fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

"Pani Stefa": Cały smutek Krochmalnej

Nie, nie idzie w tytule o ostatni akord biografii Stefanii Wilczyńskiej, jedyny pewnie szerzej znany.

Na myśl o przejściu przez nią 5 lub 6 sierpnia 1942 roku rano tych ładnych kilku kilometrów z miejsca, gdzie dziś zaprasza Teatr Lalka, na Umschlag, w towarzystwie ufnych aż do rampy kilkulatków (a już o 19.00 – jak wynika ze specrozkładu jazdy na sierpień 1942, opracowanego przez Generalną Dyrekcję Kolei Wschód – następuje „planowy odjazd pustego składu ze stacji Treblinka w kierunku stacji Warszawa Gdańska"), doświadczamy nie smutku, lecz rozpaczy, okraszonej – co komu po nim! – jałowym podziwem.

Nie idzie też o tę mieszaninę poczucia winy i żalu, z jaką czytamy o każdym, choćby najdoskonalszym, domu dziecka. Ani o niełatwe lata, w jakich przyszło Pani Stefie taki dom prowadzić – najpierw, samotnie, w latach I wojny światowej (głód, zimno, tyfus, na który umierają wychowawcy i wychowankowie), potem ze starzejącym się, zgorzkniałym Korczakiem, wśród chmur zbierających się nad Europą.

W biografii Stefanii Wilczyńskiej – urodzonej w roku 1886, koleżanki Marii Skłodowskiej z pensji, od roku 1909 nieprzerwanie opiekunki i wychowawczyni – jest tajemnica, do której Magdalena Kicińska pozwala nam się zbliżyć, choć unika jej literalnego nazwania. I nie, nie idzie o ścieżki rodowodu, pochodzenie z zasymilowanej w pełni rodziny żydowskiej: nie było ono brzemieniem dla Stefanii, która jidysz nauczyła się dopiero jako dorosła, a w kibucu En Charod, dokąd jeździła w latach 30., uczyła krótko strzyżoną dziatwę z całego świata śpiewać „Marsz, marsz, Dąbrowski...", nie było dla jej bliskich (brat, ochotnik wojny 1920 roku, leży na Starych Powązkach; bratowa, po wojnie zaufana ks. Twardowskiego, walczyła w Zgrupowaniu „Żywiciel").

Ta tajemnica ukryta jest głębiej i możemy się jej domyślać na podstawie wyborów Wilczyńskiej – rezygnacji z życia osobistego, nawet wówczas niewymaganej od wychowawców (choć jak wyobrazić sobie Dom Sierot bez Pani Stefy, przechodzącej każdej nocy przez sypialnie, poprawiającej kołdry, sprawdzającej gorączkę, układającej ubranie?). Także na podstawie niewielu listów, jakie się zachowały (w odróżnieniu od Korczaka nie pisała książek, przemawiała niechętnie), w których znać niechęć do łatwych pocieszeń – i ogromną uważność.

Jej wybór ofiarowania życia innym nie poddaje się łatwym interpretacjom. Nie było w nim nic z depresyjnej rezygnacji – nie miałaby wówczas czego rozdawać innym („dała mi takie coś – mówi Kicińskiej Szlomo Nadel w Izraelu w roku 2013 – takie coś... – że ja później już nigdy nie byłem sam"), nic nie wiemy o „motywacjach religijnych" u wychowanki pozytywistów. Było twarde „coś", skorupka orzecha: tajemnica.

Zawsze szukające okazji do zwady feministki lamentują, że Wilczyńska „znikła w cieniu legendy Korczaka", co ma stanowić, nieprawdaż, jeszcze jeden dowód samczego dążenia do dominacji, niesłabnącego nawet w obliczu Shoah. Ja myślę, że Wilczyńska znikłaby w każdym cieniu – bo tak wybrała; i że w każdym możliwym do wyobrażenia porządku należy do tych ostatnich, którzy będą pierwszymi.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA