fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Lasota: Ręce opadają

Czterdzieści mniej więcej lat temu zapisałam się do Amnesty International. Działałam w grupie koordynującej pomoc więźniom w Sowietach.

Amnesty była jakoś tam lewicowa, ale przymykała na nas oczy. Po pewnym czasie założyliśmy wschodnioeuropejską grupę koordynacyjną, do której chciałam dołączyć Kubę, uważając, że ważniejsze są ustroje polityczne niż granice geograficzne. Centrala nie tylko nie dała nam Kuby, ale też stwierdziła, że nie mogę takiej grupy zakładać, bo sama pochodzę z tego rejonu. Wyjaśniło się, że chodzi o miejsce urodzenia, a nie miejsce odsiadywania kary, więc jako urodzona w kapitalistycznej Europie grupę zdołałam jednak założyć.

Niedługo potem centrala w Londynie mianowała na stanowisko szefa działu dochodzeń całej AI dziekana wydziału prawa na uniwersytecie w Tasmanii, autora wielu książek, Dereka Roebucka. Bardzo sympatyczny, przystojny, miał w oczach moich i moich przyjaciół jedną tylko wadę: był aktywnym członkiem partii komunistycznej. Gdy podniosła się wokół tego (niewielka) wrzawa, Roebuck wielkodusznie zaproponował, że może wystąpić z partii. Na nic zdały się nasze listy tłumaczące, dlaczego komunista nie jest najlepszym człowiekiem na tym stanowisku. Roebuck został, a ja demonstracyjnie odeszłam. Może rok później zadzwonił do mnie znajomy z Londynu. – Możesz wracać do Amnesty – powiedział – Roebucka już nie ma, został wyrzucony. – Szpiegował? – spytałam. – Nie, jeszcze gorzej, spał z żoną swojego kolegi.

Przyznaję, że ogromnie mi zawsze przeszkadza zarówno mianowanie kogoś na jakieś stanowisko bez uzasadnionego powodu, jak i zwalnianie kogoś nie za to, co jest jego głównym przewinieniem. Ten zwyczaj, przeniesiony ze Związku Sowieckiego, zaczął się w Polsce po 1945 roku. Najpierw był bardzo widoczny i przeszkadzał, potem większość ludzi się do tego przyzwyczaiła, niektórzy to polubili, a potem stał się częścią życia i nie uległ likwidacji po 1989 roku. Czasami mam nawet wrażenie, że jeszcze się nasilił.

Demokracja, antykomunizm, pluralizm oparte są, muszą się opierać na konkursach, na wyborach najlepszych ludzi na dane stanowisko. Strach przed konkursami, obawy, że przyjdzie ktoś obcy, „nie nasz" i zostanie dyrektorem „naszej" placówki, jest chorobą polityków, nawet tych, a może zwłaszcza tych, którzy głoszą, że są przeciwko nepotyzmowi, kumoterstwu czy świeckiej symonii. To, że tak postępowała „Solidarność", SDKPiL (czy jaki tam mają teraz skrót) czy PO, nie jest żadnym usprawiedliwieniem dla PiS.

Ręce opadają, kiedy czytam artykuł na stronie wPolityce.pl, którego autor Ryszard Makowski jest określony jako satyryk, choć artykuł wygląda na poważny. Autor stawia kilka tez: przede wszystkim, że Polskę ośmiesza spotkanie Mateusza Kijowskiego z amerykańskimi senatorami, którzy nie wiedzą o kłopotach alimentacyjnych szefa KOD, oraz że ambasador RP w Waszyngtonie Ryszard Schnepf powinien być odwołany, bo nie zorganizował spotkania prezydenta Andrzeja Dudy z prezydentem Barackiem Obamą, czego „wymaga prestiż Polski".

Nie bronię tu ani Kijowskiego, ani ambasadora Schnepfa, ani nawet prezydenta Obamy. Twierdzę tylko, że przyjazd Kijowskiego do Waszyngtonu ośmiesza Polskę nie przez alimenty, ale przez to, że jest przedstawiany jako szef najpotężniejszej formacji opozycji demokratycznej w Polsce. Można, a nawet trzeba pytać jego i neodemokratów, czemu nie protestowali przeciwko czystkom w mediach czy skandalicznej sytuacji w sądownictwie przed grudniem zeszłego roku. Można ich pytać, jak się organizują, czy mają – i skąd – pieniądze, jak bliskie są ich kontakty z politykami poprzednich ekip i z „Gazetą Wyborczą". Ale alimenty?

Prezydent Obama zaś będzie miał kilkanaście godzin, by przyjąć kilkadziesiąt głów państw na tak zwanym szczycie i zdecydował się na jedno tylko intymne spotkanie – w sprawie Korei Północnej. Prestiż ani Polski, ani Francji, ani Niemiec czy Bułgarii nie będzie naruszony przez to, że prezydent Obama nie spotka się z głowami tych państw. A jeśli ambasadora Schnepfa należy odwołać, to nie za grzech niezorganizowania spotkania z prezydentem Obamą.

Nie pomoże natomiast prestiżowi Polski tajemnicze zdanie autora artykułu o „wpływowych środowiskach żydowskich", które stoją za ambasadorem Schnepfem. Czyżby był to przytyk do ministra Waszczykowskiego? Chyba nie do ambasadora, którego babcia i matka są nagrodzone tytułem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA