fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Jędrzejowicz i Pobóg-Malinowski. Listy strażników pamięci Marszałka

Wacław Jędrzejewicz (na zdjęciu), typ mentora, występował w roli rozjemcy. Władysław Pobóg-Malinowski był jego przeciwieństwem. W jego listach nie brakuje tyrad, inwektyw. Aleksandrę Piłsudską nazwał „starą i głupią histeryczką”
materiały prasowe
Korespondencja Władysława Pobóg-Malinowskiego z Wacławem Jędrzejewiczem pozwala zajrzeć za kulisy różnych wydarzeń, poznać ich klimat. Autorów jako zdeklarowanych piłsudczyków łączył krytyczny stosunek do wojennej, ale także powojennej emigracji. Przepowiadając rychło wojnę między Stanami Zjednoczonymi i Związkiem Sowieckim, obaj wierzyli w ostateczne zwycięstwo Ameryki.

Dziś niemal nikt już chyba nie pisze wielostronicowych listów czy w ogóle listów w tradycyjnej, papierowej formie. W dobie internetu sztuka epistolografii zanikła. Dominują krótkie wypowiedzi na Facebooku czy Twitterze. Zamiast po pióro sięgamy po telefon. Na szczęście dla historyka kilkadziesiąt lat temu telefony nie były powszechnie dostępne, a rozmowy zagraniczne (zwłaszcza transatlantyckie) szalenie drogie. W przypadku osób mieszkających w różnych krajach, a tym bardziej na różnych kontynentach, bezpośredni kontakt utrudniała też znaczna odległość, niemałe problemy z uzyskaniem wizy czy wysokie ceny biletów na samolot. Wymiana listów zastępowała więc osobisty kontakt, będąc namiastką bezpośredniej konwersacji.

Wydany przez IPN tom korespondencji Władysława Pobóg-Malinowskiego i Wacława Jędrzejewicza to niezwykle ważne, ciekawe i obszerne źródło historyczne. Licząca blisko 800 stron książka zawiera 235 listów wymienionych w latach 1945–1962, które edytorom tej korespondencji udało się odnaleźć w archiwach w Paryżu i Nowym Jorku. Jak wynika z lektury, to niemal komplet, brakuje co najwyżej pojedynczych listów. Warto podkreślić staranne opracowanie i wydanie książki, w tym fachowy wstęp oraz notki biograficzne pod każdym z listów i przypisy objaśniające niektóre wydarzenia.

Kim byli autorzy tej fascynującej korespondencji?

„Zrobił z nas bandytów"

Władysław Pobóg-Malinowski urodził się w 1899 r. w odległym od ziem polskich Archangielsku. Gdy wybuchła I wojna światowa, uczył się w tamtejszym gimnazjum. W wieku 20 lat przedostał się z ogarniętej rewolucją Rosji do Polski, gdzie wstąpił do wojska. Wziął udział w wojnie z bolszewikami w 1920 r., a później kontynuował służbę jako zawodowy oficer. Jak przyznał po latach, wybór kariery wojskowej uważał jednak za życiową pomyłkę.

W 1929 r. por. Malinowski opracować miał wojenną historię pułku, w którym służył. W tym celu przełożeni z prowincjonalnego garnizonu w Złoczowie wysłali go do Wojskowego Biura Historycznego w Warszawie. Wydarzenie to okazało się brzemienne w skutkach. Młody porucznik znalazł zatrudnienie w Instytucie Badania Najnowszej Historii Polski. Został sekretarzem komitetu wydawniczego „Pism – Mów – Rozkazów" Józefa Piłsudskiego. W niedługim czasie stał się dość znanym historykiem, choć nigdy nie odbył studiów historycznych, nie miał nawet matury. Wreszcie mógł jednak robić to, co go naprawdę interesowało, co dawało mu satysfakcję. Wszedł też w krąg elity politycznej obozu sanacyjnego, rządzącego w Polsce po zamachu majowym w 1926 r. Stał się ideowym i zdeklarowanym piłsudczykiem. Chciał służyć ukochanemu Komendantowi piórem, skoro wcześniej nie dane mu było służyć szablą.

O jego dokonaniach, jako biografa Marszałka, nie wszyscy przedstawiciele obozu rządzącego wypowiadali się jednak z uznaniem. Na początku lat 30. ubiegłego wieku kontrowersje wywołała książka Pobóg-Malinowskiego o akcji Organizacji Bojowej PPS pod Bezdanami w 1908 r., w której wziął udział Piłsudski. Jej uczestnicy napadli na wagon pocztowy w celu zdobycia pieniędzy na działalność polityczną. Z gwałtowną krytyką pracy wystąpiła jedna z uczestniczek akcji bezdańskiej Aleksandra Szczerbińska, prywatnie druga żona Piłsudskiego. Oburzona zarzucała historykowi, że „zrobił z nas bandytów". Dla Pobóg-Malinowskiego, autentycznie zafascynowanego Piłsudskim, musiało to być szczególnie bolesne. Sprawa miała również kontekst polityczny. Przypominanie przez historyka o akcjach ekspropriacyjnych sprzed lat, i to z udziałem Piłsudskiego, w obliczu podobnych aktów terroru dokonywanych na początku lat 30. przez nacjonalistów ukraińskich było z punktu widzenia obozu rządzącego dość kłopotliwe.

Ledwo przeminęła jedna burza, a już niebawem na Pobóg-Malinowskiego spadły nowe gromy, gdy opublikował odnalezioną przez siebie metrykę ślubu Piłsudskiego z jego pierwszą żoną Marią. Ponieważ wybranka Piłsudskiego była rozwódką, ślub odbył się w Kościele ewangelicko-augsburskim. W katolickiej Polsce ujawnienie, że Piłsudski został ewangelikiem, było niewątpliwie niewygodne (z Aleksandrą – drugą żoną, Piłsudski wziął ślub w Kościele katolickim dopiero po śmierci Marii). Oliwy do ognia dolała obszerna wzmianka o Marii jako „pięknej pani". I tym razem w pierwszym szeregu krytyków Pobóg-Malinowskiego stanęła Aleksandra Piłsudska. Echa tych sporów między Piłsudską a Pobóg-Malinowskim żywe były jeszcze kilkadziesiąt lat później, gdy oboje przebywali na emigracji. Ich ślad wyraźnie widoczny jest również w wydanym właśnie tomie korespondencji.

Przepaść w hierarchii

Mimo stosunkowo niewielkiej różnicy wieku – Pobóg-Malinowski był młodszy od Wacława Jędrzejewicza zaledwie o sześć lat – ten pierwszy, jak trafnie podkreślili edytorzy tomu, był „tylko" biografem Piłsudskiego i nie mógł się w żaden sposób mierzyć ze swoim interlokutorem, który przez lata blisko współpracował z Marszałkiem. Jako były legionista, a później trzykrotny minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego należał Jędrzejewicz do najbliższego kręgu zaufanych Piłsudskiego oraz do ścisłej elity sanacyjnej. Już na emigracji, w 1943 r., był jednym ze współzałożycieli Instytutu Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku.

Choć zarówno Pobóg-Malinowski, jak i Jędrzejewicz uważali się za strażników pamięci Marszałka, do pewnego stopnia połączył ich też los emigranta czy pasja historyczna, ich relacje nie mogły być równorzędne. Uznawana i respektowana przez obu różnica w hierarchii dokonań, pozycji politycznej czy społecznej znajduje odzwierciedlenie w treści i charakterze ich korespondencji. Jędrzejewicz był nie tylko mentorem, ale i osobistym powiernikiem Pobóg-Malinowskiego. Dzieląca ich różnica widoczna jest choćby w formule powitalnej listów. Pobóg-Malinowski swoje listy rozpoczynał od sformułowania „Wielce Szanowny i Kochany Panie Ministrze!". Znacznie bardziej powściągliwy Jędrzejewicz pisał: „Drogi Panie!".

Po II wojnie światowej obaj pozostali na emigracji. Do Polski rządzonej przez komunistów nie chcieli i nie mogli wracać. Pobóg-Malinowski mieszkał w Paryżu. Utrzymywał się głównie z pisania artykułów do emigracyjnych gazet i czasopism, wygłaszał też pogadanki emitowane przez sekcję polską radia francuskiego. Jego dziełem życia była trzytomowa „Najnowsza historia polityczna Polski 1864–1945". Zmarł w 1962 r.

Jędrzejewicz w 1948 r. przeprowadził się z Nowego Jorku do Wellesley College pod Bostonem, gdzie otrzymał posadę profesora języka i literatury rosyjskiej. Dziesięć lat później został kierownikiem studiów slawistycznych w Ripon College w stanie Wisconsin. Jak stwierdził w jednym z listów, wykładał „język wroga i jego literaturę". Z goryczą pisał też, że całymi miesiącami nie ma do kogo „pyska po polsku otworzyć". Mimo fizycznego oddalenia pozostawał swoistą „skrzynką kontaktową", do której w różnych sprawach zwracali się zwolennicy Marszałka rozsiani po całym świecie. Jednym z nich był również Pobóg-Malinowski.

Korespondencja Pobóg-Malinowskiego z Jędrzejewiczem pozwala zajrzeć za kulisy różnych wydarzeń, poznać ich „klimat". Listy rejestrują również ich nastroje, irytacje czy sądy nie do końca przemyślane lub zgoła dyktowane impulsem. Badacz czy czytelnik musi więc uwzględniać subiektywny charakter tego źródła, ale w tym tkwi zapewne urok listu, który utrwala ulotne nieraz sprawy w postaci trwałej.

Czytanie cudzej korespondencji przypominać może podglądanie przez dziurkę od klucza czy podsłuchiwanie czyjejś rozmowy. Lektura listów sprawia, że dostępujemy wiedzy „tajemnej". Towarzyszą nam troski, nadzieje czy dylematy autorów. Możemy poznać ich intencje, motywy działania, okoliczności dokonywanych wyborów oraz opinie i poglądy, o których niejednokrotnie nie mówi się publicznie. Przywołana korespondencja jest kopalnią wiedzy, ale także unikatowym świadectwem minionego czasu. Bogactwo informacji dotyczy kwestii politycznych, życia zawodowego i codziennego autorów, ich relacji rodzinnych. Jak to w listach: piszą po trochu o wszystkim.

W pierwszych latach dominującym wątkiem korespondencji były gorące prośby Pobóg-Malinowskiego o pomoc w osiedleniu się za oceanem. Nad Sekwaną doskwierała mu nędza emigracyjna, nie tylko w materialnym wymiarze. Był przekonany, że po drugiej stronie Atlantyku jako historyk czy publicysta miałby znacznie większe możliwości. Jędrzejewicz wyjaśniał mu, że nowojorski Instytut Piłsudskiego nie ma środków na etat naukowy. Jedyną jego szansą mogła być praca fizyczna w fabryce. Marzenia o przeprowadzce rozwiały biurokratyczne bariery stawiane przez amerykańską administrację. Przez kolejnych parę lat Pobóg-Malinowski nadal miał jednak nadzieję, że kiedyś i tak dotrze do Nowego Jorku i że za oceanem będzie mógł pracować naukowo. Gdy po pięciu latach bezskutecznych zabiegów zrezygnował już z myśli o wyjeździe, nieoczekiwanie pojawiła się szansa na uzyskanie amerykańskiej wizy.

W listach Pobóg-Malinowskiego nie brakuje emocjonalnych tyrad, pejoratywnych określeń lub inwektyw. To skutek jego popędliwego charakteru, silnych emocji, ale także wielkich ambicji i chronicznych problemów. Jędrzejewicz jest znacznie bardziej wstrzemięźliwy, spokojniejszy, rzeczowy, potrafi zdobyć się na dystans wobec świata i ludzi. Te różnice są świadectwem odmiennych charakterów, ale pamiętajmy też, że pozycja i sytuacja Jędrzejewicza pod każdym względem była lepsza. Jako środowiskowy autorytet, typ mentora, Jędrzejewicz występował w roli rozjemcy czy mediatora. Pobóg-Malinowski był jego przeciwieństwem. Ciągle się szarpał, udowadniał swoją rację, wchodził w spory, bronił się i atakował. Drażniły go z pozoru drobne trudności. W jednym z listów narzekał np. na stosunki panujące w Bibliotece Polskiej w Paryżu: „Rozhisteryzowane grono starych panien traktuje Bibliotekę jak swój folwark. Każdego kto przychodzi do pracy, traktują i obsługują według swoich sympatii czy niechęci". Innym razem dodał: „A ja tam muszę często pracować i często mam trudności".

Gdy na emigracji odżył jego dawny spór z „panią Olą", czyli Aleksandrą Piłsudską, żalił się w liście do Jędrzejewicza, że nie wie, czy w jej wystąpieniach więcej było „zwykłej babskiej głupoty, niepoczytalnej, mściwej histerii czy po prostu podłej nikczemności". Innym razem stwierdził, że to „stara i głupia histeryczka".

Stekiem inwektyw w Miłosza

Autorów listów jako zdeklarowanych piłsudczyków łączył krytyczny stosunek do wojennej, ale także powojennej emigracji. Historyk z Paryża z ironią wyrażał się o gen. Władysławie Sikorskim per „kochany Władzio". Generała Mariana Kukiela, jednego z najbliższych współpracowników Sikorskiego, wzorem Marszałka lekceważąco nazwał Kukielinką, a nawet kreaturą. Z niechęcią pisał o „gnijącym, cuchnącym i śmierdzącym bajorku naszej emigracji!". Innym razem bez ogródek krytykował wychodźstwo, a zwłaszcza emigracyjne elity: „Emigracja? Największa ilościowa w dziejach jest równocześnie najmniejsza moralnie i politycznie. W ogóle już od śmierci Komendanta nie mamy ludzi na wielką miarę. Cóż za ubóstwo w porównaniu z okresem poprzedniej wojny. Tam Piłsudski – i przepraszam za takie zestawienie – ale Dmowski, Daszyński – i raz jeszcze przepraszam – ale Witos! Teraz Sikorski, Bielecki, Mikołajczyk, Ciołkosz, Stańczyk! Pożal się Boże! Cóż za upadek!". Według Pobóg-Malinowskiego nikt nie dorównywał geniuszowi Marszałka, a jego gorzkich i ostrych sądów pod adresem „niedorzecznej" i „zafajdanej" emigracji znaleźć można znacznie więcej.

W listach do Jędrzejewicza bronił natomiast „Kultury" paryskiej, w której sam też pisał. Przekonywał, że „jest jedynym na emigracji pismem odważnym, naprawdę wolnym, naprawdę od nikogo niezależnym. Jedynym pismem, które pozwoli wypowiedzieć się każdemu, kto ma coś do powiedzenia oprócz frazesów". Choć nie był bezkrytyczny wobec wszystkich wyborów Jerzego Giedroycia. Z kolei Jędrzejewicz nie ukrywał swego krańcowego oburzenia, gdy na łamach „Kultury" pojawił się Czesław Miłosz. Byłego attaché kulturalnego ambasady Polski Ludowej w Waszyngtonie, który wybrał wolność, obrzucił stekiem inwektyw: „skur...", „skończone bydle", „kanalia", „swołocz" czy „parszywiec". Jędrzejewicz nie mógł wybaczyć poecie, że wcześniej „służył régime'owi za pieniądze i propagował ten régime za granicami Polski". Zagroził też zerwaniem prenumeraty „Kultury", gdyby Giedroyc nadal drukował Miłosza.

Zarówno Pobóg-Malinowski, jak i Jędrzejewicz z niepokojem obserwowali postępującą komunizację i sowietyzację Polski. Zwłaszcza pierwszy z nich wytykał emigracji, że nie próbuje zrozumieć zmian zachodzących nad Wisłą. Pytał: „Skąd w »kraju bez Quislinga« aż tyle tysięcy najrdzenniejszych Polaków w bezpiece? Czy są to karierowicze, oportuniści, Konrady Wallenrody? Są i tacy – ale nie tylko tacy!". Jako ideowy antykomunista nie miał wątpliwości, że Bierut to sowiecki agent, a „całe jego otoczenie to zgraja zbirów spod ciemnej moskiewskiej gwiazdy". Niebezpieczne było to, że „wśród tej zgrai są ludzie twardzi, wyrobieni, ideowi, inteligentni, nawet fanatycy wiedzący, czego chcą i jakimi drogami, i środkami do celu dążyć". Jędrzejewicz sądził, że zmiany społeczne w Polsce mają jednak bardziej powierzchowny charakter i w ciągu 10–15 lat, wraz z likwidacją sowieckiej dominacji, łatwo zanikną. Gorzej, gdyby rządy komunistów miały trwać pokolenia. Ale i w tej sytuacji pocieszał się, że „mamy zbyt długą tradycję i zbyt głęboką kulturę, i zbyt wiele elementu romantyczno-bohaterskiego, by te obce duchowi polskiemu wpływy mogły istotnie ostać się". Miał jednak świadomość, że wyzwolenie nie będzie oznaczać prostego powrotu do Polski sprzed 1939 r., bo tamtej Polski już nie było.

Czekając na powrót do kraju

Przepowiadając rychło wojnę między Stanami Zjednoczonymi i Związkiem Sowieckim, obaj wierzyli w ostateczne zwycięstwo Ameryki, choć Pobóg-Malinowski nie na żarty obawiał się czasowej okupacji sowieckiej nad Sekwaną. Na początku lat 50. Jędrzejewicz krytycznie oceniał politykę amerykańską wobec Polski i Europy Środkowo-Wschodniej, a także postępowanie różnych grup emigracyjnych na czele z byłym premierem Stanisławem Mikołajczykiem, które tanio „sprzedają sprawę polską": „Dziś jest tłok oferujących Polskę za grosze i zgadzających się i na nowe powstanie w Polsce, i na wszystko, co Amerykanie zechcą. Pracuje to wszystko w tzw. Free Europe, organizacji jakoby wolnych narodów Europy Wschodniej, gdzie nie można mówić o Wilnie i Lwowie, o Jałcie i Teheranie, o Odrze i Nysie (by nie drażnić Niemców)". Od początku nie miał też wątpliwości, że Komitet Wolnej Europy w rzeczywistości finansowany był „za pieniądze dwójki amerykańskiej", czyli CIA, a pracujący tam Polacy to „typowa obca agentura". Nie wiązał też nadziei z nowym prezydentem Dwightem Eisenhowerem, którego uważał za „wielkie zero polityczne". Problem w tym, że jego kontrkandydat, Adlai Stevenson, z punktu widzenia polskich interesów był równie okropny.

Wiele miejsca w tej korespondencji zajmuje sprawa powstania „Najnowszej historii politycznej Polski". Z listów Pobóg-Malinowskiego dowiadujemy się o problemach związanych ze zbieraniem materiałów do książki i jeszcze większych ze zdobyciem funduszy na druk. Dość powiedzieć, że prowadzona osobiście przez autora akcja subskrypcyjna objęła ponad 30 krajów.

Korespondencja ta dobrze pokazuje, jak tuż po II wojnie światowej żyło się emigrantom na obczyźnie. Zwłaszcza tym szeregowym nie wiodło się najlepiej. Wielu z nich wegetowało, czekając na powrót do kraju. Na początku listopada 1945 r. Pobóg-Malinowski pisał do Jędrzejewicza: „Odporność polityczna u ogółu [emigrantów] – bardzo słaba. Zwolennicy Londynu topnieją właściwie jak lód w słońcu, może dlatego, że Londyn nie zrobił nic, by jakieś życie zapewnić. A ludzie muszą jakoś żyć, więc coraz tłumniej godzą się z tym, co niedawno jeszcze odrzucali". Nierzadko sposobem na przeżycie były nielegalny handel i rozmaite „kombinacje". Z kobietami, jak donosił, „wręcz rozpaczliwie i strasznie smutno". Dochodziły go wiadomości, że coraz więcej z nich, także tych z warszawskiego powstania, uprawia prostytucję. W listach znaleźć możemy znacznie więcej informacji o trudach życia emigranta. Jeśli chodzi o pierwsze lata po zakończeniu II wojny, decyzja o pozostaniu na emigracji z pewnością nie była pójściem na łatwiznę.

* Władysław Pobóg-Malinowski, Wacław Jędrzejewicz, Listy 1945–1962, oprac. S.M. Nowinowski, R. Stobiecki, IPN, Warszawa 2016, s. 784.

Autor jest historykiem, kierownikiem Katedry Historii Najnowszej w Instytucie Historii Uniwersytetu Opolskiego. Zajmuje się polską emigracją polityczną i działaniami władz PRL wobec wychodźstwa

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA