fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Krzysztof Szamałek: Jak gaz łupkowy nie zrobił ze mnie arabskiego szejka

Krzysztof Szamałek do rządu trafił dzięki „starej znajomości z Aleksandrem Kwaśniewskim”. Na zdjęciu na posiedzeniu gabinetu w 2004 roku.
Forum, Maciej Figurski
- Byłem bodaj jedyną osobą w Polsce, która mówiła, że budowanie koncepcji rozwoju kraju na nieudokumentowanych zasobach gazu łupkowego ma charakter propagandowy. Tylko że nikt nie chciał mnie słuchać, a nawet zostałem uznany za ruskiego agenta - mówi prof. Krzysztof Szamałek

Plus Minus: Działał pan na scenie politycznej od 1993 roku, ale najgłośniejsza historia z panem związana to oskarżenie, że w czasach PRL jako szef SZSP na Uniwersytecie Warszawskim organizował pan bojówki studenckie rozbijające wykłady tzw. latających uniwersytetów. W jednej z takich akcji został pobity Jacek Kuroń.

Prof. Krzysztof Szamałek, wiceminister środowiska, Główny Geolog Kraju w rządach SLD–PSL: To była historia, którą odchorowałem ja i moja rodzina. Ciągnęła się za mną latami, choć to wszystko była nieprawda i historia przyznała mi rację.

Wygrał pan proces z gazetą, która napisała artykuł na ten temat.

Nie tylko. Ktoś mógłby powiedzieć, że wystarczy mieć lepszego adwokata od strony przeciwnej i wygrywa się proces. Ale prócz tego ukazała się książka wydana przez IPN „Operacja »Pegaz« w świetle dokumentów SB" opisująca tamte wydarzenia. Operacja „Pegaz" to była akcja SB z końca lat 70. przeciwko opozycji, prowadzona na Uniwersytecie Warszawskim, z którą jednak studenci UW nie mieli nic wspólnego.

Jest pan wymieniony w tej książce?

Oczywiście, że nie jestem. Byłem w tamtym czasie szefem Rady Uczelnianej SZSP Uniwersytetu Warszawskiego. Pomagałem studentom, którzy chcieli uczestniczyć i dyskutować na spotkaniach Towarzystwa Kursów Naukowych, uzyskać dostęp do materiałów, np. do tzw. prohibitów, czyli wydawnictw, których nie było w normalnym obiegu. Nie miałem natomiast żadnego kontaktu z bojówkami SB. W tej książce opisano fakty dokładnie tak, jak przedstawiałem je podczas procesu. To kończy dla mnie całą sprawę.

Ta historia została opisana przez gazetę w latach 90.

Konkretnie było to w 1997 roku, a więc prawie 20 lat po tamtych wydarzeniach. Być może stałem się za bardzo znany, a może za bardzo przeszkadzało to moim wrogom lub – jak to bywa w polityce – przyjaciołom. Nie wiem tego, ale faktem jest, że byłem wówczas jedną z głównych osób organizujących państwo w obliczu wielkiej powodzi. Występowałem codziennie w radiu, telewizji, a moje wystąpienia były bardzo dobrze odbierane, bo mówiłem o tym, na czym się znałem, i unikałem wycieczek politycznych. W takich właśnie okolicznościach pojawił się ten artykuł.

Jaki był dalszy ciąg tej historii?

„Gazeta Wyborcza" na pierwszej stronie zamieściła artykuł i kopie dokumentów świadczące, że zostałem pomówiony, za co do dzisiaj jestem im wdzięczny. Bo komisja uniwersytecka badała już na mój wniosek tę sprawę w 1980 roku i miałem kopię dokumentu podpisanego przez rektora Samsonowicza potwierdzającą, iż nie miałem z bojówkami SB nic wspólnego. A ponieważ „Życie", które opisało tę historię, upierało się przy swojej wersji, pisząc kolejne artykuły, wytoczyłem im proces. Okropnie mnie jednak uwierało, że Jacek Kuroń mógł sądzić, iż naprawdę miałem coś wspólnego z wydarzeniami w jego domu. Dlatego spotkałem się z nim w jego domu i opowiedziałem moją wersję. On odpowiedział: „Panie Krzysztofie, ja to wszystko wiem i jeżeli pan chce, to napiszę panu świadectwo moralności, żeby się pana nikt nie czepiał". Odparłem, że nie chodzi mi o świadectwo moralności, tylko o wyjaśnienie sprawy. Potem tego żałowałem, bo gdyby mi to napisał, miałbym dodatkowe argumenty w ręku.

Kiedy ubiegał się pan o stanowisko profesora na Uniwersytecie Warszawskim, dwukrotnie panu tego odmówiono: w 2004 i 2006 roku.

To była konsekwencja tamtych artykułów na mój temat. Ludzie, którzy nie byli przekonani o mojej niewinności, tworzyli określony klimat na uczelni – buntowali studentów i głosowali przeciwko mnie. Oczywiście byłem ogromnie rozgoryczony, ale też przy tej okazji zdarzyła się piękna chwila, bo np. Andrzej Celiński, który był sekretarzem organizacyjnym TKN, kiedy w 2004 roku dowiedział się, że nie otrzymałem stanowiska profesorskiego, napisał przepiękny list do ówczesnej pani rektor, w którym stanął w mojej obronie, dając świadectwo prawdzie.

Wróćmy do początku lat 90. W jaki sposób trafił pan do rządu SLD–PSL? Nie był pan członkiem SdRP.

Po starej znajomości z Aleksandrem Kwaśniewskim, wówczas przewodniczącym SdRP i szefem klubu parlamentarnego lewicy. Znaliśmy się i cenili z czasów działalności w SZSP i to on wciągnął mnie do rządu. Umowa koalicyjna między SLD a PSL przewidywała, że jeżeli szef danego resortu jest z jednej partii, to jego pierwszy zastępca jest z drugiej. I tak było w moim przypadku. Ministrem ochrony środowiska został Stanisław Żelichowski z PSL, a ja byłem jego zastępcą z rekomendacji SLD, choć do partii nie należałem. Zostałem też głównym geologiem kraju. Miałem do tego przygotowanie merytoryczne, bo byłem geologiem gospodarczym i skończyłem Wydział Zarządzania o specjalności prawno-administracyjnej. Twierdzę nieskromnie, że byłem jednym z najmocniejszych ogniw rządu SLD–PSL.

Jak się panu współpracowało z Żelichowskim?

Bardzo dobrze, choć nasza współpraca nie była wolna od konfliktów. Dwukrotnie składałem dymisję i w końcu odszedłem z rządu.

O co poszło?

To pozostanie naszą słodką tajemnicą. Powiem tylko, że nie chodziło o samego Żelichowskiego, tylko o jego otoczenie, z którym nie mogłem się dogadać. Zaczęły występować pewne zjawiska, których nie mogłem zaakceptować, więc najpierw rozmawiałem o tym z ministrem, a ponieważ nic się nie zmieniło, spotkaliśmy się u premiera. Po tej rozmowie też nic się nie zmieniało, więc złożyłem dymisję. W mojej opinii służba publiczna powinna polegać m.in. na odcięciu się od spraw, które mogłyby być niekorzystnie zinterpretowane przez postronnych obserwatorów. W życiu mi się nie zdarzyło, żeby ktoś oferował mi łapówkę, bo było wiadomo, że do mnie się z takimi propozycjami nie przychodzi.

Działał pan w obszarze lukratywnym dla biznesu – kopaliny, gospodarka wodna – więc pewnie chętnych do robienia interesów było co niemiara.

Akurat w tamtym okresie bardzo atrakcyjna była gospodarka odpadami, bo zaczęła się intensywnie rozwijać, co było związane z naszymi przygotowaniami do akcesji do Unii Europejskiej. Unia była przeciwna budowie nowych wysypisk śmieci, za to gotowa była zainwestować w recykling i odzyskiwanie surowców. I rzeczywiście zdarzały mi się sytuacje, że interesanci starali się na mnie wymusić określone decyzje.

Jak to wyglądało?

Zwykle interesant, przychodząc do ministerstwa, najpierw próbował znaleźć wspólnych znajomych albo wspólne hobby, a dopiero gdy nieubłaganie zbliżał się koniec wizyty, niby przypadkiem poruszał kwestię, którą od początku miał na myśli, i to w sposób zawoalowany. Wiedziałem, że większość ludzi ma taką taktykę, i nie chciałem na to tracić czasu. Dlatego mówiłem: proszę nie mówić do mnie szaradami, bo prawdopodobieństwo, że tę szaradę rozwiążę, jest takie samo jak to, że jej nie rozwiążę. A wtedy może pan osiągnąć skutek odwrotny od zamierzonego, bo błędnie zinterpretuję pana intencje. To dawało stronom poczucie, że nie podchodzą się wzajemnie. Jeżeli były argumenty merytoryczne, to zawsze je analizowałem, ale jeżeli ludzie przychodzili w prywatnych sprawach, czego nie da się uniknąć, to przynajmniej sytuacja była jednoznaczna.

Czy właśnie te podchody utkwiły panu w pamięci z czasów, gdy był pan ministrem?

Znacznie bardziej utkwiła mi w pamięci sprawa wielkiej powodzi w 1997 roku. W pierwszych jej dniach, kiedy narastała gwałtownie fala powodziowa, premier Włodzimierz Cimoszewicz zdecydował, że mamy polecieć helikopterem na zalane tereny, żeby zobaczyć, jak sprawa wygląda. Razem z nim leciałem ja, szef Obrony Cywilnej Kraju, generał Feliks Dela, i trzech wojewodów – katowicki, wrocławski i opolski. Akurat tego dnia była doroczna narada premiera z wojewodami i po tej naradzie ok. godziny 14 wylecieliśmy z Warszawy. Lało jak diabli. W kilku miejscach udało nam się wylądować, ale na koniec premier zdecydował, że lecimy do Kłodzka, gdzie sytuacja była najgorsza. W Kłodzku jest kamienica z wizerunkiem wilka na wysokości pierwszego piętra, a związana z nią legenda głosi, że gdy wilk napije się wody, to Kłodzko zginie. W przeszłości powodzie nigdy nie była tak duże, by woda sięgała pierwszego piętra, ale w tamtym roku podniosła się do wysokości drugiego piętra i kilka osób utonęło we własnych łóżkach.

Krążyły wówczas takie plotki, że Czesi wypuścili wodę z przepełnionego zbiornika retencyjnego na naszą stronę i stąd się wzięła taka wielka fala.

To jest nieprawda. Po prostu lało strumieniami, co odczuliśmy podczas tamtej podróży. Lecimy do tego Kłodzka, a w tamtych czasach nie było GPS. W pewnym momencie pilot mówi, że nie można dalej lecieć, bo jest ściana deszczu, ciemno jak w nocy, choć była dopiero 17, i możemy się rozbić. Cimoszewicz na to mówi: proszę próbować. Po 15 minutach pilot wraca i znowu mówi, że lotu nie można kontynuować, bo jesteśmy w terenie górzystym, a nic nie widać. Wróciliśmy do Warszawy ok. 20. Na lotnisku na Bemowie, czekali na nas dziennikarze i padło to słynne pytanie „czy rząd wypłaci odszkodowania powodzianom". Na to premier odparł, że rząd nie może płacić odszkodowań, bo trzeba się było ubezpieczyć, natomiast rząd udzieli pomocy powodzianom. Ale dziennikarze wykorzystali tylko tę pierwszą część odpowiedzi. Do wyborów było to nieustannie powtarzane i pogrążyło SLD.

Uważa pan, że zostało to zrobione celowo, z pobudek politycznych?

Oczywiście, że tak. Przed wyborami zachowania dziennikarzy zasadniczo się zmieniają. Media na większość spraw reagują zupełnie inaczej niż w normalnych warunkach. Nie wiem, czy to jest wpływ właścicieli czy własnych poglądów dziennikarzy, ale tak to właśnie wygląda. Ale to nie koniec historii z Kłodzkiem. Parę lat później byłem z małżonką w tym mieście, patrzę, a na ogrodzeniu kościoła, który też ucierpiał w powodzi, wisi banner z tekstem mniej więcej takim: „W lipcu 1997 roku miał przylecieć do nas premier Cimoszewicz, ale nie przyleciał, bo wolał wybrać uroczystą kolację z wojewodami". A ja przecież siedziałem w tym helikopterze, który nie mógł dolecieć na miejsce, i nie wybierałem kolacji czy wygód. A więc to było oczywiste kłamstwo. Napisałem list do starosty w tej sprawie, ale nie wiem czy zareagował.

A jak wyglądały spotkania na terenach powodziowych?

A jak miały wyglądać? Stykaliśmy się z ludzkim nieszczęściem, a w takiej sytuacji nie ma odpowiednich zachowań. Osobę, które krzyczy, że straciła wszystko, można np. przytulić, ale jedni uznają to za gest bezradności, a inni za wyuczony. Albo się mówi, że pomoc zostanie udzielona, ale każdy oczekuje tej pomocy natychmiast. Te wszystkie wyjazdy premierów czy prezydentów w rejony katastrof żywiołowych są politycznie poprawne, tak się powinno robić, ale z punktu widzenia służb prowadzących akcję ratowniczą czy pomocową to jest kontrproduktywne.

Dlaczego?

Bo wtedy ci ludzie muszą poświęcić czas VIP-om, co odciąga ich od pracy i wzmaga stres, który i tak jest ogromny. Sam przez trzy tygodnie 1997 roku, kiedy zmagaliśmy się z powodzią, pracowałem od wczesnych godzin rannych do bardzo późnych godzin nocnych w warunkach ogromnego stresu. Pamiętam, że którejś niedzieli pojechałem do rodziny pod Warszawę potwornie zmęczony, przywitałem się z nimi, padłem na łóżko, przespałem dwie godziny, a potem się z nimi pożegnałem i wróciłem do Warszawy, do centrum kryzysowego. Na schodach złapali mnie dziennikarze i pytają, jaka jest sytuacja na południu Polski. Ja na to, że chciałem trochę odpocząć, poszedłem na grzyby, ale zaraz się wszystkiego dowiem. Teraz już wiem, że tak nigdy nie należy odpowiadać, ale wówczas jako człowiek prostolinijny powiedziałem prawdę. Następnego dnia we wszystkich gazetach pokazały się tytuły: „Szamałek był na grzybach".

Zamiast walczyć z powodzią?

Oczywiście. Z powodzią jest też związana pewna surrealistyczna historia. Otóż w Kłodzku do ewakuacji ludzi wysłaliśmy amfibie, które co prawda są mało sterowne i nie zawsze się sprawdzały w wąskich uliczkach, ale to był jedyny sposób dotarcia do uwięzionych mieszkańców. Wiedzieliśmy, że nadchodzi druga fala powodziowa i potrzebujemy tych amfibii więcej. Wojsko je posiadało, ale nie miało operatorów. Zdecydowaliśmy, że zostaną ściągnięci rezerwiści przeszkoleni jako operatorzy amfibii. A lato w 1997 roku było takie szczególne, że na południu lało i była powódź, a powyżej Warszawy żar lał się z nieba i kto żyw wyjeżdżał nad morze. I właśnie w tym upale na plażach żandarmeria szukała operatorów amfibii, żeby ich zmobilizować do pomocy przy powodzi.

Po doświadczeniach w rządzie praca w Kancelarii Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego musiała się panu jawić jak pobyt w sanatorium.

Nie było tak dobrze. Rok później też była duża powódź, w niektórych miejscach dorównywała rozmiarami tej z 1997 roku. Ludzie wtedy zaczęli się martwić, czy to będzie stałe zjawisko, czy jest po co wracać do domów, skoro dwukrotnie zostali zalani. W następstwie tych różnych doświadczeń w 1998 roku prezydent skierował do Sejmu trzy ustawy o stanach: klęski żywiołowej, wojennym, i wyjątkowym. Prezentowałem ustawę o stanie klęski żywiołowej. Za partnera miałem Jana Rokitę i muszę powiedzieć, że współpracowało nam się dobrze.

A jakie są pana wspomnienia z okresu rządu Leszka Millera?

W rządzie Millera najbardziej zapadły mi w pamięć sprawy związane z akcesją do Unii. Po rządzie Jerzego Buzka byliśmy opóźnieni w negocjacjach. Wiele krajów pozamykało wszystkie obszary merytoryczne i spokojnie czekało na zakończenie całych negocjacji. A myśmy mieli do wynegocjowania bardzo wiele, w tym sprawy środowiskowe, m.in. gospodarki wodno-ściekowej. Te rozmowy były trudne, bo z jednej strony trzeba było sprawy przyspieszać, a z drugiej zawsze przy tej okazji zgłaszał się przedstawiciel Czech czy Węgier i mówił: „Myśmy już wszystko załatwili, nic więcej nie chcemy". Tacy prymusi, co to wyrywali się do przodu, żebyśmy na ich tle wyglądali na maruderów. To było przykre.

A wielkie wstrząsy polityczne tego okresu?

Do wiceministra ochrony środowiska nie docierały. Pamiętam natomiast wypadek helikoptera, którym leciał premier Miller. Miałem być w tym helikopterze. Jako główny geolog kraju miałem towarzyszyć premierowi w KGHM. Zatrzymały mnie wtedy w Warszawie jakieś sprawy, których nawet nie pamiętam.

To miał pan szczęście.

Gdy patrzę na swoje życie, to uważam, że opatrzność nade mną czuwa.

W 2015 roku wygrał pan konkurs na szefa Państwowego Instytutu Geologicznego, ale nie został pan mianowany. Jak to się stało?

Zlekceważono wszelkie procedury, bo minister chciał mieć na tym stanowisku kogoś swojego. Komisja konkursowa była pięcioosobowa, ale w czasie postępowania konkursowego przedstawiciel ministra nauki ciężko zachorował, wylądował w szpitalu i do końca konkursu nie pojawił się w komisji. Konkurs wygrałem w sposób jednoznaczny. Uchwała komisji konkursowej stwierdzająca moją wygraną została przyjęta jednogłośnie. Trafiła do właściwego ministra, a tymczasem kandydat PO, który miał w założeniu zostać dyrektorem, złożył protest na tej podstawie, że uchwałę powinni podpisać wszyscy członkowie komisji. Każdy prawnik powiedziałby, że chodzi o wszystkich członków biorących udział w postępowaniu, ale prawnicy pana ministra uznali, że doszło do ciężkiego naruszenia przepisów, i konkurs unieważniono.

Nie stanął pan po raz drugi do konkursu?

Stanąłem, ale tym razem zająłem drugie miejsce. Jednak zwycięzca też nie został powołany, bo znowu to nie był ten, kto miał wygrać.

A może to była kara za to, że zwarzył pan hurraoptymistyczne nastroje rządu Donalda Tuska w sprawie gazu łupkowego.

Nie sądzę. Człowiek nosi na sobie różne blizny i to jest jedna z tych blizn, które mi zostały po PO. Ale był też miły akcent, bo związki zawodowe zrobiły ankietę wśród pracowników kto byłby najlepszym dyrektorem i ja zdobyłem przygniatającą liczbę głosów.

Jak to było z tymi złożami gazu łupkowego? Donald Tusk twierdził, że z tego będą nasze emerytury.

Byłem bodaj jedyną osobą w Polsce mówiącą, że budowanie koncepcji rozwoju kraju na nieudokumentowanych zasobach gazu łupkowego ma charakter propagandowy, a nie geologiczny. Tylko że wówczas zapanowała taka euforia, że nikt nie chciał mnie słuchać, a nawet zostałem uznany za ruskiego agenta.

Dlaczego?

Bo mówiłem coś, co obiektywnie służyło Gazpromowi. Ale było zgodne z faktami! Spotkałem się któregoś dnia z Włodzimierzem Cimoszewiczem na lunchu i on mnie spytał o ten gaz łupkowy. Ja na to, że mamy za mało danych, a poza tym wartość czynnika przesądzającego o zasobności złóż jest nieprawdziwa, bo przecinek został przesunięty o jedno miejsce do góry, a to zasadniczo zmienia projekcję. Tego samego dnia Cimoszewicz powtórzył to w radiu i wywołał burzę, ale nadal nikt w to nie wierzył. Jacyś ludzie zorganizowali nawet happening – zapalili płomień nad otworem wiertniczym. Niektórzy twierdzą, że tam był gaz z butli, a happening zrobiono po to, by udowodnić, że złoża gazu łupkowego są realne. Nie przesądzam tego, bo nie wiem, jak było. Tak czy inaczej minęło kilka lat i wszystkie moje prognozy na razie się potwierdziły.

Nie zostaliśmy drugim Kuwejtem.

Niestety nie. Ale a propos Kuwejtu, opowiem pani zabawną historię. Otóż moja małżonka, która na Uniwersytecie Warszawskim zajmowała się kwestiami emerytalno-rentowymi, poszła któregoś dnia do ZUS i spotkała się z dziwnym przyjęciem. Znajome panie zaczęły robić aluzje, że chyba przestanie pracować. Tego dnia pojawił się bowiem artykuł, że w Puszczy Noteckiej zostały odkryte ogromne złoża ropy naftowej i będą one w rękach Krzysztofa Szamałka, głównego geologa kraju. Zilustrowano to moim zdjęciem w stroju szejka arabskiego, z balu przebierańców, które sam zamieściłem na Facebooku. A część czytelników zrozumiała, że to będą moje prywatne złoża naftowe. Takie miałem przygody z mediami.

—rozmawiała Eliza Olczyk (dziennikarka tygodnika „Wprost" )

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA