas zgodnie z sugestią Armii Krajowej na krótko zaprzestał śpiewania i pracował jako kelner.

Nie trwało to długo, bo podczas Powstania Warszawskiego swoimi piosenkami podtrzymywał na duchu zarówno żołnierzy, jak i cywilów. Stanisław Marczak-Oborski w książce „Teatr czasów wojny 1939–45" wspomina, że 15 sierpnia 1944 r. w Warszawie z okazji Święta Żołnierza w różnych punktach miasta śpiewali dla powstańców m.in. wielka gwiazda kabaretu Mira Zimińska i właśnie Mieczysław Fogg, a wiersze recytowali wybitni aktorzy, m.in. Marian Wyrzykowski.

Marny strzelec, dobry śpiewak

Sam Fogg występował na barykadach, w schronach, swym śpiewem niósł otuchę pacjentom w szpitalach polowych. Jak obliczyło Biuro Informacji i Propagandy AK, łącznie dał ponad 100 występów. Prawnuk artysty Michał Fogg w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej" udzielonym Jackowi Cieślakowi tak wspominał powstańcze losy swego słynnego pradziadka:

„Kiedy wybuchło powstanie, zameldował się u dowódcy, któremu powiedział: »Marny ze mnie strzelec, ale śpiewak dobry«. I poprosił o swobodne, o ile to było możliwe, poruszanie się po stolicy. Występował tylko z akordeonistą. Przedzierał się od barykady do barykady, od szpitala do schronu, ze schronu do kanału. Był kilkakrotnie ranny, ale to nie przeszkodziło mu w śpiewaniu. Jeszcze przed powstaniem, przeczuwając, co się święci, wywiózł rodzinę, Tadeusza Sygietyńskiego, Mirę Zimińską i innych znajomych do Złotokłosu pod Tarczynem. W domku, gdzie mogły się pomieścić cztery osoby, zamieszkało ich kilkanaście. Przed poddaniem powstania udało mu się kupić papiery ziemianina, które w świetle obowiązującego prawa pozwoliły mu bezpiecznie wyjechać z Warszawy pod pretekstem powrotu do gospodarstwa ziemskiego. W Złotokłosie, na poddaszu domu założył Café Fogg. Chodziło o to, żeby mógł znowu śpiewać ku pokrzepieniu serc".

Jedno z najmocniejszych wspomnień Mieczysława Fogga związanych z wykonywaniem powstańczych pieśni dotyczy słynnego „Marszu Mokotowa". Skomponował go przyjaciel artysty z czasów okupacji Jan Markowski do słów żołnierza AK Mirosława Jezierskiego. „Pieśń inspirowana walkami na Mokotowie, napisana na zaplamionym papierze nutowym zwykłym ołówkiem, została mi wysłana kanałami do mieszkania na Koszykowej. Nowej pieśni nauczyłem się bardzo szybko, bo w niecałe trzy dni. Jej aktualność chwytała za serce. Zresztą trzeba się było szybko uczyć, by zdążyć ją jeszcze zaśpiewać. Wszak śmierć zbierała dokoła obfite żniwo"– wspominał Fogg.

Kawiarnia z innego świata

Opięknej karcie, jaką zapisał podczas II wojny światowej i Powstania Warszawskiego, rzadko opowiadał swemu ukochanemu prawnukowi. Ten w jednym z wywiadów przyznał, że podczas spotkań z pradziadkiem nie było martyrologii.

Fogg nie wspominał też o innym swym bohaterskim czynie nagrodzonym medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata przyznawanym przez izraelski instytut Yad Vashem. Pomógł żydowskiemu kapelmistrzowi „Qui Pro Quo" Iwowi Vesby wydostać się z getta i uciec z rodziną za granicę. Po wojnie otrzymał od Iwa aparaturę nagraniową, dzięki której założył własną wytwórnię Fogg Records.

Artysta wielokrotnie podkreślał, że wyjeżdżał z Warszawy tylko po to, by szybko do niej wracać. Po upadku powstania opuścił stolicę wraz z ludnością cywilną. Na krótko zamieszkał we wsi nieopodal Tarczyna. A po 18 stycznia 1945 r. powrócił do miasta i w ruinach domu przy Marszałkowskiej 119 założył pierwszą w lewobrzeżnej części Warszawy kawiarnię artystyczną – słynną Café Fogg. Stała się niemal bajkową wyspą z innego świata. Wyposażeniem był sprzęt wygrzebany z ruin: meble ze zdewastowanej kawiarni Napoleonka, lampa z bramy spalonego domu, kawałki blachy, z których scenografię stworzył Stanisław Lipski. Lokal został opisany przez przebywających w powojennej Warszawie szwedzkich dziennikarzy w reportażu „Kawiarnia wśród ruin".

Kiedy pradziadek wrócił do Warszawy, wspominał Michał Fogg, dostał przydział na lokal w resztkach kamienicy na Marszałkowskiej 119 bez wody, gazu i okien. Ale miejsce miało tradycję muzyczną, przed wojną mieścił się tam słynny skład nut. Kawiarnia działała przez rok. Pradziadek reklamował się codziennym występem na żywo. 90 proc. koncertów dawał sam, co odbiło się na zdrowiu. W kawiarni panowała wilgoć, wszystko odbywało się w oparach dymu papierosowego. Lekarz powiedział: śpiewanie albo życie. Kiedy znalazł się właściciel kamienicy, Fogg razem z nim prowadził zakład fryzjerski. A potem kamienicę zburzono pod budowę Pałacu Kultury im. Józefa Stalina.

Ku przyszłości

Café Fogg tłumnie odwiedzana była przez warszawiaków, którzy nie bacząc na prymitywne warunki, z przejęciem słuchali skomponowanej w ostatnich dniach powstania „Piosenki o mojej Warszawie". Artysta śpiewał ją z wielkim przejęciem, wyprostowany, a publiczności trudno było opanować wzruszenie.

Ta piosenka, autorstwa Alberta Harrisa, dawała nadzieję. Mówiła o Warszawie, jaką można było sobie wymarzyć. Słuchacze oglądający na co dzień wypalone zgliszcza miasta skazanego na zagładę, czujący zapach spalenizny, słuchając wykonania Mieczysława Fogga wybiegali myślą w przyszłość, kiedy spacerować będą beztrosko po słonecznych, pięknych ulicach metropolii, uśmiechać się, podróżując wygodnymi tramwajami, patrzeć na Wisłę z odbudowanych mostów.

 

Publikacja realizowana w ramach projektu

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA