fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Michał Szułdrzyński: Dzieci ważniejsze niż reforma

Fotorzepa, Waldemar Kompała
Od ostatnich wyborów jednym z głównych tematów debat politycznych stała się reforma edukacyjna. Nawet przy rodzinnych stołach dyskutuje się o tym, czy gimnazja są potrzebne, czy nie.

Eksperci podają argumenty za takim lub innym systemem edukacji. Zwolennicy reformy zapowiadają, że wszystko jest już gotowe, że już za chwilę programy odpowiadające nowemu podziałowi klas będą rozpisane, przeciwnicy zaś ostrzegają przed chaosem.

Brakuje mi jednak w tej dyskusji najważniejszego pytania: do czego szkoła ma w ogóle służyć? Co właściwie ma dawać dzieciom i młodzieży? To znacznie ważniejsze od tego, czy będzie to rozwiązanie 6+3+3 czy 8+4. Przez kilka ostatnich lat dominował model edukacji polegający na tym, by wyposażyć dzieci w narzędzia potrzebne na rynku pracy. Szkołę zamieniono w jedno wielkie przygotowanie do zdawania testów. Nieważne było, by rozumieć otaczający świat, by umieć myśleć. Trzeba było umieć rozwiązywać testy. To nie przypadek, że rażący brak wykształcenia nazywa się dziś gimbazą.

Konserwatywny model edukacji zakłada, że jej celem jest umożliwienie młodemu człowiekowi zanurzenia się w kulturze swojego kraju. To oznacza, że konieczne jest przekazanie pewnego minimum kompetencji. W takim rozumieniu podstawą programu jest nauka myślenia i nacisk na kształcenie humanistyczne. Nie oznacza to, że ze szkoły mają zniknąć przedmioty ścisłe, raczej o to, by absolwent liceum ogólnokształcącego, po zakończeniu 12 lat edukacji, był rzeczywiście ogólnie wykształcony.

Zwolennicy konserwatywnego modelu edukacji lubią się odwoływać do przykładów historycznych i przypominać czasy przedwojenne, gdy zdanie dużej matury nie tylko umożliwiało podjęcie studiów, ale też było przepustką do wyższych szczebli urzędniczych w administracji państwowej.

Ale tu dochodzimy do sedna sprawy: konserwatywne podejście zakłada elitarność edukacji. Nie jesteśmy w stanie zmienić matury w egzamin z wysokiej kultury dla 100 proc. polskich dzieci, bo po prostu nie wszystkie się do tego nadają. Konstruując system edukacji, trzeba iść na kompromis pomiędzy elitaryzmem a masowością. Minister nauki zaczyna dziś promować uczelnie za to, że będą kształciły mniejszą liczbę studentów, ale za to na wyższym poziomie. To samo powinno dotyczyć edukacji na wcześniejszych etapach.

Warto jednak postawić i inne pytanie. Nie tyle o dzisiejszych uczniów, ile o ich rodziców. Do szkół trafiają obecnie dzieci pokolenia wychowanego po 1989 r., a niekiedy wręcz urodzone już w III RP. Problemem nie jest to, że dzieci w szkołach nie wyobrażają sobie życia bez smartfonów, tabletów, konsol do gier i tak dalej. Sęk w tym, że ich rodzice należą do tego samego pokolenia.

I tu dochodzimy znów do dylematu, który muszą sobie postawić konserwatyści. Niegdyś edukacja dawała młodemu człowiekowi narzędzia do uczestnictwa w kulturze, by rozumiał cytaty z kanonu kulturowego, dzięki czemu mógł uczestniczyć w świecie dorosłych. Ostatnio rozmawiałem ze znajomym nauczycielem o nowym kanonie języka polskiego. Nowa lista lektur bardzo mu się podobała, miał wszakże duże „ale". – Byłoby wspaniale, gdyby oni to wszystko przeczytali. Ale nie bardzo w to wierzę, bo nawet ich rodzice nie mieli tych książek w ręku, znają je tylko z bryków.

Od tego dylematu nie uciekniemy. Ale też czasu nie możemy cofnąć. Blisko mi do konserwatywnej wizji kształcenia, lecz ma ona dziś przed sobą nie lada wyzwanie. Bo jej punktem odniesienia jest świat, który w dużej części stał się już przeszłością.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA