fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Michał Majewski: Tak się to robi w polityce

Bardzo często posłowie czy ministrowie obrażają się na dziennikarzy i publicystów za jakiś tekst, krytykę w radiu, nieprzychylną ocenę. To obrażalstwo pogłębiło się wraz z rozwojem mediów elektronicznych.
EAST NEWS, Stanisław Kowalczuk
Politycy lubią z wyprzedzeniem wiedzieć, co szykują na nich media. Z zaprzyjaźnionymi nie ma problemu. Gorzej wygląda sytuacja z redakcjami, które sympatyzują z innym obozem. Ale i na to są sposoby.

O swojej metodzie oswajania dziennikarzy opowiada przedsiębiorca i były minister, który dziś nie zajmuje się już polityką. – Bałem się dziennikarzy branżowych, że mnie zapędzą do kąta, zwyczajnie zjedzą – przyznaje. – Nie wiedziałem, co z nimi zrobić. Przecież nie mogłem ich przekupić albo pisać za nich artykułów. Ale sprytny chłopak z biura prasowego poradził mi, żebym przełamał zahamowania. Mówił: „Niech pan ich nie unika, tylko zaprosi do siebie. Pozna się pan z nimi i poprosi o opinię na temat tego, co trzeba zmienić w naszej działce. Oni tu od lat prowadzili wojny z poprzednimi ministrami. Żyją w przekonaniu, że wszystko wiedzą najlepiej, tylko politycy nie chcą ich słuchać. No to pan ich wreszcie posłucha".

Zadziałało jak najlepsza cyrkowa sztuczka. Minister zapraszał branżowych dziennikarzy do swojego gabinetu pojedynczo, by poczuli się wyjątkowi i docenieni. Robił pełną zainteresowania minę, a oni płynęli ze swoją opowieścią i dobrymi radami. Mówili, co by zrobili na miejscu ministra, który projekt wyrzucili do kosza, a który zanieśli na Radę Ministrów. Realizowali swoją potrzebę bycia wysłuchanymi, znalezienia się w centrum uwagi.

– Niektórzy gadali mądrze, inni opowiadali kompletne androny. A ja słuchałem, uśmiechając się i potakując. Szybko zostałem jednym z ich ulubieńców – wspomina były polityk.

Nie zawsze reporterów udaje się tak łatwo obłaskawić. Po latach od zakończenia misji w rządzie jeden ze współpracowników byłego już premiera opowiedział mi w detalach o operacji, którą przeprowadził w sprawie niewygodnego tekstu.

– Szykowała się publikacja na temat najbliższej osoby szefa rządu, członka jego rodziny. Wiadomo było, że tekst powstanie. Nie było szans, by to powstrzymać, bo szykowała go redakcja wyjątkowo nam nieprzychylna. Żadne naciski nie zdałyby egzaminu. Efekty byłby raczej odwrotny – opowiada. – Problem był poważny z dwóch powodów. Po pierwsze, ten krewny rzeczywiście święty nie był. Nawywijał tak, że można byłoby tym obdzielić kilka osób. I druga zła wiadomość: premier czuł się z tym krewnym bardzo związany. Sama myśl o nadchodzącej publikacji sprawiła, że był kompletnie rozbity, nie potrafił normalnie pracować.

Doradca premiera wzywał do siedziby szefa rządu kolejnych rozmówców, do których już zadzwonili dziennikarze. I przepytywał ich: co już wiedzą, jakie pytania zadają. W ten sposób wyrobił sobie obraz sytuacji. Wynikało z niego, że do niewygodnej publikacji jest jeszcze kilka tygodni. Wtedy powstał pomysł, jak rozbroić tykającą bombę.

– Chodziło o to, by w sympatyzującym z rządem tytule powstał tekst o tej osobie z otoczenia premiera. Nie żadna laurka, normalny artykuł podnoszący wątpliwe zachowania, opisujący wybryki. Ale żeby te wątki były utopione w większej całości, rozmyte – wyjaśnia były doradca premiera. – Do tego miał się jeszcze pojawić komentarz od redakcji, że to zachowanie może i było nieetyczne, ale przestępstwa nie widać. Rangę sprawie miała nadać stosowna okładka. Przekonaliśmy do tego premiera. Miała być bomba, a nam się udało zrobić z tego wybuch kontrolowany – uważa.

Jak rozumował doradca premiera? Dziennikarze, którzy pierwsi wywęszyli temat, zapewne wiedzieli o nim więcej. Ale przecież główne wątki zostaną już opisane u konkurencji, więc czytelnicy nie zainteresują się tą samą sprawą po raz kolejny. – I tak padła tamta publikacja w niesprzyjającym nam piśmie – mówi mój rozmówca.

Politycy lubią z wyprzedzeniem wiedzieć, co szykują na nich media. Wtedy mogą się przygotować, znaleźć ripostę, kontrę. Z zaprzyjaźnionymi mediami nie ma większego problemu – czasem wyślą ostrzeżenie, a ich krytyka będzie stępiona. Jeśli w ogóle się pojawi. Gorzej wygląda sytuacja z redakcjami, które sympatyzują z innym obozem. Wtedy dostęp do informacji jest słabszy. Ale i na to są sposoby.

– Miałem kolegę wicepremiera, który dysponował różnymi posadami w państwowych spółkach. I on całkiem świadomie „podholował" w jednej ze spółek matkę redaktora z gazety, która ostro nas atakowała – opowiada były lewicowy senator. – Ten chłopak zaczął regularnie donosić, co oni tam planują. Oczywiście, chodziło o tematy dotyczące tego wicepremiera. Nikt ich nie hamował, by sprawa nie wydała się w redakcji, ale polityk miał czas, by przygotować się na atak. Ten układ był też inwestycją ze strony młodego dziennikarza. Kiedy odszedł z mediów, założył firmę konsultingową, która zarabiała dzięki spółkom Skarbu Państwa.

Spory wpływ na media, szczególnie w latach 90., miało uwikłanie niektórych dziennikarzy we współpracę ze służbami specjalnymi. Znam przykład bardzo znanego dziennikarza, którego teksty skończyły kariery paru urzędników państwowych. Co się okazuje? Na studiach w latach 80. był tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa i donosił na kolegów z uczelni. Po upadku PRL oficer SB, który się z nim kontaktował, pozytywnie przeszedł weryfikację. A młody absolwent zaczął robić karierę w mediach. Oficer o nim nie zapomniał, „zadaniował" go, dostarczając ciekawych informacji, na których opublikowaniu zależało służbom. Teczka tego dziennikarza ponoć poszła z dymem. Czy to prawda, okaże się po całkowitym otwarciu zbioru zastrzeżonego IPN.

Reklamowy bat państwowych spółek

Politycy też naciskają na media. Na przykład na wydawców, by zmienili redaktora naczelnego, który za ostro krytykuje ich partię i szuka dziury w całym. Nieraz takie naciski się w Polsce zdarzały. Najskuteczniejsza jest oczywiście presja ekonomiczna, przy której nie trzeba sobie brudzić rąk. Prasa ma kłopoty finansowe, jest silnie uzależniona od reklam państwowych koncernów. Politycy dają więc sygnał prezesom spółek, by przykręcili kurek z pieniędzmi dla określonych tytułów czy wydawnictw. Niczego nie trzeba mówić wprost, zawsze można się wytłumaczyć, że budżet na tradycyjne media ulega zmniejszeniu, a poprzednie akcje promocyjne nie były efektywne. Wydawca jest inteligentny, w mig złapie, o co chodzi. I przeanalizuje, czy dalej opłaca mu się ostry kurs wobec władzy, jeśli na przykład grozi mu to utratą 5 milionów złotych rocznie z państwowych reklam.

Bywa, że nawet najlepsze materiały nie mogą się ukazać. Działo się tak też w latach 90., kiedy media były dużo bogatsze i miały silniejszą pozycję niż dzisiaj. Pewien dziennik pracował nad świetnie udokumentowaną historią o polityku, który prowadził podwójną grę. Sprawował ważny urząd, a jednocześnie kręcił lody na boku. Członkowie jego rodziny organizowali kursy dla biznesmenów, na których uczyli, jak radzić sobie z przepisami, za które odpowiadał ten polityk. Na takich kursach rodzinka dobrze zarabiała, a urzędnik był na tyle bezczelny, że osobiście udzielał tam rad. Ciekawy temat na materiał śledczy. Ale artykuł nie został opublikowany, bo urzędnik miał też wpływ na wysokość stawki celnej papieru, który wydawca dziennika sprowadzał z zagranicy. Nie zaryzykowano konfrontacji, temat spadł. Dziś, kiedy media są dużo słabsze, takich spadających tematów jest dużo więcej niż jeszcze kilkanaście lat temu.

Gdzie dobrze widać, że zmienia się władza? Na stacjach benzynowych państwowych spółek paliwowych. – Kiedy rządziliśmy, na wierzchu wyłożone były gazety, które dobrze pisały o naszej partii i naszym prezydencie – mówi ważny poseł liberalnej partii. – Ale czasy się zmieniły i zaczęto promować gazety, które uderzają w nas. Ciekawiło mnie, jak to działa. Czy przychodzi e-mail z odpowiednimi dyspozycjami? Pismo z centrali? Okazuje się, że robią to inaczej. Opowiedział mi o tym znajomy, który jest kierownikiem takiej stacji: „Dzwoni szef regionalny i mówi, że tytuły X, Y i Z mamy wykładać na widoku, a pisma A, B, C pod spodem". Sprytne, nie ma po tym żadnego śladu, więc trudniej zrobić aferę.

Prasa słabnie w błyskawicznym tempie, lawinowo traci czytelników. Dlatego najważniejszym elementem gry jest dziś wpływanie na telewizję o dużym zasięgu. W ramach walk frakcyjnych jeden z polityków był mocno obijany przez swoich przeciwników z partii, którzy posunęli się nawet do fałszywych oskarżeń. Chcieli zatopić tego polityka i przejąć stanowisko, które zajmował. – Dlatego staraliśmy się, by nasz kolega mógł przyjść do telewizji w czasie największej oglądalności i odnieść się do tych zarzutów, oczyścić się – opowiada prawicowy poseł. – Ale ze strony telewizji nie było zgody. Powiedziano nam, że inne tematy są ważniejsze i bardziej interesujące dla redakcji i widzów. Ale w wieczornym programie znów był oponent mojego kolegi i dalej dorzucał do pieca. Mówił, że w naszej partii standardy moralne muszą być wyższe, bo takie zobowiązanie złożyliśmy przed wyborcami, że niejasności źle wpływają na ocenę całego ugrupowania. Zero konkretów, ale wydźwięk był dla nas fatalny. I to w porze wysokiej oglądalności.

Poseł chwycił za telefon i na gorąco zapytał znajomych z telewizji, co tu się wyprawia.

– Kolega z tamtej redakcji bez owijania w bawełnę powiedział mi, że wiceszef ich stacji ma gorące łącze z wicepremierem i jednocześnie szefem frakcji, która pracuje nad usunięciem mojego kolegi z rządu – mówi poseł. – Po tygodniu facet musiał opuścić gabinet, nie dało rady go obronić.

Prezes jednej ze stacji wysłał szefowi anteny nazwiska polityków z informacją, że to ich należy zapraszać do programów. Wprost, by nie było żadnych wątpliwości.

Dziennikarz trenuje polityka

Sprzyjanie przez dziennikarzy i redaktorów konkretnym politykom i zakulisowa, cicha współpraca z nimi to fatalna praktyka. Ale, niestety, czasem się zdarza. Jedną z takich sytuacji opisywał mi kiedyś współpracownik politycznego lidera.

– Wchodzę któregoś dnia do szefa, a w jego gabinecie stoi kamera. Jest asystent szefa, kamerzysta, znany dziennikarz komercyjnej telewizji. Myślałem, że to jakiś wywiad – mówi. – Ale byłby to bardzo dziwny wywiad, bo ten dziennikarz przerywał nagranie i dawał instrukcje w stylu: „Kiedy mówi pan o X, który jest pana największym politycznym przeciwnikiem, nie może pan zaczynać się kręcić w fotelu i mrugać oczami. To zdradza pańską nerwowość. Próbujemy jeszcze raz!".

Okazało się, że dziennikarz trenował lidera przed debatą sejmową, która miała się odbyć następnego dnia. – Nie minęły dwa tygodnie, a nasz szef zagościł w telewizyjnym studiu, w programie na żywo. Tym razem instruktor występował w roli dziennikarza, a szef odpowiadał. Bardzo sprawnie im poszło! – mówi współpracownik polityka.

Politycy często nie mają dobrego zdania o dziennikarzach, ale o tym możemy się najczęściej dowiedzieć jedynie poza protokołem. Doświadczyłem kiedyś takiej sytuacji. Spotkałem się ze znajomym posłem w jego pokoju w hotelu sejmowym. Politycy najczęściej są w sobie zakochani. Lubią słuchać swojego głosu i patrzeć na siebie. Wtedy nie udało nam się normalnie porozmawiać, bo poseł oczywiście musiał włączyć telewizor i gapić się, jak wypadł w debacie, czy został dobrze pokazany. Gapi się więc, aż nagle zaczyna wykrzykiwać najgorsze obelgi pod adresem dziennikarzy: „Nic nie dali! Nic te ch... nie zrozumiały, miałem najlepsze wystąpienie w debacie! Najdowcipniejsze, ze świetnymi bon motami. Ale oni debat nie obserwują. Bo trzeba siedzieć, poświęcać czas!".

Polityk chwycił za telefon i zaczął obdzwaniać posłów ze swojej partii, by natychmiast przyszli do stolika, przy którym w Sejmie zbierają się dziennikarze. – Trzeba zrobić szybką, zaimprowizowaną konferencję prasową. Bo te skur..., bałwany, nic nie wzięły od nas z debaty! – przekonywał kolegów.

I tyle było z naszej rozmowy. Idąc na konferencję, znajomy poseł na korytarzu pocałował jeszcze w dłonie dziennikarki, które relacjonowały debatę i pominęły jego wystąpienie, wylewnie przywitał się też z innymi reporterami, którzy zrobili dokładnie to samo.

W codziennej politycznej grze jest dużo wrogości, atakowania i poniżania innych. To nie sprzyja utrzymywaniu dobrych relacji między ludźmi. Bardzo często posłowie czy ministrowie obrażają się na dziennikarzy i publicystów za jakiś tekst, krytykę w radiu, nieprzychylną ocenę. To obrażalstwo pogłębiło się wraz z rozwojem mediów elektronicznych. Po prostu wszyscy mają dużo więcej okazji niż wcześniej, by kogoś dotknąć czy skrytykować. Z drugiej strony politycy mogą się obrazić na jedną czy drugą redakcję, bo też mają więcej okazji, by pokazać się w mediach. Ale jest grupa działaczy, którzy nigdy się nie obrażają. Pewnie gdzieś tam w tyle głowy pamiętają gorzkie słowa, osobiste ataki na siebie, ale nie robią z tego problemu i nie trzymają urazy. Bo ten reporter, który ich kiedyś skrytykował, w końcu wróci z prośbą o wywiad, na wymianę kuluarowych plotek i ich relacje znów się uklepią, poprawią. Nawet jeśli nie jest im po drodze ze względu na polityczne poglądy. Tacy politycy nie palą za sobą mostów. Kiedy ktoś splunie im w twarz, to udają, że padał deszcz. I nieźle wychodzą na tym powstrzymywaniu się od konfliktu.

Współpraca dziennikarzy i polityków przynosi czasem dość zabawne nieporozumienia.

O jednym z nich opowiadał mi kolega z mediów.

– Jeden z naszych dziennikarzy był na wakacjach, więc zostałem przypadkowo wysłany na wywiad do ministra spraw wewnętrznych. W trakcie rozmowy pojawił się dość szczegółowy wątek związany z policją. Minister, którego widziałem pierwszy raz w życiu i nie było między nami chemii, odesłał mnie w tej sprawie do komendanta głównego – opowiada dziennikarz. – Wybłagałem, by minister wysłał komendantowi SMS w tej sprawie, bo zależało mi na czasie, a wizja przebijania się przez zasieki policyjnych biur prasowych wydawała się koszmarem. Komendant zadzwonił do mnie i zaprosił do siebie. Sprawował tę funkcję ledwie kilka tygodni i jeszcze kompletnie nie rozumiał polityki.

Policjant musiał przyjąć, że mój znajomy dziennikarz jest dobrym kumplem ministra.

– Mówił o nim, używając imienia, więc i ja zacząłem tak robić. Wszedłem w konwencję, że znamy się z ministrem jak łyse konie. Efekt? Od tamtej pory miałem najbardziej ekskluzywne, najlepsze informacje z policji – opowiada. – A przecież do tej pory nigdy nie pisałem o policji, mój jedyny kontakt z nią polegał na przypadkowych kontrolach drogówki. Kiedy nasz redakcyjny specjalista od tej działki wrócił z urlopu, chciał mnie rozszarpać.

Pióro jak alarmowy guzik

Politycy mają też różne sztuczki, żeby nie dać plamy przed dziennikarzem. Opisuje szef gabinetu wicepremiera: – Mieliśmy taki patent z szefem na kłopotliwą sytuację. Na przykład rozmowa z kimś stawała się niewygodna albo w trakcie wywiadu pojawiało się pytanie, które sprawiało trudności. W filmie „Młody papież" grający Ojca Świętego Jude Law ma pod blatem biurka guzik. Gdy go naciska, wchodzi siostra zakonna i mówi, że jest jakaś pilna sprawa. W ten sposób papież może zakończyć rozmowę, która mu się nie podoba. Myśmy takiej technologii nie mieli i stosowaliśmy bardziej tradycyjną metodę. Ja jako asystent szefa byłem obecny przy większości rozmów i wywiadów. Umówiliśmy się, że jeśli szef przekłada pióro z prawej na lewą stronę biurka lub stolika, to jest sygnał. Ja z kolei miałem taką aplikację w telefonie, która pozorowała, że ktoś właśnie dzwoni. No więc, gdy pióro leciało z prawej na lewą, naciskałem guzik telefonu w kieszeni i przychodziło to udawane połączenie. Teatralnie przepraszałem, że muszę wyjść, a po chwili wracałem z wiadomością, że jest ta oczekiwana rozmowa, na którą szef był umówiony. Szef wychodził i mógł się skonsultować, jaką dać odpowiedź w wywiadzie. Nie zawsze to wychodziło. Kiedyś odegraliśmy tę scenkę, wychodzimy do sekretariatu, a szef mówi, że jemu się to pióro tak po prostu jakoś przełożyło z prawej na lewą.

Fragment książki Michała Majewskiego „Tak to się robi w polityce", która ukazała się nakładem wydawnictwa Czerwone i Czarne. Autor przez wiele lat pracował jako dziennikarz, m.in. w „Rzeczpospolitej".

Tytuł i śródtytuły od redakcji.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA