fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Piotr Zychowicz: Nieudolna Armia Krajowa na Wołyniu

„Stworzenie oddziałów partyzanckich AK na Wołyniu z jednej strony wzmacniało placówki samoobrony, bo mogły one liczyć na pomoc z zewnątrz. Ale jednocześnie te placówki osłabiało, bo wyciągało z ich szeregów najbardziej wartościowych ludzi”. Żołnierze samoobrony stali się trzonem 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK (na zdjęciu)
Wikipedia
Struktury Polskiego Państwa Podziemnego na Wołyniu, czyli Delegatura Rządu na Kraj i Armia Krajowa, zwarły się w klinczu. A tymczasem polskie wsie płonęły.

Kto jest odpowiedzialny za to, że polskie oddziały partyzanckie na Wołyniu powstały zbyt późno? Obie strony sporu, który rozdzierał wołyńskie podziemie, zrzucały winę na siebie nawzajem. Zdaniem delegata Kazimierza Banacha winny był komendant Kazimierz Bąbiński, który zbyt długo lekceważył zagrożenie ze strony UPA. Zdaniem komendanta Kazimierza Bąbińskiego winny był delegat Kazimierz Banach, który do końca wierzył, że konflikt z Ukraińcami uda się rozwiązać za pomocą negocjacji.

„AK wychodziło z założenia, że nadrzędną wobec wszystkich jest sprawa walki z Niemcami i związanych z nią zadań wynikających z ogólnego planu powstańczego – pisał Kazimierz Banach w sprawozdaniu z 7 października 1943 roku. – Delegatura jako główne zadanie dla siebie i dla wszystkich poczynań polskich na tamtym terenie stawiała przygotowanie i organizowanie samoobrony ludności polskiej, przewidując duże prawdopodobieństwo ataku ze strony Ukraińców. Kiedy ten atak nastąpił, AK stanęło również na stanowisku nadrzędności samoobrony wobec wszystkich innych spraw. Zrobiło to za późno".

Pułkownik Bąbiński, jego oficerowie i żołnierze rzecz jasna mieli w tej sprawie przeciwne zdanie.

„Banach uważał, że należy dogadać się z Ukraińcami i znaleźć z nimi wspólny język – uważał weteran AK Tadeusz Wolak. – Nie widział potrzeby tworzenia na Wołyniu polskich oddziałów zbrojnych. Uważał, że to tylko niepotrzebnie sprowokuje Ukraińców. W rezultacie pułkownik Bąbiński miał związane ręce i szereg cennych miesięcy, które można było wykorzystać do przygotowań do odparcia ataków Ukraińców na polskie skupiska, zostało straconych".

Podobne opinie można znaleźć w wielu wspomnieniach i relacjach pozostawionych przez żołnierzy wołyńskiej AK różnego szczebla. Zachowany materiał źródłowy pokazuje jednak, że sprawa ta była znacznie bardziej skomplikowana. (...)

Przede wszystkim skrajną naiwnością Kazimierza Banacha była wiara w możliwość prowadzenia dialogu i osiągnięcia jakiegoś kompromisu z OUN. W tej sprawie oficerowie Armii Krajowej bez wątpienia mieli świętą rację. Ten zarzut był trafiony. Biedny podporucznik Zygmunt Rumel – który 10 lipca 1943 roku pojechał na rozmowy z banderowcami – zapłacił za tę naiwność delegata rządu straszliwą cenę.

Z kolei zarzuty, jakoby Kazimierz Banach zaniedbał sprawy bezpieczeństwa wołyńskich Polaków, są niesprawiedliwe i krzywdzące.

Wraz z podległymi mu strukturami Delegatury Rządu na Kraj podjął bowiem działania mające na celu obronę ludności cywilnej znacznie wcześniej niż Armia Krajowa.

Już na przełomie 1942 i 1943 roku w zagrożonych miejscowościach Kazimierz Banach sformował oddziały Straży Chłopskich, a wkrótce komórki Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa. W szczytowym okresie formacja ta liczyła blisko 4 tysiące ludzi skupionych w 250 placówkach. Mimo że tylko niewielka część z nich wyposażona została w broń palną, była to siła niebagatelna, która poważnie wzmocniła samoobrony.

Krytyczne nastawienie Kazimierza Banacha do oddziałów partyzanckich nie wynikało więc z tego, że chciał pozostawić wołyńskich Polaków bez obrony. Delegat rządu na kraj miał po prostu inną niż pułkownik Bąbiński koncepcję tej obrony. Według niego prymat podczas walki z UPA powinna mieć polska samoobrona. To ona – zdaniem Banacha – mogła najskuteczniej opierać się atakom.

Delegat chciał, żeby na Wołyniu powstał szereg potężnych polskich twierdz, w których mogłaby się schronić cała ludność zagrożona pogromami.

„Wszyscy Polacy – pisał 28 lipca 1943 roku Kazimierz Banach w dramatycznej odezwie do wołyńskich rodaków – tak kobiety, jak i mężczyźni, znaleźć się winni w szeregach samodzielnej polskiej samoobrony. Polacy! Musimy wytrwać na swoich posterunkach".

Delegat obawiał się, że oddziały partyzanckie Armii Krajowej – stworzone w takiej formie, w jakiej chciał to zrobić pułkownik Bąbiński – mogą osłabić bazy samoobrony. A więc przynieść skutek odwrotny do zamierzonego. Na czym opierał te obawy? Na dwóch zasadniczych przesłankach.

Pierwszą z nich była niewielka liczebność polskiej społeczności na Wołyniu. A co za tym idzie, ograniczona liczba mężczyzn zdolnych do noszenia broni. Kazimierz Banach w drugiej połowie 1943 roku oceniał, że na Wołyniu żyje zaledwie 170 tysięcy Polaków. Reszta albo została wyrżnięta przez banderowców, albo wywieziona na roboty do Rzeszy, albo uciekła do Generalnego Gubernatorstwa.

Skąd więc oficerowie AK mogli wziąć żołnierzy do swoich oddziałów? Przecież nie z szeregów konspiracyjnej młodzieży z miast – Kowla, Łucka, Włodzimierza Wołyńskiego czy Równego. Młodzież ta była bowiem trzymana „w uśpieniu" do czasu powstania. Istniało więc ryzyko, że oficerowie sięgną po członków samoobron i po podległych Banachowi konspiratorów z posterunków PKB.

Obawy te niestety okazały się słuszne.

„Stwierdzam – pisał 9 sierpnia 1943 roku zastępca okręgowego delegata rządu kapitan Julian Kozłowski »Cichy« – że informacje podawane przez podległe organa Komendy Okręgu AK o zorganizowanych stanach ludzi i oddziałów nie odpowiadają istotnemu stanowi rzeczy. Operuje się wielkimi stanami ludzi rzekomo zorganizowanych, którzy faktycznie są zorganizowani i przynależni do PKB lub administracji, a wskazywani są jako członkowie oddziałów AK. Takie wypadki jaskrawe, na większą skalę, zachodziły i zachodzą w szeregu punktów, jak Pańska Dolina, Stepańska Huta, Przebraże, Zasmyki i inne. W ośrodkach tych ludność okolicznych wiosek zebrała się istotnie w celach samoobrony, lecz była zorganizowana przez czynniki administracji i PKB. Wojsko operuje tymi środowiskami jako zorganizowanymi przez siebie oddziałami AK".

Trwać do końca

Jak widać, część oficerów Armii Krajowej poszła na skróty. Zamiast zdobywać broń i wyszukiwać nowych rekrutów, po prostu przesunęła konspiratorów z pionu cywilnego do wojskowego. Przelała tę samą wodę z jednego naczynia do drugiego. Cała ich wielka akcja organizacyjna sprowadziła się do przejęcia dowództwa nad już istniejącymi polskimi strukturami.

Na tym właśnie polegał paradoks sytuacji wytworzonej w sierpniu 1943 roku. Stworzenie oddziałów partyzanckich AK z jednej strony wzmacniało placówki samoobrony, bo mogły one liczyć na pomoc z zewnątrz. Ale jednocześnie placówki te osłabiało, bo wyciągało z ich szeregów najbardziej wartościowych ludzi. (...)

Druga przesłanka, którą kierował się Kazimierz Banach, związana była z celami, jakie stawiał sobie pułkownik Bąbiński i jego organizacja. Mimo że banderowska rzeź w lipcu 1943 roku osiągnęła apogeum, wołyńska AK nie zarzuciła planów powstańczych. Przy pomocy tych samych ludzi chciała więc realizować dwa – sprzeczne ze sobą – zadania. Pisał o tym w powojennym opracowaniu major „Ostoja":

„Wobec rozwoju sytuacji, na którą zasadnicze piętno wywarła akcja ukraińska, dowódca okręgu widział dwa zadania dla Sił Zbrojnych Wołynia:

1. Obrona ludności.

2. Uderzenie na Niemców według rozkazów Komendy Głównej".

To drugie zadanie było oczywiście absurdem. Powodowało jednak, że Armia Krajowa zamiast skupić wszystkie swoje wysiłki – jak chciał tego Banach – na obronie mordowanych Polaków, toczyła całkowicie zbędną batalię z Niemcami. Niepotrzebnie rozpraszała swoje siły. Oddziały partyzanckie AK w opinii delegata były więc niepewne.

W każdej chwili mogły wymaszerować z chronionych przez siebie miejscowości, aby realizować zadania związane z walką z Niemcami. To zaś automatycznie oznaczało, że Polacy pozostawali bez żadnej ochrony przed banderowcami. Członkowie samoobrony zostali bowiem wcześniej wcieleni do oddziałów! Również broń, którą dysponowała samoobrona, została przejęta przez oficerów AK.

„Organizacyjna sieć administracji i PKB – pisał Kazimierz Banach w rozkazie z 20 września 1943 roku – jako sieć samoobrony ludności polskiej nie może być w żadnym wypadku zachwiana. W razie bowiem wycofywania się wojska z danego terenu, jak to obecnie ma miejsce w Inspektoracie Równe oraz w powiatach Krzemieniec i Horochów, ludność polska pozostałaby bez żadnej organizacji. Nasz aparat musi trwać na miejscu, dokąd choćby jeden Polak jest na danym terenie. Inaczej mówiąc, nasz aparat ewakuuje się jako ostatni".

Przedmiotem konfliktu między delegatem a komendantem nie było więc to, czy chronić Polaków, ale jak ich chronić. Autor tej książki przychyla się do opinii, że racja leżała po stronie Kazimierza Banacha. Formowanie oddziałów partyzanckich na terenie Wołynia było palącą koniecznością. Jak wcześniej napisałem, należało to zrobić już na początku roku. A nie czekać – jak pułkownik Bąbiński – aż banderowcy wyrżną dziesiątki tysięcy Polaków. I puszczą z dymem pół polskiego Wołynia.

Oddziały te nie mogły jednak osłabiać baz samoobrony, lecz winny być dla nich uzupełnieniem i wsparciem. Znaleźć w nich powinni się wszyscy konspiratorzy z miast Wołynia, a także młodzi mężczyźni ze spalonych wiosek, którzy na skutek bierności AK zaciągnęli się do sowieckiej partyzantki i niemieckiej policji. Powtórzmy to jeszcze raz: akcja Armii Krajowej była po prostu potwornie spóźniona.

Wszystko to sprawiło, że stworzenie polskich oddziałów partyzanckich, zamiast oczyścić atmosferę, doprowadziło do kolejnego ostrego konfliktu między komendantem a delegatem. Kolejnego, gdyż w połowie roku 1943 wydawało się już, że spór wreszcie się zakończył. Że obaj panowie zdołali się wznieść ponad urazy i zakopać topór wojenny.

Kazimierz Banach poszedł na ustępstwa i zgodził się uznać prymat wojska w kierowaniu walką z UPA. 19 lipca 1943 roku delegat i komendant wydali wspólny rozkaz w sprawie scalenia obu pionów polskiej konspiracji. Banach przekazał Armii Krajowej znaczną część broni i wszystkich żołnierzy PKB, którzy nie ukończyli czterdziestu lat.

Nie oznaczało to jednak całkowitej kasacji siatki posterunków Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa. Ich stany miały zostać uzupełnione o starsze roczniki, a formacja ta nadal miała odgrywać swą główną rolę – obrońcy polskiej ludności Wołynia przed banderowcami.

Wojsko szykuje stryczki

Problem polegał na tym, że dla części terenowych dowódców AK ustępstwa delegata rządu na kraj były niewystarczające. Chcieli oni wchłonąć posterunki PKB w całości. Dla oficerów, którzy otrzymali rozkaz błyskawicznego stworzenia oddziałów partyzanckich, liczył się każdy człowiek i każdy karabin.

Jak to wyglądało w praktyce? Kulisy działań AK odsłania cytowany już raport kapitana Juliana Kozłowskiego „Cichego". Był to kawaler Orderu Virtuti Militari, cichociemny, który w 1942 roku został zrzucony do okupowanego kraju z Wielkiej Brytanii. Jako wojskowego trudno go więc podejrzewać o jakieś uprzedzenia czy złą wolę wobec armii. Mimo to „Cichy" był wobec postępowania swoich kolegów z AK nastawiony niezwykle krytycznie.

„Oba czynniki, wojskowy i cywilny, doszły do przekonania o konieczności zespolenia swych wysiłków na odcinku samoobrony i walki – pisał »Cichy«. – Komendant AK ustosunkował się do akcji życzliwie, jednak nie dość jasno i wyraźnie sprecyzował to stanowisko oraz sposób współpracy swoim podwładnym organom terenowym. Skutkiem tego wytworzyła się na niektórych terenach opinia, wśród organów AK, że czynniki administracji i PKB zostają podporządkowane wojsku, co nie odpowiada istotnemu stanowi rzeczy, zwiększa jeszcze zamęt i chaos i w konsekwencji może osłabić możność osiągnięcia pozytywnych wyników".

W raporcie tym znalazły się ostre oskarżenia pod adresem pułkownika Bąbińskiego:

„Odnoszę wrażenie, że Komendant Okręgu AK nie panuje nad terenem i ludźmi i że podległe mu organa terenowe, pozbawione możliwości kontroli i częstego kontaktu, nie zawsze postępują w myśl otrzymywanych rozkazów, lecz według swoich osobistych zapatrywań. Rozumiem, że wojsku potrzebne są duże stany ludzi na wykonanie pewnych zadań i że po tych ludzi winno ono sięgać. Jednak to sięganie musi być pełne godności i zrozumienia dla wysiłku zarówno wojskowego, jak i cywilnego. Dlatego też niedopuszczalnym jest sięganie samowolne, bez porozumienia się, po ludzi tkwiących w administracji czy też PKB, zastraszając przy tym ich groźbami różnego rodzaju lub obniżając wartość pracy czynników Wołyńskiej Delegatury Rządu".

Kapitan Kozłowski oskarżał część oficerów AK o demoralizowanie ludzi. Według niego oficerowie ci powinni zostać czym prędzej przeniesieni z Wołynia lub usunięci z zajmowanych stanowisk. Oceniał, że są nieudolni, ograniczeni i wrogo nastawieni do administracji cywilnej.

W podobnym tonie utrzymana była notatka sprawozdawcza Kazimierza Banacha z 13 sierpnia 1943 roku.

„Współpraca z AK, przynajmniej formalnie, została ułożona – pisał. – Faktycznie idzie czasem jak po grudzie. Współpraca ta rozwija się przede wszystkim na odcinku organizowania oddziałów partyzanckich. Dotąd bowiem AK, wbrew temu, co mówiono, ani jednego oddziału partyzanckiego nie miała. I co więcej, nie miała nawet dostatecznie sprężystej sieci organizacyjnej, przy pomocy której można by werbować ludzi do oddziałów. Prawie cały ciężar werbowania, w dużej mierze ekwipunku i uzbrojenia, wzięliśmy na siebie".

Według delegata na Wołyniu wytworzyła się następująca sytuacja: najpierw oficerowie AK odebrali formacjom Delegatury broń i ludzi, a potem bezceremonialnie okazywali pogardę i lekceważenie wobec podziemnej administracji. Z irytacją przestawiali z kąta w kąt pałętających im się pod nogami cywilów.

Kazimierz Banach w meldunku wysłanym do Warszawy twierdził, że oficerowie zachowywali wobec niego „chorą postawę". Jeden z nich ponoć nazwał go „szkodnikiem", inny „Volks-Bulbą". Jeszcze inny, próbując zwerbować kobietę pracującą dla Delegatury Rządu na Kraj, zapowiedział podobno, że wojsko szykuje stryczki dla Polaków pracujących w podziemnej administracji. (...)

Skutkiem polsko-polskich tarć i zadrażnień były dramatyczne sytuacje. Jedną z nich opisał historyk Dariusz Faszcza. Mowa o zatargu między akowskim szefem Inspektoratu Kowel kapitanem Janem Szatowskim „Zagończykiem" a wołyńskim komendantem PKB Józefem Nowakiem. W trakcie awantury obaj panowie chwycili za broń, a Nowak próbował nawet popełnić samobójstwo! (...)

Do ostrego konfliktu na linii AK–Delegatura doszło również w Pańskiej Dolinie. W miejscowości tej znajdował się silny ośrodek polskiej samoobrony, na czele którego stał konspiracyjny starosta powiatu Dubno Antoni Cybulski „Oliwa".

Ten dzielny działacz Delegatury wykazał się wielką rzutkością i determinacją. Zdobył dla swoich ludzi broń, zbudował system zasieków i zorganizował niezwykle sprawny oddział obrońców. W efekcie Pańska Dolina stała się polską wyspą na terenie płonącego powiatu dubieńskiego. „Oliwa" i jego ludzie odparli szereg zaciekłych szturmów UPA, wznosząc się na wyżyny bohaterstwa.

W sierpniu 1943 roku do Pańskiej Doliny przybył oficer AK podporucznik Józef Malinowski „Ćwik". Jego zadaniem było zorganizowanie w polskiej miejscowości oddziału partyzanckiego. Przystąpił do tego zadania bezceremonialnie, zupełnie nie licząc się z „Oliwą". Jak wspominał ten ostatni, akowcy „próbowali nas ustawiać i nami dyrygować". Podbierali również „Oliwie" broń i ludzi. Znacznie łatwiej było przecież podwędzić broń polskiej samoobronie, niż zdobyć ją w boju z UPA.

Wbrew wyraźnym instrukcjom wojsko nie konsultowało swoich działań z konspiracyjnym starostą. Akowcy zachowywali się nieostrożnie, nie przestrzegali elementarnych zasad konspiracji. W efekcie samoobronie zagroziła likwidacja przez niemieckie władze okupacyjne.

„Mieliśmy już takie próbki lekkomyślności niektórych działaczy – pisał po latach »Oliwa«. – Kosztowało nas to wiele zachodu, a przede wszystkim wiele nerwów i narażania ludzi. Uzgodnień nie przestrzegano, bez naszej wiedzy urządzano czasem wypady do niewłaściwych miejsc, werbowano do swoich oddziałów naszych żołnierzy z posiadaną przez nich naszą bronią. Z początku traktowaliśmy to jako błahostkę, ale w końcu wzięliśmy amunicję, granaty i inne akcesoria pod ścisłe wyliczenia. Od tego momentu zmniejszyły się przecieki z takim trudem zdobytej własnym kosztem amunicji. Gdy tymczasem dowództwo AK miało na to różne środki państwowe".

Konflikt w Pańskiej Dolinie eskalował do tego stopnia, że Antoni Cybulski musiał pojechać do Łucka, gdzie interweniował u miejscowego inspektora AK kapitana Leopolda Świkli „Adama". Zagroził mu, że jeżeli oddział „Ćwika" nie zacznie się zachowywać przyzwoicie, zostanie wyrzucony z Pańskiej Doliny!

W Pańskiej Dolinie werbował również podporucznik Zygmunt Kulczycki „Olgierd". Jednym z żołnierzy tamtejszej samoobrony, których wziął do swego oddziału, był Roman Kucharski „Wrzos". W swoich wspomnieniach ten weteran AK wspominał, że gdy tylko „Olgierd" przybył do polskiej bazy, z miejsca wyciągnął z niej najlepszą część jej załogi:

„Odłączenie nas od placówki nie obyło się bez zgrzytów i dąsów, bo wraz z przybyszami opuściło ją kilku stałych, i to dobrych, żołnierzy. Dowództwo placówki czuło żal do naszego dowódcy, że zastosował taktykę »kaptowania«. Wielu jeszcze później przechodziło z placówki do nas. Stan załogi był natychmiast uzupełniany, ale ci, którzy odeszli, stanowili element okrzepły w walce i przeszkolony. Nowozaciężnych należało dopiero szkolić".

Wszystko to doprowadziło do paradoksalnej sytuacji.

„Spory na górze między delegatem a komendantem i przejmowanie sobie nawzajem ludzi – pisał Władysław Filar – doprowadziły do powiązań między członkami konspiracji na najniższych szczeblach organizacyjnych. W związku z tym miało miejsce zjawisko zmiany podporządkowania członków konspiracji, często bez wiedzy zainteresowanego, i przechodzenie z pionu cywilnego do wojskowego (i odwrotnie). Także po wojnie wielu z nich nie potrafiło nazwać swojej organizacji, podając najczęściej udział w ZWZ lub AK. Tylko część członków konspiracji znała swój właściwy status w delegaturze".

Skutek podobnych konfliktów i zadrażnień był nietrudny do przewidzenia. Banach zerwał umowę z komendantem AK. W specjalnym rozkazie zabronił dalszego przekazywania ludzi i broni do oddziałów wojskowych. „Żadnemu z pracowników Delegatury lub PKB – pisał – nie wolno przyjmować żadnych funkcji z AK. Nie honorować i nie przyjmować do wiadomości rozkazów wydanych do PKB lub czynników Delegatury przez AK".

I to by było na tyle. Sytuacja w polskiej konspiracji wróciła do punktu wyjścia. Późnym latem i jesienią 1943 roku struktury Polskiego Państwa Podziemnego na Wołyniu znowu zwarły się w klinczu. A  tymczasem polskie wsie płonęły...

Piotr Zychowicz jest dziennikarzem, historykiem, publicystą, zastępcą redaktora naczelnego magazynu „Do Rzeczy" i redaktorem naczelnym miesięcznika „Historia Do Rzeczy". Pracował w „Rzeczpospolitej"

Książka Piotra Zychowicza, „Wołyń zdradzony, czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA", ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa Rebis, Poznań 2019

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA