fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Witold Waszczykowski: Minister spraw zagranicznych i specjalista od dyplomatycznych gaf

Doskonała znajomość języka angielskiego jest dużym atutem Witolda Waszyczkowskiego. Na zdjęciu z ministrami spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii Borisem Johnsonem (w środku) i Irlandii Charlie Flanaganem.
AFP/ Emmanuel Dunand
Studia na amerykańskiej uczelni, mozolne wspinanie się po szczeblach dyplomatycznej kariery zwieńczone najwyższą krajową nagrodą – teką ministra spraw zagranicznych. Gdy wydawało się, że Witold Waszczykowski ma już wszystko, stał się jeszcze gwiazdą internetu.

Pod popularnym w internecie hasłem „Kończ Waszcz, wstydu oszczędź" podpisuje się 49 proc. Polaków – wynika z sondażu Kantar Millward Brown dla TVN. Politykę zagraniczną rządu negatywnie ocenia 55 proc. respondentów. Ale Waszczykowski wcale nie zamierza kończyć.

Trzeba przyznać, że na miano rządowego enfant terrible obecny szef MSZ pracował bardzo sumiennie. Wspomniana parafraza cytatu z „Potopu" po raz pierwszy pojawiła się w internetowych memach już w marcu 2016 roku – a więc zaledwie pięć miesięcy po objęciu przez Waszczykowskiego teki szefa MSZ, na długo przed odkryciem przez niego San Escobar.

Tego, że Polska ma ministra spraw zagranicznych innego niż dotychczasowi szefowie tego resortu, mówił nawet prezes PiS Jarosław Kaczyński. – Dzisiaj mamy politykę światową, w której mieści się Donald Trump, Boris Johnson i wiele innych osób zachowujących się oryginalnie. Takich, które posługują się ostrzejszym językiem. Do tej grupy należy minister Waszczykowski. Anglicy mogą mieć takiego niekonwencjonalnego ministra, a my nie? – pytał retorycznie prezes PiS w rozmowie z „Rzeczpospolitą".

A sam Waszczykowski pytany przez „Gazetę Wyborczą" o jedną ze swoich kontrowersyjnych wypowiedzi odpowiadał: – A co, ja mam być nudny jak paru przede mną? Co po nich pozostało?

Zanim jednak obecny szef MSZ doszedł do momentu, w którym postanowił „nie być nudnym ministrem", przeszedł długą drogę, w czasie której jego kariera kilka razy wisiała na włosku.

Przełom pierwszy: do USA i z powrotem

Waszczykowski urodził się w Piotrkowie Trybunalskim, dokąd rodzina jego matki po II wojnie światowej musiała przenieść się z Wołkowyska (dzisiejsza Białoruś). – Mało brakowało, abym sam się urodził na Grodzieńszczyźnie – mówił, gdy odwiedził Wołkowysk już jako szef MSZ. Jego dziadek pracował tam w urzędzie pocztowym.

Studia Waszczykowski kończy w Łodzi – w 1980 roku zostaje absolwentem Wydziału Filozoficzno–Historycznego Uniwersytetu Łódzkiego. Po studiach zostaje na uczelni – prowadzi konwersatoria na temat genezy II wojny światowej oraz historii zimnej wojny – ale ostatecznie nie robi kariery naukowej w Polsce, ponieważ zostaje relegowany z uczelni za działalność opozycyjną. Wtedy wyjeżdża do USA. Tam trafia na Uniwersytet w Oregonie – i zostaje absolwentem tamtejszego wydziału stosunków międzynarodowych. Zbiera też materiały do swojego doktoratu (tytuł doktora nauk humanistycznych uzyska w 1993 roku, a jego praca doktorska nosić będzie tytuł: „Stany Zjednoczone a strategiczne rokowania rozbrojeniowe 1919–1936").

Po latach w rozmowie z „Wprost" stwierdzi, że Ameryka go rozczarowała. – Znałem ją z filmów, na których widać było tylko cadillaca, luz i blichtr. A rzeczywistość wyglądała bardziej prozaicznie. Brak życia towarzyskiego, zatomizowane społeczeństwo – mówił w 2010 roku. Niezależnie jednak od jego oceny amerykańskiego społeczeństwa, Waszczykowski, już jako polityk, będzie wyraźnie stawiał na kraje anglosaskie. Kiedy wygłaszał swe pierwsze exposé w roli szefa MSZ „rozwój współpracy w sferze bezpieczeństwa ze Stanami Zjednoczonymi" wymienił na czołowym miejscu, znacznie wcześniej niż współpracę z krajami UE, wśród których – rzecz jasna – na pierwszym miejscu wymienił Wielką Brytanię.

Gdy Donald Tusk został szefem Rady Europejskiej, Waszczykowski porównał Unię Europejską do Układu Warszawskiego, ubolewając, że nie przestrzega się w niej zasad, i zapowiedział „drastyczne obniżenie zaufania do UE”. Takie wypowiedzi utrudniają mu budowę silnej pozycji na arenie międzynarodowej.
AFP

Studia w Oregonie były potężnym handicapem, który umożliwił 34-letniemu Waszczykowskiemu rozpoczęcie kariery dyplomatycznej w wolnej Polsce. Po upadku komunizmu tworzący zręby dyplomacji III RP Krzysztof Skubiszewski zaapelował do Polaków, którzy zdobyli wykształcenie za granicą, o wstępowanie w szeregi dyplomacji.

Waszczykowski apelu posłuchał – wysłał list do ministra Skubiszewskiego i został zaproszony na rozmowę do MSZ. Po latach będzie wspominał, że początkowo potraktowano go tam nieufnie – przyjmująca go pani naczelnik miała przekonywać go m.in., że finansowo służba Polsce nie będzie mu się opłacać. Nie udało jej się jednak zniechęcić przyszłego ministra Waszczykowski do kariery dyplomatycznej.

Zaczynał w 1992 roku jako starszy ekspert w Departamencie Systemu Narodów Zjednoczonych i Departamencie Instytucji Europejskich. Jerzy Maria Nowak, który w tamtym czasie był przełożonym Waszczykowskiego, wspominał po latach w książce „Dyplomata. Na salonach i w politycznej kuchni", że przyszły szef MSZ „zrobił na nim wrażenie człowieka zdolnego, wykształconego, dobrego mówcy". Nawet po kilkunastu latach, kiedy Waszczykowski będzie prowadził nieudane starania o uczynienie Jacka Saryusza-Wolskiego realnym rywalem dla Donalda Tuska, Nowak powie o nim, że ten „rozumie, o co chodzi" w dyplomacji, a jego nieskuteczność w tej dziedzinie zrzuci na karb chęci przypodobania się swojej partii.

Waszczykowski szybko pokonuje kolejne szczeble urzędniczej kariery – w 1996 roku zostaje zastępcą dyrektora w Departamencie Instytucji Europejskich, a następnie w Departamencie Polityki Bezpieczeństwa. W tym czasie współtworzy wydane przez Stowarzyszenie Euro-Atlantyckie pionierskie opracowanie „Szacunek kosztów rozszerzenia NATO" . Ówczesny szef MSZ Dariusz Rosati ma pretensje, że taki raport powstał poza resortem – ale po wyborach Rosatiego w resorcie już nie ma, a stery ministerstwa przejmuje Bronisław Geremek, z którego Unią Wolności Stowarzyszenie Euro-Atlantyckie jest powiązane personalnie.

Przyszły szef MSZ zostaje szefem Biura Łącznikowego przy NATO w Brukseli, a później zastępcą Przedstawiciela Rzeczpospolitej przy NATO. Owym przedstawicielem jest Andrzej Towpik, dyplomata związany z resortem spraw zagranicznych od 1975 roku, z którym Waszczykowski miał już wcześniej kontakty w resorcie. Przyszły szef MSZ nie jest – delikatnie mówiąc – fanem Towpika. Zdaniem Waszczykowskiego obciąża go przeszłość w PRL-owskiej dyplomacji. „Dziwiłem się, czemu tacy ludzie jak (Jerzy Maria) Nowak i Towpik po okresie PRL wyszli jak spod prysznica, wytarli się i nadal bez poczucia wstydu pozostawali w MSZ" – powie po latach. Swoimi wątpliwościami co do kolegi z resortu Waszczykowski miał się podzielić m.in. z Amerykanami. Sam Waszczykowski temu zaprzecza, a doniesienia „Przeglądu" na ten temat nazywa plotkami i dodaje, że tego typu donosy do tygodnika pisali pracownicy ówczesnego MSZ.

Coś jednak musi być na rzeczy, bo Waszczykowski zostaje odwołany i musi zamienić Brukselę na Teheran. To raczej zesłanie niż awans. O swoim nowym miejscu pracy świeżo upieczony ambasador pisze, że „wygląda jak skrzyżowanie parku jurajskiego ze skansenem PRL". Kiedy w 2001 roku do władzy dochodzi SLD, pojawiają się sygnały o konfliktach Waszczykowskiego z personelem ambasady. „Przegląd" opisuje, że Waszczykowski wyniósł z pokoju swojego zastępcy telewizor i pozabierał mu sztućce, a księgowemu kazał pracować w suterenie.

W lutym 2002 roku Waszczykowski zostaje odwołany ze stanowiska. Okoliczności są niejasne. Ówczesny szef MSZ Włodzimierz Cimoszewicz zarzucił mu działanie na szkodę państwa. Waszczykowski po latach odpierał te zarzuty, twierdząc, że jeśli komuś szkodził, to „nie wykazującym aktywności pracownikom".

Czy chodziło tylko o konflikty personalne? Odwołany ambasador stracił wówczas poświadczenie bezpieczeństwa, prośbę o powrót z placówki Waszczykowski miał otrzymać w niedzielę (co świadczyłoby o pośpiechu), a w mediach pojawiły się sugestie, że Waszczykowski przekroczył swoje kompetencje. Sprawa jednak nie miała ciągu dalszego – jedynym jej skutkiem było to, że dyplomata znalazł się w niełasce. Jego dni w MSZ wydawały się policzone.

Przełom drugi: urzędnik na tarczy

Karta się odwróciła, gdy do władzy w 2005 roku doszedł PiS. Waszczykowski – postrzegany jako ofiara Cimoszewicza – awansował na stanowisko podsekretarza stanu. Do jego zadań należało m.in. prowadzenie negocjacji z USA ws. tarczy antyrakietowej.

To szczyt urzędniczej kariery Waszczykowskiego. O jego pracy nie słychać zbyt wiele, antybohaterką mediów jest jego szefowa Anna Fotyga, a przyszły minister jest znany w resorcie z częstowania gości suszonymi owadami, które przywiózł z Azji. Jego późniejszy współpracownik w BBN mówił mi, że również w Biurze lubił robić wrażenie na rozmówcach, serwując im taki przysmak. Znany jest też z utrzymywania pewnego dystansu do współpracowników, co niektórzy traktują jako wyniosłość. Ale osoby, które z nim pracowały, mają też inną interpretację. – To zawodowy dyplomata, wie, że w kontaktach służbowych trzeba zachowywać się inaczej niż w prywatnych relacjach – mówi Jarosław Rybak, były rzecznik BBN.

Tarcza, której budowę w Polsce Waszczykowski negocjuje z Waszyngtonem, ma być ukoronowaniem jego dyplomatycznej kariery. Waszczykowski ma 50 lat, to czas, gdy zaczyna się myśleć o tym, co pozostawi się po sobie. W 2007 roku upada rząd PiS, ale Waszczykowski – który nie jest przecież politykiem – pozostaje na stanowisku i kontynuuje swoją misję w ministerstwie kierowanym przez Radosława Sikorskiego.

Sikorski zna Waszczykowskiego jeszcze z lat 90. Ceni go jako fachowca, który świetnie zna angielski, ale jest też doskonale przygotowany do pracy od strony merytorycznej. Przed laty miała ich do siebie zbliżyć proamerykańska postawa. A jednocześnie to właśnie stosunek do USA zmieni ich w zajadłych wrogów.

Rok 2008. Druga kadencja George'a W. Busha powoli się kończy. Wszystko wskazuje na to, że po ośmiu latach rządy w Białym Domu przejmą demokraci. Przedłużające się negocjacje ws. tarczy niepokoją prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który wysyła do USA swoich urzędników – Annę Fotygę i Mariusza Handzlika. Rząd odpowiada, że prezydent powinien pozwolić pracować Waszczykowskiemu, w końcu wcześniej wchodził w skład rządu PiS.

Tuż po wizycie Fotygi Waszczykowski przywozi do Warszawy projekt umowy ws. tarczy. Umowa zakłada instalację – na koszt Amerykanów – elementów systemu antyrakietowego w Polsce połączoną z objęciem Polski systemem obrony przeciwrakietowej. Jednocześnie Amerykanie zgadzają się na czasowe przekazanie Polsce systemów Patriot. W prasie pojawia się informacja o zakończeniu negocjacji z Amerykanami.

To moment, który zaważy na dalszych losach przyszłego szefa MSZ. Rząd nie przyjmuje oferty entuzjastycznie. Wątpliwości budzi fakt, że obecność systemów Patriot w Polsce ma być tylko czasowa. Ale – zdaniem Waszczykowskiego – najważniejszym problemem dla rządu jest fakt, iż musiałby ogłosić zamknięcie negocjacji tuż po wizycie prezydenckich ministrów w USA – co stwarzałoby wrażenie, że tarcza jest sukcesem prezydenta.

Waszczykowski zostaje odsunięty od negocjacji, ma zostać wysłany jako ambasador na placówkę do Egiptu. Postanawia jednak walczyć o tarczę – i udziela głośnego wywiadu „Newsweekowi". W rozmowie z tygodnikiem mówi wprost, że rząd poświęca tarczę w imię politycznej rozgrywki z Pałacem Prezydenckim. Przekonuje, że wynegocjowana przez niego umowa „winduje Polskę na poziom relacji z USA, które mają Wielka Brytania, Izrael czy Turcja". Podkreśla, że Amerykanie zobowiązują się bronić Polski całym swoim potencjałem wojskowym. Dla urzędnika i dyplomaty upublicznienie takich informacji i otwarte wystąpienie przeciwko własnym przełożonym to pocałunek śmierci. Sikorski wysyła mu SMS-a: „Wiesz, co to znaczy".

Po latach Nowak w swojej książce napisze o Waszczykowskim, że gdy zaczynał karierę, „starał się pozyskiwać zasługi w oczach przyszłego kierownictwa". Ale w tym wypadku chodziło raczej o ratowanie tego, co miało być zwieńczeniem jego dyplomatycznej kariery. PO niedawno wygrała wybory, powrót do władzy PiS wydawał się bardzo mało prawdopodobny, więc taktyczne byłoby milczenie. Waszczykowski jednak zagrał va banque.

Wybucha polityczna afera. Media ujawniają, że gdy prezydent Kaczyński dowiedział się o odrzuceniu oferty Amerykanów, wezwał do siebie Sikorskiego i Waszczykowskiego i zażądał wyjaśnień. To podczas tego spotkania pod adresem Sikorskiego pada słynne pytanie: Czy zna pan Rona Asmusa? Prezydent podejrzewa, że rząd porozumiał się z demokratami i torpeduje dopięcie negocjacji ws. tarczy, czekając na zmianę lokatora w Białym Domu.

Przełom trzeci: nie zabijajcie nas

Waszczykowski trafia do BBN. Po raz pierwszy staje się figurą na politycznej szachownicy, choć – jak wspomina Jarosław Rybak – nie sprawia wrażenia, by chciał angażować się w politykę. Bliżej mu do roli eksperta. – Bardzo konkretny – odpowiada były rzecznik BBN, gdy pytam go o Waszczykowskiego w tamtym okresie. – Starał się unikać zabierania głosu w sprawach, na których się nie znał – dodaje mój rozmówca.

Po katastrofie smoleńskiej i wygraniu wyborów prezydenckich przez Bronisława Komorowskiego zostaje zdymisjonowany. Nowy szef BBN gen. Stanisław Koziej na odchodne miał mu powiedzieć, że „ i tak za jakiś czas spotkają się na jakiejś konferencji jako niezależni eksperci". Waszczykowski znajduje się na poważnym zakręcie. Formalnie wciąż jest pracownikiem MSZ przebywającym na bezpłatnym urlopie. Kiedy jednak chce wrócić do resortu, dowiaduje się, że „nie ma możliwości wyznaczenia mu stanowiska odpowiadającego jego kwalifikacjom i przygotowaniu zawodowemu". Jest jasne, że w ministerstwie kierowanym przez Sikorskiego nie ma czego szukać.

Na emeryturę jest jeszcze za młody, a jednocześnie trudno w wieku 53 lat zaczynać zupełnie nowe życie. O jego dalszych losach przesądza oferta, którą otrzymuje od PiS – bezrobotny Waszczykowski zostaje kandydatem PiS na prezydenta Łodzi. Jest spadochroniarzem – bo choć studiował w Łodzi, od lat związany jest z Warszawą. Ale na pytanie o luźne związki z miastem odpowiada, że „nie będzie pytał, gdzie urodzili się jego konkurenci". Tak Waszczykowski-dyplomata zmienia się w Waszczykowskiego-jastrzębia PiS.

Całej Polsce przypomina o sobie po zabójstwie Marka Rosiaka, asystenta europosła Janusza Wojciechowskiego. – Zaczyna się zabijanie opozycji. Nie zabijajcie nas, chcemy pracować dla demokratycznej Polski. Wróćmy do normalnych zasad funkcjonowania polskiego państwa – apeluje. Nawet politycy PiS przyjmują te słowa z mieszanymi uczuciami – niektórzy widzą w nich niepotrzebne okazywanie słabości. Waszczykowski prezydentem Łodzi nie zostaje – przegrywa zarówno z kandydatką PO Hanną Zdanowską, jak i kandydatem SLD Dariuszem Jońskim. Kampania pozwala mu jednak zaistnieć na politycznej scenie. W 2011 roku zaczyna pracę w związanym z PiS think tanku, Instytucie Sobieskiego, a jesienią tego roku, startując z pierwszego miejsca na łódzkiej liście PiS w wyborach do Sejmu, zostaje posłem. Wtedy też zostaje członkiem Prawa i Sprawiedliwości.

Jako polityk opozycji staje się naczelnym krytykiem Sikorskiego. Ministrowi zarzuca to, że jego polityka nie zwiększa bezpieczeństwa Polski. Oceniając jedno z exposé szefa MSZ stwierdza, iż „założenia (polityki zagranicznej) nie odpowiadają ambicjom naszego państwa i nie zrealizują naszych interesów narodowych". Zarzuca Sikorskiemu uprawianie „marnej publicystyki" i drwi, że szef dyplomacji jest „Napoleonem polskiej polityki tylko w prześmiewczych artykułach prasowych". Sikorski odwdzięcza mu się stwierdzeniem, że Waszczykowski jest „jego największą pomyłką personalną".

Przełom czwarty: minister

Kiedy PiS wygrywa wybory w 2015 roku, Waszczykowski nie jest wcale pierwszym kandydatem do objęcia teki MSZ. Przed wyborami prezydenckimi wydaje się, że najbliższy teki szefa dyplomacji w przypadku wygranej PiS jest Krzysztof Szczerski – ale ten trafia do Kancelarii Prezydenta Andrzeja Dudy. Kazimierz Michał Ujazdowski, również rozpatrywany jako potencjalny szef dyplomacji, ostatecznie odpada jako polityk zbyt mało zaufany. Z kolei Ryszard Legutko, którego w fotelu szefa MSZ miał widzieć Jarosław Kaczyński, podobno nie przyjmuje tego stanowiska. Tak Waszczykowski zostaje ministrem.

Podobno na pierwszym posiedzeniu rządu Waszczykowski miał apelować, by wszyscy członkowie gabinetu Beaty Szydło pamiętali, że nie są już politykami opozycji i dlatego powinni uważniej ważyć słowa. Jak się okazało, jednym z pierwszych, którzy nie posłuchali tego apelu, był jego autor.

Lista wpadek Waszczykowskiego jest długa. Najpierw „sławę" przynosi mu wywiad dla „Bilda", w którym tłumaczy, że „świat nie musi według marksistowskiego wzoru poruszać się w kierunku nowej mieszanki kultur i ras, do świata rowerzystów i wegetarian, którzy stawiają tylko na energie odnawialne". W wywiadzie dla Agencji Reutera sugeruje, że Polska mogłaby zgodzić się na ograniczenie świadczeń dla emigrantów z UE na Wyspach, gdyby Wielka Brytania poparła Polskę w staraniach o zwiększenie obecności NATO w naszej części Europy (kiedy sprawa staje się głośna stwierdzi, że Reuters dokonał nadinterpretacji jego słów). Ówczesnego przewodniczącego PE, a dziś kandydata na kanclerza Niemiec Martina Schulza nazywa „słabo wykształconym i słabo zorientowanym w politycznym świecie" oraz „skrajnym lewakiem". Senatorowi Johnowi McCainowi, który podpisał się pod listem wyrażającym obawę o stan demokracji w Polsce, zasugerował, że „podpisał list niezbyt świadomie" i „został wprowadzony w błąd". Na pytanie Roberta Mazurka w RMF FM o to, czy – z perspektywy Brexitu – nie było błędem uczynienie z Wielkiej Brytanii strategicznego sojusznika, odpowiadał pytaniem: „Gdzie ten Brexit nastąpił?".

Podczas szczytu ONZ przekonywał, że rozmawiał z przedstawicielami nieistniejącego państwa San Escobar (w rzeczywistości chodziło o karaibskie państwo Saint Kitts i Nevis). A gdy starał się o poparcie dla kandydatury Jacka Saryusza-Wolskiego na stanowisko szefa RE wypalił, że nie wie, ile państw popiera kandydata rządu PiS i nie interesuje go to, bo nie kolekcjonuje poparcia. A gdy Tusk został szefem RE, Waszczykowski porównał Unię Europejską do Układu Warszawskiego, ubolewając, że nie przestrzega się w niej zasad i zapowiedział „drastyczne obniżenie zaufania do UE".

Mało? Waszczykowski postanowił być równie aktywny w kwestiach niedotyczących polityki zagranicznej. Byłego prezesa TK Andrzeja Rzeplińskiego Waszczykowski porównał do „ajatollaha z Iranu", o Lechu Wałęsie mówił, że „mógł być sterowaną marionetką", a pytany o czarny protest odpowiadał: „No niech się bawią". Z Waszczykowskiego-dyplomaty pozostało niewiele.

Media odwoływały Waszczykowskiego ze stanowiska już kilka razy. Jego dni wydawały się policzone, gdy – na samym początku sporu o TK – zaprosił do kraju Komisję Wenecką, która stanęła po stronie Trybunału. Wówczas nawet Kaczyński uznał, że szef MSZ popełnił błąd. Premier Beata Szydło skarciła go za słowa na temat czarnego protestu, podkreślając, że minister powinien w takiej sytuacji raczej tonować emocje. A po tym, gdy ostatnio Waszczykowski stwierdził, że są ekspertyzy, które wskazują, iż wybór Tuska na stanowisko szefa RE był nielegalny, jego własny wiceminister Konrad Szymański przyznał, że nie wie, co Waszczykowski miał na myśli.

Od osoby, która zna Waszczykowskiego jeszcze z czasów, gdy nie był politykiem PiS słyszę, że jest on świadom tego, że szef MSZ nie powinien się tak zachowywać. Ma to być jednak cena, którą płaci za to, że może piastować to stanowisko, ponieważ jako historyk dyplomacji wie, iż nazwiska szefów resortu dyplomacji zapisują się w historii. Waszczykowski musi być świadom, że poza PiS czeka go już tylko emerytura. Stara się więc odnaleźć w nowych warunkach.

– Nasiąknął klimatem panującym w PiS – ocenia dr hab. Jarosław Flis z Uniwersytetu Jagiellońskiego. I dodaje, że Waszczykowski realizuje strategię, o której w półoficjalnej rozmowie mówił mu jeden z polityków PiS, a która polega na tym, że te działania, które wywołują irytację opozycji, są uznawane za słuszne. Dr Flis zauważa jednocześnie, że dotychczas stanowisko szefa MSZ było stanowiskiem szczególnym – wrogami publicznymi dla opozycji byli zazwyczaj bardziej „wewnętrzni" ministrowie, ponieważ sprawy zagraniczne uważano za element ponadpartyjnej racji stanu. – Być szefem MSZ i być jednym z najmniej popularnych ministrów – to jest osiągnięcie – ironizuje dr Flis.

Podobno odwołania Waszczykowskiego domagają się politycy PiS związani z wicepremierem Mateuszem Morawieckim. On sam zaś ma starać zbliżyć się do środowiska Antoniego Macierewicza. Stąd ma się brać agresywna i konfrontacyjna retoryka. Na razie mu się udaje, bo dymisję wręczają mu głównie media. – Witold Waszczykowski jest w tej chwili jednym z ministrów najbardziej zapracowanych i też ma najtrudniejszy odcinek zmian. I pan minister tutaj podejmuje działania, które oceniam pozytywnie z punktu widzenia naszych interesów – stwierdziła kilka dni temu Beata Szydło.

– Jak Bóg i partia pozwoli – tak przed rokiem minister odpowiadał na pytanie, czy wybiera się na posiedzenie Komisji Weneckiej, na którym miał być przedstawiony raport ws. sytuacji w TK. Wtedy partia nie pozwoliła, ale ogólnie pozwala mu na wiele.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA