fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Prof. Góralczyk: Po pandemii czas na Zielony Ład?

Czas na głęboką refleksję, gdy nadwerężony klimat praktycznie codziennie daje o sobie znać, czy to pozbawiając nas wody podczas długiej suszy, albo z kolei zalewając nas gwałtownie, czy też zabierając nam śnieg i mróz
Getty Images
Prostej alternatywy dla wszechmocnego i wszechobecnego kapitalizmu nie ma. Jak wiemy, niektórzy próbowali jej szukać – z opłakanym skutkiem. Ale przecież kapitalizm niejedno ma oblicze, a widmo klimatycznej zagłady już puka do naszych drzwi.

Jesteśmy dziećmi epoki Oświecenia i jej wartości. To nie natura, lecz człowiek miał rządzić światem: niezależny, racjonalny, krytyczny, nierzadko wręcz erudyta. To nie prawa natury, lecz prawa człowieka miały decydować o naszej przyszłości. To wtedy uwierzyliśmy, że wszystko uda się objąć rozumem, że będziemy panować nad światem i jego prawami, a zarazem, jak Pan Bóg przykazał, „uczynimy Ziemię sobie poddaną". Człowiek zapra-gnął odebrać Bogu przymioty boskości. Demiurgiem mieliśmy zostać my. Niebywały to akt zarozumialstwa, hucpy i pychy z naszej strony.

Co gorsza, przekonani o swojej racjonalności, rozsądku i trzeźwym rozeznaniu sytuacji, od tamtej pory stale się rozpędzaliśmy. Doszło do tego, że nawet u nas, przecież nie w jądrze industrializacji i modernizacji, poeta Tadeusz Peiper już w roku 1922 wołał: „Miasto, masa, maszyna". To miały być wyróżniki postępu i nowoczesności, wszelkiej metamorfozy czy przebudowy. A nie przyroda, natura i ich odwieczne prawa.




W objęciach mamony

Tej filozofii postępu rozumianego jako ekspansja nigdy się nie pozbyliśmy. Tym bardziej że rynek nakręcał popyt, a wszechstronna i coraz bardziej nachalna reklama wpychała nam podaż z czasem coraz bardziej ujednoliconego, za to taniego towaru powszechnego użytku „dla mas". Wytwarza-nie stało się celem samym w sobie, a potem produkcja u większości, a kapitał wśród elit jedynym miernikiem wartości. Nie zahamował tego nasze-go wilczego pędu wielki kryzys 1929 roku, chociaż przynajmniej Amerykanie wynaleźli wtedy w odpowiedzi swój New Deal, nowy porządek, który obok wyśmiewanych przez Charliego Chaplina taśm produkcyjnych dał przynajmniej pierwsze parki narodowe i co najmniej u niektórych wywołał poczucie odpowiedzialności za stale atakowaną przyrodę.

Jeszcze większego, niebywałego rozmachu i rozpędu nabraliśmy podczas drugiej rewolucji przemysłowej, zwanej informatyczną, gdy rozzuchwa-leni nowymi wynalazkami, internetem, telefonią komórkową, telewizją satelitarną i wieloma innymi, doszliśmy do przekonania, iż nie ma granic umysłu ludzkiego. Owszem, może i nie ma granic dla naszej wynalazczości (oby tak było!), ale najwyraźniej natrafiamy na inne granice i bariery: zdolności adaptacyjnych naszych nadkruszonych i ciągle przez nas atakowanych ekosystemów oraz wydolności zasobów planety, które nie są nie-skończone.

Ostatnie dekady upłynęły nam pod dominacją nurtu neoliberalnego w ekonomii, czyli pełnej supremacji rynku z maksymalnym odrzuceniem roli państwa, sektora publicznego i usług publicznych (nawet zdrowie, komunikacja i nauka poddane zostały presji ujednolicającego walca, przez Jose-pha Stiglitza i innych nazywanego „fundamentalizmem rynkowym"). Forsowany po rozpadzie ZSRR przez „jedynego szeryfa" – USA oraz instytucje systemu Bretton Woods (Bank Światowy, MFW), uzależnione bardziej od niego niż od formalnego gospodarza, osłabionego ONZ, ten nowy nurt znalazł sobie kolejnego demiurga: sektor prywatny, oparty o idący w ślad za nim kult pieniądza. Obok państwa minimum („byleby tylko była ciepła woda w kranie") nadeszła prywata, egoizm, a nawet hedonizm. Ten się liczył, kto miał więcej. A kto nie miał – ten na przemiał, by ukuć jeszcze jeden częstochowski rym.

Podaż, reklama, konsument, wartość rynkowa, komercja, komercjalizacja, wszystkie ukryte pod ogólnym terminem „globalizacja" – to słowa klu-cze czy pojęcia wytrychy tej nowej mantry. Natomiast korporacja, fundusze inwestycyjne czy hedgingowe oraz banki to jej nowe świątynie.




Dziewięć najgroźniejszych słów

Wolność przestała być rozumiana jednostkowo, tylko w ramach wszechobecnego procesu produkcji oraz bezpardonowej walki o zysk i pieniądz. Nawet utworzona w szczytowym momencie triumfu Zachodu i „jednobiegunowej chwili" amerykańskiej dominacji Unia Europejska oparła swój porządek na „czterech wolnościach", czyli swobodnym przepływie towarów, kapitałów, usług i ludzi. Dobrze, że na końcu dodano tych ludzi, cho-ciaż i tu rozumiano ich przede wszystkim jako przepływ siły roboczej...

Niby zwycięski i triumfujący na wszystkich azymutach kapitalizm utrzymał różne oblicza, występując w wersji reńskiej i skandynawskiej, a nawet azjatyckiej (kapitalizmu państwowego i państwa rozwojowego), ale nad wszystkimi jego odmianami zawisło widmo niekontrolowanej przez nikogo, niewidzialnej ręki rynku, który miał być jedynym sprawiedliwym regulatorem. Niby podejścia są inne, a niektóre wersje czy odmiany kapitalizmu uwzględniają – w różnym stopniu – interwencjonizm państwowy, ale i tak rację zdaje się mieć znany zachodni ekonomista serbskiego pochodzenia Branko Milanovic, w swej najnowszej książce twierdząc „Capitalism, Alone" – kapitalizm został sam na scenie (no, może poza Koreą Północną, bo nawet na Kubę jedzie z turystami).

Ten system, oparty na nadrzędnej zasadzie zysku, stał się uniwersalny. A z zyskiem, niestety, związane są nie tylko konkurencja czy dominacja, ale też takie „przymioty", jak zawiść, zazdrość, odbieranie innym honoru albo stygmatyzowanie tych, co myślą lub czynią inaczej jako nierobów, zło-dziei, nieudaczników czy pasożytów, godnych pogardy – lub co najwyżej umowy śmieciowej.

Dziś już widzimy katastrofalne skutki tak pojmowanej filozofii: rozwarstwienie, atrofia, brak zaufania, a przede wszystkim upadek autorytetu (i mocy) państwa. Neoliberalną mantrę bodaj najtrafniej ujął jej polityczny guru Ronald Reagan, mówiący o „dziewięciu najgroźniejszych słowach po angielsku", czyli formule „Jestem z rządu i przyszedłem tu po to, by pomóc" (w oryginale: „I'm from the government and I'm here to help").

W efekcie, po kilku dekadach dominacji tej opcji mamy do czynienia nie tylko z gwałtownym rozwarstwieniem dochodowym, nienasyconą żądzą pieniądza, niepohamowaną pogonią za zyskiem, ale też słabością państwa i sektora usług publicznych, jako że z kryzysu 2008 roku najwyraźniej nie wyciągnęliśmy – jeszcze! – należytych wniosków. Dlatego też, co już widać i czuć, jako pierwszego antidotum w poszukiwaniu alternatywy należy spodziewać się wzmocnienia roli państwa. Problem w tym, pod jakim przywództwem. Czy już jesteśmy skazani na „czas autokratów", jak to określił renomowany magazyn „Foreign Affairs", wskazując na okładce Donalda Trumpa, Władimira Putina, Xi Jinpinga, Recepa Tayyipa Erdogana, Rodriga Duterte i Viktora Orbána? Czy tylko na takich nowych przywódców będziemy skazani?

Przetrwać jako gatunek

Tym razem mamy kryzys nieco innej natury: przyszło nam się zmierzyć z bezprecedensową pandemią. Jeszcze długo się będziemy kłócić i dociekać, co było jej przyczyną i dlaczego do niej doszło. Jednakże wymiana zdań na Twitterze dowodzi, że nawet w tej kwestii pojawia się widmo „nowej zimnej wojny domowej" i rywalizacji czy konkurencji mocarstw. Prezydent USA Donald Trump pisze bowiem o „obcym pochodzeniu" zakażeń, a sekretarz stanu Mike Pompeo dopowiada, że to „wirus z Wuhanu". Na co z kolei reaguje rzecznik chińskiego MSZ Zhao Lijian, dając do zrozumienia, że to być może „armia amerykańska ściągnęła wirus do Wuhanu", gdy jej przedstawiciele byli tam na ćwiczeniach w październiku ubiegłego roku (źródła z Hongkongu podają, że pierwszy przypadek był już 17 listopada; zmarły na wirusa bohater chińskiego internetu dr Li Wenliang ostrzegał przed nim pod koniec grudnia, co wiemy na pewno).

Covid-19 stawia przed nami nowe, ogromne wyzwanie, być może większe niż kryzys z 2008 roku, z którego jeszcze do końca nie wyszliśmy. Nie jest przesądzone, czy zwycięży – raz jeszcze – odwieczna rywalizacja (o hegemonię, prestiż i status), czy też – teraz niezbędna – kooperacja. A jeśli ta druga, to kto ma być liderem, gdy Angela Merkel odchodzi, Emmanuel Macron ma kłopoty w domu, Boris Johnson pochłonięty jest brexitem, a Donald Trump wszedł w kampanię wyborczą? Chińczycy i przywódcy ze świata niezachodniego?

Istnieją obawy, że znowu może zwyciężyć logika konkurencji i przechytrzania przeciwnika, a nie – dziś już niezbędna – logika bezpieczeństwa ko-operacyjnego, wymyślonego pod koniec ubiegłego stulecia przez ekspertów Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, przejętego przez NATO, a polegającego na systemie współzależnych i współpracujących ze sobą podmiotów. To kolejna, po gospodarce, dziedzina, gdzie czas na zmianę paradygmatu. Na przestrzeni dziejów było bowiem tak, że walczyliśmy o bezpieczeństwo jednostkowe, grupowe, klanowe, krajowe czy narodowe, a czasami nawet (w ramach sojuszy) międzynarodowe. Tymczasem dziś, w epoce broni masowego rażenia, pandemii, masowych migra-cji, masowej turystyki, zagrożeń ekologicznych i zagrożeń klimatu trzeba mówić o bezpieczeństwie globalnym i zastanawiać się nad tym, jak im – wspólnie, bo nie znają granic – zaradzić. Najwyższa pora, Covid-19 wykazał to jak na dłoni, pomyśleć o tym, jak przetrwać jako gatunek ludzki i ocalić nasze życie na planecie Ziemia.

Tym bardziej w czasach, gdy do rozwiniętych państw Zachodu chcą doszlusować „wschodzące rynki", jak po 2008 roku, niczym za pociągnięciem magicznej różdżki, nazwaliśmy dawne kraje Trzeciego Świata, począwszy od Chin, Indii i Indonezji – trzech z czterech najludniejszych krajów na globie, Otóż nawet eksperci chińscy i hinduscy piszą i mówią wprost, że jeśli ich wielkie państwa, a w zasadzie kontynenty, z liczbą ludności szaco-waną na 1,4 mld każdy, zechcą wejść na ścieżkę „amerykańskiego sposobu życia" (a już chcą), co oznacza wielki apartament w śródmieściu, daczę za miastem i samochód, najlepiej SUV, dla każdego mieszkańca rodziny, to nasza planeta jest na to za mała, nie da rady. Potrzeba nam ze dwóch no-wych planet, a najlepiej pięciu, jak to ujęli w ważnej książce wydanej w New Delhi na początku tego roku dwaj hinduscy eksperci Shashi Tharoor i Samir Saran („Nowy ład światowy a imperatyw Indii").

Nie było problemu, co pamiętam z autopsji sprzed czterech i więcej dekad, gdy Chińczycy i Hindusi jeździli na rowerach i rikszach, jest problem dziś, gdy korki komunikacyjne tam są większe niż u nas, co wiem z częstych wyjazdów. Przy czym, jeśli nie ulegniemy logice teorii spiskowych, to koronawirusa nie musimy wiązać z polaryzującą nas współczesnością, bo przecież czarna ospa czy hiszpanka siały spustoszenie w zupełnie innych czasach i wiązały się bardziej z higieną i jej brakiem niż globalizacją.

Jest za to pewne, że rozprzestrzenienie się i pandemia Covid-19 są jak najbardziej związane z tym, co uznaliśmy już za – nieodwołalne? – przymio-ty współczesności: szybkim przemieszczaniem się, bezprecedensową internacjonalizacją życia i produkcją z off-shore, łańcuchami dostaw (w tym leków z Chin płynących do Europy), transnarodowymi korporacjami i usługami. Obawiam się, że nie tylko premier Węgier Viktor Orbán może wy-stąpić z tezą, iż „uchodźcy niosą wirusa". To kolejna, po murach i zasiekach na granicach, pokusa powrotu do nacjonalizmu gospodarczego (i nie tylko).

Ten kryzys, niczym migranci masowo płynący do Europy w 2015 roku, może – oby nie! – przynieść kolejny wysyp populistów, demagogów i na-cjonalistów, czerpiących z ludzkich lęków. Stajemy przed nie lada wyzwaniem: albo rozsądek i pragmatyzm, albo oni. Stawka będzie wysoka tym bardziej w kontekście raczej nieuniknionej recesji. Bo rynki z tego wstrząsu pod nazwą Covid-19 łatwo się nie podniosą (Argentyna i Liban już zawie-siły spłaty długów; pewnie nie będą odosobnione).

Planeta w ogniu

Czas na głęboką refleksję w chwili, gdy nadwerężony klimat praktycznie codziennie daje o sobie znać, czy to wyjąc w trakcie wichury, czy pozbawiając nas wody podczas długiej suszy, albo z kolei zalewając nas gwałtownie, czy też zabierając nam śnieg i mróz, o czym najstarsi z nas nie pamiętają. W roku bieżącym, gdy mamy za sobą zimę bez zimy, a słowa te są pisane w czasach globalnej pandemii, trzeba postawić sobie jak nigdy dotąd otwarte pytanie: dokąd zmierzamy – jako ludzkość i jako planeta w ogóle? Niektórzy, wybrani, nawet u nas, jak przykładowo (także na tych łamach) Andrzej Szahaj, Przemysław Wielgosz czy Tadeusz Klementewicz takie pytania stawiają.

Czy jesteśmy w stanie zmienić istniejący paradygmat, pyta w najnowszej, świeżo wydanej książce „On Fire" (W ogniu) znana i u nas pisarka i eko-logiczna aktywistka Naomi Klein. Czy potrafimy odejść od założenia, że głównymi wartościami są pieniądz, zysk i walka o nie, a nie solidarność ro-dzaju ludzkiego oraz z otaczającą nas naturą, poddawaną właśnie od Oświecenia i pierwszej rewolucji przemysłowej bezustannej – i ciągle rosnącej – presji? Czy oderwiemy się od dotychczasowego poglądu, wręcz szablonu, zgodnie z którym „zasoby Ziemi są niewyczerpane", a nasze możliwości też?

„Jedyną granicą naszej wolności jest wolność innych ludzi" – powiada neoliberalna maksyma. O przyrodzie, naturze, ekosystemach nadal nic. No, chyba że wstąpiliśmy na czyjąś prywatną działkę... Wtedy to już zupełnie inna rozmowa, a nawet groźba postawienia przed sądem. Tymczasem Ziemia krzyczy. Zegar biologiczny został naruszony. Grzyby zbieramy w listopadzie, a nawet zimą, której nie ma. Kwiatki nam kwitną w lutym, a ptaki zgubiły się i nie wiedzą, kiedy zakładać gniazda.

Nic dziwnego po tym, jak w 2019 roku mieliśmy bezprecedensowe pożary w Australii, wycinane na potęgę pierwotne lasy tropikalne w Amazonii, na Borneo i w Kongu płonęły na jeszcze większą skalę niż poprzednio, a gejzery ognia w Kalifornii czy na Półwyspie Iberyjskim stały się już tak po-wszednie, że nikogo nie poruszają – poza mieszkającymi tam ludźmi. A kto jeszcze pamięta, że przed rokiem walczyliśmy z niebywałym smogiem, choć na agendzie pozostała walka o czyste powietrze. Albo o pożarach w Grecji w lecie 2018 roku? Nikogo też, poza specjalistami, za bardzo nie poruszył potężny, trwający wiele tygodni pożar na Syberii, obejmujący obszar wielkości Beneluksu (według ocen Greenpeace dał tyle dwutlenku węgla, co roczne spalanie paliwa przez 36 mln samochodów), ani tym bardziej brak śniegu i mrozu w lutym nawet w Moskwie. Niektórzy nawet otwarcie się cieszą, wołając: „Mamy więcej słoneczka".

Nowy paradygmat?

Covid-19 bardziej lub mniej bezpośrednio dotknął prawie nas wszystkich. Kwarantanna lub zamknięcie masowych imprez to najlepsza pora na zasta-nowienie, refleksję, postawienie pytania zbyt rzadko stawianego: „co dalej?". Prostej alternatywy dla wszechmocnego i wszechobecnego kapitali-zmu nie ma. Jak wiemy, niektórzy próbowali – z opłakanym skutkiem. Chociaż krytyki Karola Marksa dotyczące wczesnych faz kapitalizmu nabierają dzisiaj nowych wartości i znaczeń.

Tak, ten czas pracuje na rzecz Berniego Sandersa, nurtów lewicowych i ekologicznych. Warto teraz mocniej zainteresować się rozwijaną w Niem-czech i Wielkiej Brytanii, a niemal równolegle w USA i Kanadzie koncepcją Nowego Dealu – Ekologicznego czy Zielonego (Green New Deal). W USA jest on forsowany przez Alexandrię Ocasio-Cortez i większość demokratycznych członków Izby Reprezentantów oraz senatora Eda Markeya, a nagła-śniany przez wpływowych publicystów.

Jego zwolennicy postulują, wzbudzając spore kontrowersje, m.in. zwiększenie roli opiekuńczej państwa, zakresu świadczeń socjalnych, otwarty bój z zaśmiecaniem planety (w tym przede wszystkim plastikiem), szybsze przechodzenie na alternatywne źródła energii oraz całkowitą zmianę istniejącej infrastruktury komunikacyjnej, z przejściem na źródła solarne i wiatrowe oraz samochody elektryczne. A ich główne cele to: powszechna opieka zdrowotna, gwarantowana praca na etacie, prawo do zamieszkania w godziwych warunkach, obowiązkowa szkoła średnia, a także „sto procent energii ze źródeł odnawialnych do 2030 roku".

Utopia? Republikańscy oponenci naturalnie tak twierdzą. W świetle dominującego dotychczas neoliberalnego nurtu oraz w oczach wołającego „America First" Donalda Trumpa to niewątpliwie wywrotowcy, jeśli nie ludzie niespełna rozumu. Czy jednak odejście przez obecną amerykańską administrację od wywalczonego z trudem wielkiego porozumienia klimatycznego z Paryża (COP21) jest bardziej rozumne?

Ten wyłaniający się nowy nurt proponuje wreszcie, choć między wierszami, odejście od azymutu nakreślonego w epoce Oświecenia – „czyń sobie Ziemię poddaną". Co ciekawe (dające nadzieję?): równocześnie podobne postulaty można znaleźć w Chinach, które najpierw środowisko naturalne w fazie wysokiego wzrostu (1978–2015) dokumentnie zniszczyły, a teraz stają się liderami walki o „zieloną ekonomię" (jedna z książek prominent-nego przedstawiciela tego nurtu, prof. Hu Anganga, ukazała się nawet po polsku). Czy nie za późno? No, a przede wszystkim: czy jesteśmy w stanie zmienić swoją mentalność wojowników czy odkrywczych pionierów ciągle poszukujących nowych pastwisk do podboju i lasów do wycięcia? Być może rację miał przedwcześnie zmarły teoretyk kultury i filozof Mark Fisher (1966–2017), twierdząc, że „łatwiej można sobie wyobrazić koniec świata niż koniec kapitalizmu". Ale przecież kapitalizm niejedno ma oblicze, a widmo ekologicznej czy klimatycznej zagłady już puka do naszych drzwi. Już dziś, choć do końca daleko, a ostateczny wynik nieznany, jest pewne, że kryzys wywołany przez koronawirusa będzie miał dalekosiężne skutki: gospodarcze (łańcuchy dostaw i żelazne dotąd prawa globalizacji!), socjalne (mobilność, opieka zdrowotna), geostrategiczne i dyplomatycz-ne, a oby także mentalne i świadomościowe. Potężny, globalny wstrząs Covid-19, czyli przejaw lub raczej najnowsza odsłona odwiecznej walki człowieka z naturą, niesie bowiem ze sobą jedno, wielkie przesłanie: czas na zmianę! 

Prof. Bogdan Góralczyk jest dyrektorem Centrum Europejskiego UW, członkiem Komitetu Prognoz przy Prezydium PAN

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA