fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Przeszłość nie jest zamknięta

materiały prasowe
Pierwsze były „Bałutki". Debiut Ewy Różyckiej wydany w 2017 r., który wypełniały krótkie opowiadania o losach mieszkańców jej rodzinnego miasta, Łodzi. Przepełnione smutkiem i współczuciem, nie przekraczały jednak nigdy – nie wiem, jak to się udaje Różyckiej, ale udaje się – granicy drażniącego sentymentalizmu. Współczucie obecne jest też na kartach jej drugiej książki, mikropowieści „Reguła Klajna". O ile w tomie opowiadań bohaterami byli najczęściej ludzie z biednych, łódzkich kamienic, wyrzuceni na margines życia, niezauważani przez świat, o tyle „Reguła Klajna" dzieje się w środowisku zupełnie innym – wśród wielkomiejskiej inteligencji.

Wyraźnie widać, że Różycka nie jest emisariuszką ideologii, jej pisanie – całe szczęście – nie ma misji społecznej czy klasowej, bo w „Regule Klajna" daje się wyczuć taką samą nić empatii jak ta, która łączyła ją z bohaterami „Bałutek". A sama powieść ze względu na temat mogłaby przecież być podatna na pokusę ideologizacji. Napisano już i nadal pisze się dużo na tematy polsko-żydowskie, i bardzo trudno uniknąć autorom różnych niebezpieczeństw – a to publicystycznej jednoznaczności, a to cynicznej rozpaczy, a to wspomnianej czułostkowości. W powieści Różyckiej tego nie ma.

„Reguła..." to historia polonisty Piotra i jego żony Anny, która została jako dziecko adoptowana przez żydowskiego naukowca Natana Klajna. Wkrótce okaże się jednak, że losy tych trojga są splątane bardziej niż mogło się wydawać, a Piotr zmierzy się z wyzwaniem daleko przekraczającym jego własny los – czy los jego rodziny – zostanie zaproszony poza granice czasu i przestrzeni.

Rzeczywistość w „Regule Klajna" przenika się z magią jak u mistrzów realizmu magicznego, jednocześnie nawet to dzieje się w sposób subtelny, między wierszami, bez epatowania efektami specjalnymi rodem z fantasy. Sposób prowadzenia narracji wystarczająco trzyma w napięciu, nawet naprawdę wprawny scenarzysta mógłby na podstawie „Reguły..." stworzyć skrypt niepokojącego, lynchowskiego serialu. Nie byłby to jednak tylko Lynch z „Twin Peaks" czy „Mulholland Drive", ale też ten z „Prostej historii", snujący ciepłą opowieść o ludziach.

Gdy czytałem „Regułę Klajna", przypomniała mi się myśl Czesława Miłosza napisana po śmierci Jeanne Hersch: „Przeszłość nie jest zamknięta i otrzymuje sens nadany jej przez nasze późniejsze czyny". Różycka zadaje ważne pytania o czas i historię. Jeśli perypetie jej bohaterów odczytać w sposób metaforyczny, można dostrzec refleksję głęboko etyczną – nad tym, w jakim stopniu dobro i odwaga w teraźniejszości mogą przemieniać także przeszłość. Autorka nie stroni też od metafizyki, od rozważań nad naturą czasu i zdarzeń, nad tym, czym jest los, i czy istnieje przypadek.

Zaskakujące zbiegi okoliczności i nieprzypadkowe przypadki zdarzają się nie tylko bohaterom „Reguły Klajna" Ewy Różyckiej, ale także czytelnikom powieści. Z jednej strony bowiem to czas jest ważnym motywem i przedmiotem dociekań autorki, ale też i sam czytelnik, obcując z prozą Różyckiej, ma wrażenie, jakby wsiadł do wehikułu czasu i za jego pomocą przeniósł się w bliżej nieokreśloną przeszłość. Mało kto bowiem dziś pisze tak jak Różycka – klarownie, bez wielkich językowych eksperymentów, nieco ozdobnie, ale nie nazbyt kwieciście. Można odnaleźć w tej prozie coś ze starych mistrzów XX, a nawet XIX wieku, ale jest to przefiltrowane przez współczesność, oczyszczone z nadmiaru. Łódzka pisarka wie też doskonale, że czasy Schulza czy Singera przeminęły i potrafi czerpać z tych mistrzów w sposób twórczy, nie kopiując ich. Dlatego do „Reguły Klajna" można mieć pretensje tylko o jedno – że jest taka krótka.

Ewa Różycka „Reguła Klajna", wyd. Pewne, 2019

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA