fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Piotr Zaremba: Czy Polska w ogóle potrzebuje prezydenta

Reporter, Tadeusz Koniarz
Czy w polskim systemie politycznym potrzebna jest w ogóle silna głowa państwa? Co lepiej sprawdziłoby się nad Wisłą: system półprezydencki czy kanclerski? A może zrezygnować z powszechnych wyborów na najwyższy urząd?

Kampania prezydencka rozkręciła się wreszcie do normalnej postaci, paradoksalnie, kiedy formalnie jej nie ma. Mamy przegrupowanie sił po wejściu do gry Rafała Trzaskowskiego. I przed sobą jeszcze mnóstwo niespodzianek. Największą może okazać się ostateczny wynik.

Liczy się wszystko, nie tylko czysto polityczne zapowiedzi, ale także kulturowe wrażenia, z których rodzą się memy. Kiedy Trzaskowski zafundował sobie podczas wyborczej wizyty w Poznaniu tatara z jelenia, prawicowy internet natychmiast okrzyknął go paniczykiem, bo przecież potrawy z jelenia są dla zwykłego Polaka zbyt luksusowe. Za to ludzie z otoczenia kandydata PO tłumaczyli, że przekaz jest kompletnie inny. Kandydat je mięso, na dokładkę dziczyznę, więc jest nie lewakiem, a twardzielem dopuszczającym polowania.

To tylko anegdota na marginesie potężnej wojny politycznej, gdzie wszystkie chwyty są dozwolone. Platformersi wierzą, że możliwe jest pokonanie Andrzeja Dudy. Szybka wspinaczka sondażowa prezydenta Warszawy to już coś więcej niż ratowanie aktywów partii przed Kosiniakiem-Kamyszem, Hołownią, a może i zajmującym niejasne stanowisko wobec PO Donaldem Tuskiem. Sztabowcy PiS pokładają nadzieję w najprostszym równaniu. Cały ogień koncentrują w tej chwili na Trzaskowskim, zakładając, że ma on wszelkie szanse, by wejść do drugiej tury, ale mniejsze niż jego rywale – Kosiniak i Hołownia – na zwycięstwo z prezydentem w drugiej. Wynika to wciąż z sondaży, także tych wewnętrznych, zlecanych przez partie, i z oglądu polskiego społeczeństwa. Trzaskowski ma większy elektorat negatywny niż tamci, zdaje się nie pasować do prowincjonalnej Polski. Stąd taka waga tropienia jego menu.

Miękkie podbrzusze ustroju

Ma też przerażać tych Polaków, którzy boją się kohabitacji polegającej na nieustannej wojnie głowy państwa z rządem. Tak ma myśleć nawet i milion Polaków popierających w poprzednich wyborach opozycję, zwłaszcza kiedy występowała razem, którzy jednak są chwiejni i marzą o narodowej zgodzie. Mogą oni dla świętego spokoju wybrać trwanie z Dudą. Zjednoczone władze mają być bezpieczniejsze, choćby w kontekście walki z pandemią i kryzysem.

Ostatnie sygnały zdają się jednak świadczyć o tym, że żaden scenariusz nie jest przesądzony. Pewien człowiek badający sondaże twierdzi, że kampania Dudy, skoncentrowanego na gospodarskich wizytach, nudzi nawet niektórych jego wyborców. Pojawiają się zarzuty, że jest zbyt mało znaczący w polskiej polityce, za mało samodzielny.

Oczywiście liberalno-lewicowa opozycja zarzuca prezydentowi zależność od Jarosława Kaczyńskiego niemal od pierwszych dni jego urzędowania. Wyraża to w sposób przesadny, czasem wulgarny. Ale te argumenty zaczynają podobno docierać także do niektórych wyborców PiS. Niezależnie od tego, że spadek poparcia Dudy do 40 proc. może mieć różne korzenie. Poluzowanie pandemicznych rygorów było koniecznością, ale związaną z ryzykiem, że Polacy przestaną garnąć się do paternalistycznej władzy.

Pytanie, czy większe wsparcie rządowej telewizji dla prezydenta, a właściwie bardziej agresywne ataki na jego konkurentów, były warte jego upokarzania szybkim powrotem Jacka Kurskiego do zarządu TVP. Oczywiście nic nie jest jeszcze przesądzone. Możliwe, że Dudzie zaszkodził brak klarownego własnego stanowiska, kiedy trwały spory o sam termin wyborów. Ale też wykorzystał chwilowe zawieszenie kampanii w następstwie pata, wypoczął. Wrócił z chwilami mocnym przekazem. On jednak potrafi być miękkim populistą, a jego urok przykładnego zięcia, z którym fajnie sobie zrobić słitfocię, wciąż działa, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach. No i zarzut niesamodzielności łatwo odwrócić w dar kooperatywności.

I to jest punkt wyjścia do pytania już nie tylko o wizerunek, o to, co komu służy do zbierania głosów, ale też o to, co jest słuszniejsze i lepsze dla Polski. Bo na dobrą sprawę Polacy nigdy nie przesądzili, kim ma być prezydent. Prawda, sam Duda oskarżał Bronisława Komorowskiego o niesamodzielność i brak własnych inicjatyw w kampanii 2015 r. Ale kto powiedział, że nieukrywający zaangażowania po stronie obozu rządzącego i nieprzeszkadzający prezydent nie jest wartością?

Dzisiaj Duda obiecuje właściwie przede wszystkim nie przeszkadzać. W tym sensie prowadzi kampanię uczciwie. Bardziej podpisuje się pod dorobkiem rządu, czasem mocniej markując, że jest jego współtwórcą, niż podkreślając dystans. Naturalnie pojawia się natychmiast wiele pytań. Czy będąc strażnikiem konstytucji, prezydent nie powinien pilnować praworządności, także wbrew swoim partyjnym kolegom? I tu między Dudą z 2017 r., stawiającym początkowo poważne zarzuty ustawom sądowym, a Dudą z 2019 r., odsyłającym do TK ustawę pozwalającą ujawniać majątki polityków, chyba po to, aby uwolnić od kłopotów ważnych polityków swojego ugrupowania, na czele z premierem, widać dużą różnicę.

Z drugiej strony tym wszystkim, którzy przedstawiają Andrzeja Dudę jako kukłę, warto powiedzieć, że w paru momentach i tak był bardziej samodzielny niż Komorowski wobec partyjnych interesów Platformy. Proszę wskazać choć jedną ważną sprawę, w której tamten się „wychylił". Podobno Tusk dowcipnie proponował: „Niech Bronek choć raz nam się sprzeciwi". Współpracownicy ówczesnego premiera i lidera partii rządzącej uważali to za doskonały żart. Także sam spór o sens prezydentury będzie się toczył, bo on wynika z samej istoty naszego ustroju i politycznej rzeczywistości.

Prezydentura różnych prędkości

Warto przy okazji zwrócić uwagę na zmiany w samych personaliach kolejnych prezydentów, co musiało mieć wpływ na ewolucję charakteru prezydentury. Lech Wałęsa nie był w 1990 r. liderem żadnej z dopiero kształtujących się partii. Ale był przywódcą Solidarności, a nieformalnie – całego bloku wywodzących się z niej ugrupowań. To dawało mu szansę na rządy w oparciu o dużą centroprawicową większość, co w naturalny sposób popchnęłoby Polskę ku systemowi prezydenckiemu lub raczej półprezydenckiemu. Szansę tę Wałęsa koncertowo zmarnował.

Aleksander Kwaśniewski przesiadł się na prezydencką kanapę z fotela lidera SLD, początkowo partii rządzącej. To dało mu nie tylko polityczną siłę formalną, ale także większą zdolność oddziaływania na własny obóz środkami nieformalnymi. Zdaniem niektórych ten jego wpływ i jego rywalizacja z „własnym" premierem Leszkiem Millerem przyczyniły się do wybuchu w 2003 r. afery Rywina.

Także Lech Kaczyński był w 2005 r. współliderem PiS. Bronisław Komorowski to już tak naprawdę postać z drugiego planu PO, choć w teorii jeden z ważniejszych polityków partii, skoro wystartował z pozycji marszałka Sejmu, kiedy Tusk wzgardził „siedzeniem pod żyrandolem". A Andrzej Duda to eksperyment Jarosława Kaczyńskiego, który spróbował zdobyć prezydenturę, wystawiając polityka wylansowanego niemal od podstaw. To oczywiście nie pozostało bez wpływu na wagę urzędu.

Nie mniej istotne były decyzje ustrojowe. Antoni Dudek lubi wskazywać na decyzję kontraktowego parlamentu z 1990 r., aby prezydenta wybierano w wyborach powszechnych. Od tego momentu zdaniem profesora przesądzony został model dwugłowej egzekutywy, generujący konflikty nawet w czasach kadencji prezydenta z tego samego obozu co parlamentarna większość. Konsekwencją są też pewne uprawnienia głowy państwa pozwalające korygować rządową politykę. Bo przecież jeśli mandat prezydenta pochodzi od narodu, ba, jest mocniejszy od tego, jaki ma parlament, choćby z uwagi na większą frekwencję w wyborach głowy państwa, nie może on być figurantem.

Mielizny dwugłowej władzy

W szczególności dotyczy to mocnego weta, obalanego jedynie kwalifikowaną większością. Pierwotnie był to produkt Okrągłego Stołu, związany z wizją prezydenta jako strażnika interesów PZPR. Potem model przeniesiono do konstytucji z 1997 r. Trochę przez przypadek, bo przez moment postkomuniści, w strachu przed destrukcyjną taktyką Wałęsy, chcieli próg potrzebny do obalenia weta obniżyć. Ale w 1995 r., gdy toczyły się prace nad ustawą zasadniczą, wygrał Aleksander Kwaśniewski. Niemniej było to rozwiązanie logiczne.

Zdecydowanym krytykiem przyjętych konstytucyjnych rozwiązań był uczestniczący w Komisji Konstytucyjnej Jan Rokita. Uważał on, że powinno się wybrać jeden z systemów „wyrazistych". Albo prezydencki – w warunkach europejskich raczej półprezydencki, bo koncept, że głowa państwa i szef rządu to jedna i ta sama osoba, pozostał specyficzny dla obu Ameryk – albo parlamentarno-gabinetowy, z bardzo silnym szefem rządu, silniejszym jeszcze niż obecny polski premier. Czyli kanclerski, charakterystyczny dla RFN, gdzie wybierany przez parlament prezydent jest tak naprawdę notariuszem rządowej większości, specem od reprezentacji.

Rokita uważał, że dwugłowa egzekutywa osłabia każdą rządową politykę, a sytuacja, w której prezydent uniemożliwia spełnienie wyborczych obietnic wetami, jest patologiczna. Znał już przykład, jak z tych uprawnień korzystał Lech Wałęsa. Potem przyszły przykłady następne. Aleksander Kwaśniewski za koalicji AWS–UW (1997–2001) stał się faktycznym trzecim koalicjantem, co wyraził żądaniem dopuszczenia swego przedstawiciela do obrad Rady Ministrów. To jego weto udaremniło przeprowadzenie reprywatyzacji. Lech Kaczyński, drugi prezydent kohabitacji (2007–2010), zablokował reformę emerytur pomostowych. Groźba jego weta przez trzy lata pozostawiła media publiczne w rękach ludzi prawicy. Dochodziły spory o wpływ na politykę zagraniczną – tu z kolei zapisy dotyczące styku władzy prezydenckiej i rządowej są dalekie od precyzji.

Krytyka Rokity nie ograniczała się do suchych prawniczych wywodów. Polityk chętnie piętnujący Polaków za letniość i dojutrkowość, w ślad za stańczykami czy Romanem Dmowskim, widział w tej ustrojowej konstrukcji kurs ku naturalnym cechom naszego narodu, który nigdy nie doprowadzi niczego porządnie do końca. Zgadzałem się kiedyś z tą krytyką. Odrzucałem kurs ku systemowi francuskiemu, gdzie prezydent staje na czele władzy wykonawczej. Miał on sens w momencie zwycięstwa Charles'a de Gaulle'a, prezydenta stojącego na czele zwartego centroprawicowego bloku. Ale mógł się zaciąć w przypadku kohabitacji.

Francuzi przeszli tę próbę zwycięsko – w 1985 r., kiedy pod bokiem socjalisty, prezydenta François Mitterranda, wybrano centroprawicowy parlament. Doszło do kompromisu lewicowego prezydenta i przeciwnego mu rządu. Stało się to w następstwie wysokiej kultury politycznej, wysublimowanej przez ponad 100 lat praktykowania demokracji. Nawet w USA, gdzie prezydent wprost stoi na czele egzekutywy, wiele razy dochodziło do sytuacji negocjowania wszystkiego z Kongresem o odmiennej większości. I to się co najwyżej lekko zacinało.

W Polsce kultura polityczna jest niższa. Obowiązuje zasada „wszystko albo nic". Zaryzykuję twierdzenie, że w 2020 r. obowiązuje ona znacznie bardziej niż w 1997. Wizja kohabitacji w polskiej wersji, przy prezydencie jeszcze mocniejszym niż dzisiejszy, aspirującym do przewodzenia nieswojemu rządowi (we Francji formalnie mu przewodniczy), to istny koszmar.

Na straży

Za to model kanclerski – czemu nie? Tak powtarzałem. Zwłaszcza gdy znikła dodatkowa okoliczność sugerująca na początku III RP, że prezydent powinien być potencjalnym koordynatorem i mediatorem. Na miejsce pierwszych rozproszkowanych partyjnie parlamentów, gdzie trudno było stworzyć rząd, przyszły te o wyraźnej większości i kierunku politycznym. Po ośmiu latach stabilnej, dwupartyjnej koalicji PO–PSL jedna partia czy koalicja wyborcza skupiona wokół PiS wyłoniła rząd. Czy potrzebny jest prezydent, konkurent rządu w sferze politycznej sprawczości lub jej hamulcowy? – pytałem. To przecież rząd dysponuje aparatem i mandatem uprawniającym do spełniania wyborczego programu przy użyciu tego aparatu. Po co tej machinie dwóch szefów?

Dziś nie jestem już taki pewny swoich wieloletnich przekonań. Argumenty Ryszarda Bugaja, że nieco silniejszy prezydent w konstrukcji zasadniczo parlamentarno-gabinetowej może być zaporą przeciw niepięknym zapędom rządu i większości sejmowej, zaczęły mi się sprawdzać zwłaszcza podczas przywołanego już sporu między Andrzejem Dudą a rozpędzonym PiS o kształt sądownictwa. Pokusa koncentracji władzy w jednych rękach, logiczna z punktu widzenia wiary w forsowanie śmiałych reform, ujawniła swoją brzydką stronę właśnie wtedy.

Taka koncentracja dobrze działa przy silnej opinii publicznej, przejrzystości politycznych obyczajów, kontroli sądownictwa i innych niezależnych instytucji. W Polsce opinia publiczna w dużej mierze umarła wraz z radykalną wojenną polaryzacją. Nie trzeba oglądać się na wyborców, kiedy ci łykają wszystko. Dobre obyczaje, tak zwane standardy, nie zdążyły wykształcić się przed tą burzą. A pisowskie zmiany sprowadzały się właśnie do strząśnięcia instytucji kontrolnych. Pomińmy pytanie, czy te instytucje, na czele z sądami, działały dobrze. Stały się w każdym razie mniej ważne niż kanonizowana przez prezesa Kaczyńskiego „wola polityczna".

W tej sytuacji wydało mi się, że prezydent, nawet przeforsowany przez tych rządzących, stwarza choć iluzoryczną nadzieję na poprawianie czy powstrzymywanie złych rzeczy, pokus sobiepaństwa, naginania prawa czy naruszania standardów. Andrzej Duda parę razy odegrał taką rolę. Choć z mojego punktu widzenia za rzadko, zbyt nieśmiało.

W cieniu starszego pana

Sprawa ma swoją drugą stronę. Kiedy dziś ludzie z otoczenia Rafała Trzaskowskiego sugerują rozpętanie wojny opozycyjnego prezydenta ze starym rządem w celu wymuszenia wcześniejszych wyborów, rozsądny obywatel obawia się silnego prawa weta i innych prezydenckich prerogatyw. Nie wiadomo, czy można by było takie scenariusze realizować bezkarnie. Obywatele powinni w teorii chcieć w ciężkich czasach pandemii zgody. Platforma mogłaby potem taki wymuszony przedterminowy plebiscyt parlamentarny nawet przegrać. Ale też kultura polityczna i rządzących, i opozycji opiera się w Polsce na stawianiu na swoim i mechanicznemu stawaniu do najcięższych, najbardziej bezsensownych bojów.

Pozostaję więc rozdarty, ale czuję się pewniej z tym dodatkowym prezydenckim bezpiecznikiem niż bez niego. A dlaczego Duda szybko zrezygnował z roli „wielkiego korektora rewolucji", jak go nazwałem w 2017 r.? Od ustrojowych realiów ważniejsza okazała się polityczna atmosfera polaryzacji. Był niepewny nastrojów pisowskich wyborców. Obawiał się odrzucenia przez własny obóz.

Byłem zdania, że na przełomie lat 2019 i 2020 ma nawet bardziej wolną rękę niż w 2017 r. Operacja wymiany go na innego kandydata PiS wymagała długich miesięcy przygotowań. Podjęcie jej na kilka miesięcy przed wyborami równałoby się samobójstwu. Stało się jasne, zwłaszcza po wyborze opozycyjnego Senatu, że Duda bardziej jest potrzebny PiS niż PiS Dudzie. A dysponował on zapasem dodatkowych wyborców popierających go dla ładnych wypowiedzi i wysiłków, aby objeździć całą Polskę.

Mimo wszystko nie zdecydował się na ruchy tak, zdawałoby się, oczywiste, jak oprotestowanie – niewiążące nikogo prawnie, ale znaczące politycznie – kandydatur Krystyny Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza do Trybunału Konstytucyjnego. A to był prawdopodobnie konflikt do wygrania. Dobry i dla jego ambicji, i dla Polski. Inna sprawa, że formułując takie rady, trzeba być pewnym, że ma się pełną wiedzę.

Furia Kaczyńskiego, który przy okazji wojny o 2 mld zł dla telewizji groził zamianą Dudy na Mateusza Morawieckiego, mogła być bluffem. Ale mogła być też odruchem lidera, który czasem burzył własne dzieła dla czystej satysfakcji, kiedy nie miał nad nimi stuprocentowej kontroli – zwłaszcza w latach 90. Fakt, że każdy spór prezydenta z sejmową większością to tak naprawdę spór z jednym apodyktycznym, coraz starszym panem, wynika nie z realiów ustrojowych, lecz z kultury politycznej i politycznych realiów. Zawsze byłem zdania, że ci, którzy kładli nacisk na ustrój, na nową konstytucję, wyolbrzymiali ich wagę. Kaczyński zbudował obecny system w dużej mierze poza formalnymi regułami. Nie zawsze nawet łamiąc prawo. Ale z pewnością naciągając je do maksimum.

Tak jak nie wiemy, czy Trzaskowski byłby w stanie zrealizować scenariusz prezydenta wojennego, w który wpisuje go PiS, tak nie wiemy, co będzie oznaczała druga kadencja Dudy. Prawda, nie będzie on związany zabiegami o kolejną elekcję. Czasem jego współpracownicy na to wskazują, sugerując większą niezależność nie tylko w korzystaniu z formalnych kompetencji, ale też we wpływaniu na scenę wypowiedziami. Z drugiej strony charaktery aż tak bardzo się nie zmieniają. Pozostanie poczucie przynależności do obozu, wdzięczności, lęku przed ocenami wyborców, a także brak własnej agendy i czasem nawet opinii. Co zakończę powtórzeniem uwagi, że prezydentura Komorowskiego nie była bardziej sprawcza, a zarzucanie partyjnemu kandydatowi, że czuje się potem związany interesem swojej partii, jest trochę słuszne, a odrobinę jałowe.

Więcej demokracji

Na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie. Antoni Dudek, wskazując na sprzeczność w konstrukcji polskiej prezydentury, choć też przeceniając jej wpływ na zdarzenia, marzy o przeniesieniu wyborów prezydenckich do parlamentu. W 1990 r. myśleli o tym bracia Kaczyńscy, sądząc, że ograniczą w ten sposób Wałęsę. Dziś to kompletna utopia. Polacy zasmakowali w wybieraniu prezydenta. To elekcja bardziej czytelna, więc bardziej popularna. Stwarzająca poczucie udziału w czymś ważnym. Jest ona zresztą dodatkową okazją do debaty. Stwarza dodatkowe szanse dla różnych sił politycznych. Dla głównych – do podgrzewania polaryzacji, a dla słabszych czy nowych – do lansowania się. Przed powstaniem ruchu Kukiz'15 był prezydencki start jego twórcy w 2015 r. To, że nie wykorzystał potem swojej szansy, to inna sprawa.

Powszechne wybory prezydenckie to w sumie więcej niż mniej demokracji, nawet jeśli przy okazji wysyłane są mylne sygnały, że prezydent jest sprawczy, że coś załatwi. A że Polacy korzystają z tej demokracji coraz bardziej niemądrze? To znowu kwestia zmian kulturowych i cywilizacyjnych, a nie prawnych paragrafów.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA