fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Paweł Rynkiewicz: Ewa Demarczyk odeszła niespodziewanie

Ewa Demarczyk w swoim teatrze w budynku dawnej ochronki - Bochnia, 1999
Fotorzepa/Łukasz Trzciński
Na celowniku mediów czuliśmy się od lat. Niejednokrotnie mieliśmy wrażenie, że to takie polowanie z nagonką - mówi Paweł Rynkiewicz, menadżer i partner Ewy Demarczyk.

Był pan z Ewą Demarczyk prawie cztery dekady, jak się poznaliście?

Podczas studiów stworzyliśmy z przyjacielem brygadę remontową, co pozwalało nam dorobić do studenckiego życia. Pewnego dnia zadzwonił do mnie, że ma zamówienie na pomalowanie mieszkania i sam nie da rady. Termin mi pasował, podał adres. Na miejscu poznałem właścicielkę mieszkania, była nią Ewa Demarczyk. Podczas trwania remontu sporo rozmawialiśmy, okazało się, że mamy wielu wspólnych znajomych. Tak zaczęła się nasza znajomość, która szybko zmieniła się w coś ważnego dla mnie i, jak się okazało, również dla Ewy.

A jak pan trafił do Teatru Ewy Demarczyk?

Po roku naszej znajomości, oświetleniowiec z jej ekipy zgłosił, że po wakacjach wyjeżdża do Szwecji, bo ma tam zagwarantowaną pracę. Powstał problem, kto w czasie wakacji będzie mógł go zastąpić. Zaproponowałem, że mogę spróbować. Wywołało to zaskoczenie u Ewy. Ale studiowałem na kierunku elektrotechnicznym i zaryzykowaliśmy, premierę miałem w teatrze w Opolu. Ewa wiedziała, co chce uzyskać przy pomocy świateł, a ja wiedziałem jak zrealizować jej wizje. Podobnie czuliśmy scenę i, jak się okazało, podobnie odbieraliśmy nastrój utworów interpretowanych przez Ewę. Nasze długie rozmowy sprawiły, że stopniowo zmienialiśmy oświetlenie w formę scenografii świetlnej. Coś, co wcześniej nie istniało w spektaklach teatralnych. Gdy powstał Teatr jako instytucja, z inicjatywy ówczesnego dyrektora administracyjnego, zacząłem mu towarzyszyć jako jego asystent. Był to dyrektor z dużym doświadczeniem zawodowym w innych instytucjach kultury, bardzo dużo się od niego nauczyłem. Po jego odejściu Ewa, która cały czas była dyrektorem naczelnym i artystycznym, zaproponowała, abym przejął jego obowiązki i tak zostałem dyrektorem – pełnomocnikiem. Upoważniła mnie do prowadzenia wszystkich sprawy organizacyjnych, technicznych, administracyjnych i finansowych. Tak rozpoczęła się nasza współpraca w prowadzeniu Państwowego Teatru Muzyki i Poezji – Teatr Ewy Demarczyk.

A nie ma pan wrażenia, że okazał się on bytem nierealnym, abstrakcyjnym.

Absolutnie nie. Taki pogląd na działalność teatru powstał w przekazach medialnych, gdy wiceprezydent Krakowa postanowiła połączyć Teatr Ewy Demarczyk z Teatrem Ludowym. Ale to już inna, dłuższa opowieść. Podstawowe założenie powołanego do życia Teatru Ewy Demarczyk polegało na stworzeniu impresariatu i miejsca, w którym można w prawidłowych warunkach prowadzić próby muzyczne z ośmioosobowym zespołem. Nasze losy lokalowe różnie się zmieniały. Największa sala prób, jaką na koniec dysponowaliśmy, miała 100 metrów kwadratowych, czyli wymiar sceny w teatrach stacjonarnych. Powołanie teatru jako instytucji państwowej miało zakończyć czas prowizorki. A ta trwała od lat 60. Wynajmowaliśmy salki na próby w Pałacu pod Baranami. Tam w jednej salce stał jeden fortepian, w drugiej - drugi. Między salami wysoki próg uniemożliwiał ich przesunięcie. Kończyło się tym, że w jednej sali grał jeden pianista, a drugi w drugiej, nie widząc się wzajemnie. Czasem okoliczności zmuszały do tego, że Ewa ćwiczyła we własnym mieszkaniu, gdzie przychodziło 3-4 muzyków. Próbowali fragmentami.

W domu pani Ewy był fortepian, bo przecież była z wykształcenia pianistką…

Nie każdy o tym pamięta. Do prób potrzebne były dwa fortepiany. Ministerstwo kultury uznało, że czas skończyć z prowizorką i postanowiło stworzyć godne warunki do przygotowywania spektakli Ewy. Ona wykreowała coś niepowtarzalnego, czasem niedocenianego w Krakowie, ale o randze światowej. Kiedyś w „Le Monde” pojawiła się zapowiedź występów amerykańskiej artystki: „Czym dla świata Islamu jest Umm Kulsum, czym dla Europy Ewa Demarczyk, tym dla Ameryki Mercedes Sosa”. Kraków ma tę przypadłość, że nie zawsze docenia swoich twórców.

W internecie jest reportaż z posiedzenia Rady Miejskiej Krakowa, które wygląda jak sąd kapturowy nad Ewą Demarczyk. Zostali państwo zasypani pytaniami typu; ile spektakli zagrał Teatr w ciągu roku, ilu widzów obejrzało te spektakle, jaka była cena biletów.

Nie chciałbym do tego wracać. Był to żenujący spektakl w wykonaniu radnych z AWS. W relacji telewizyjnej można zobaczyć i wysłuchać, jak bronili teatru radni z UW i SLD udowadniając, że sztuki Ewy Demarczyk nie da się przeliczyć na pieniądze. Pani wiceprezydent bezkarnie podawała fałszywe wiadomości o ogromnym zadłużeniu Teatru, podczas gdy w czasie całej działalności nie poniósł on żadnych strat. Księgowa by na to nie pozwoliła. Nieruchomość została oddana przez miasto w ręce „łowcy pożydowskiego mienia”. Kilka lat później miał on proces za nielegalne przejmowanie kamienic na terenie Krakowa, Bochni i Tarnowa. Sama pani wiceprezydent miała postawione zarzuty o narażenie miasta na straty finansowe.

Dlaczego pani Ewa nie chciała się zgodzić na włączenie swego Teatru w struktury Teatru Ludowego?

Wtedy nie było tajemnicą dla większości osób, że to nic innego jak zakamuflowana likwidacja Teatru.

Był czas, że Ewa Demarczyk z Teatrem przyjęła zaproszenie z Bochni.

Władze Krakowa od jakiegoś czasu rzucały nam kłody pod nogi. Władze, bo słuchacze byli zawsze wierni. Po eksmisji z kina Wisła, Teatr stał się bezdomny. Włodarze Bochni zaprosili nas do siebie i zaoferowali opuszczony budynek po byłym przedszkolu. W świetle kamer telewizyjnych została podpisana umowa współpracy. Na wieść o tym, wiceprezydent Krakowa zarządziła przewiezienie całego majątku Teatru wraz z prywatnym majątkiem Ewy do Teatru Ludowego. Fortepiany zdemontowane do transportu zostały tam ustawione pionowo, wśród nich był świeżo wyremontowany Steinway. My do tego majątku nie mieliśmy dostępu. W Bochni próby zespołu odbywały się na jednym pożyczonym pianinie (nie fortepianie), a za drugi fortepian służył elektroniczny klawiszowiec. Tak dotrwaliśmy do końca istnienia Teatru, do końca lutego 2000 roku. Podjęliśmy próbę kontynuacji w formie stowarzyszenia, lecz nie był to dobry okres dla kultury. W ostatnim roku działalności Teatru otrzymywaliśmy dotację w wysokości 300 tysięcy złotych rocznie, zatrudniając na etatach 12 pracowników w tym 8 muzyków.

Kiedy Ewa Demarczyk zdecydowała o zakończeniu kariery i wycofaniu z życia publicznego?

Zacznę od pytania „co to jest życie publiczne?”. To często powtarzany bon mot. Czy Ewa Demarczyk uczestniczyła w tzw. „życiu publicznym”? Nie udzielała wywiadów, nie wyskakiwała z niebieskiego ekranu na śniadanie, nie pojawiała się w ustawianych sesjach z paparazzi. W wywiadzie z Edwardem Miszczakiem dla TVN wyraźnie powiedziała „nie jestem na sprzedaż”. Nigdy nie uczestniczyła w życiu publicznym, to jak się mogła z niego wycofać. Zawsze powtarzała: wszystko, co mam do powiedzenia, mówię ze sceny. Przypuszczam, że to stwierdzenie o wycofaniu się z życia publicznego wzięło się po tym jak de facto została wyrzucona z Krakowa, bo jak inaczej nazwać wydarzenia na sławetnej sesji rady miasta Krakowa. Oznajmiła, że więcej do Krakowa nie wróci, a słowa zawsze dotrzymywała. Wszystkie zaproszenia na oficjalne uroczystości w Krakowie, premiery i inne wydarzenia kulturalne pozostawiała bez odpowiedzi. Zrobiła tylko jeden jedyny wyjątek, jubileusz jej profesor ze szkoły teatralnej, z którą później się przyjaźniła, pani Marty Stebnickiej.

Ostatni występ Ewy Demarczyk odbył się w 1999 roku w Teatrze Wielkim w Poznaniu, to miało być pożegnanie?

Wtedy tego jeszcze nie wiedzieliśmy. Planowane były następne spektakle, jednak organizatorzy coraz częściej napotykali na problemy finansowe. Same wpływów ze sprzedaży biletów nie wystarczały na pokrycie kosztów, potrzebne było wsparcie sponsorów, a o tych, jak wspomniałem, było coraz trudniej. Nie koszty naszego Teatru były barierą finansową. Przykładowo koszt wynajęcia sali Teatru im. Słowackiego był wyższy niż wpływy ze sprzedaży biletów na premierę. Ewa nigdy nie godziła się na bilety, których cena przewyższałyby możliwości finansowe zwykłego człowieka, np. studenta. A w którymś momencie uznała, że nie daje już rady szarpać się z urzędniczą bezdusznością. Ostatecznie przegraliśmy nierówną walkę z nowymi zasadami ostrego biznesu. W tamtym okresie reformy ustrojowej w Polsce przepisy nie zachęcały do sponsorowania kulturę. Może kiedyś się to zmieni i znajdzie ona ponownie właściwe miejsce dla siebie. Jak historia wskazuje, nigdy wysoka kultura bez mecenasa sztuki nie przetrwa.

Kiedy pani Ewa wycofała się z działalności artystycznej zaczęły pojawiać się koncerty na jej cześć. Jak je przyjmowała?

Trafiamy na śliski grunt. Jeżeli jedynym przesłaniem było chwytliwe marketingowo hasło „Piosenki Ewy Demarczyk”, , to mówiła to samo, co powiedziałby każdy inny artysta, na którego renomie którego próbują się wozić inni. Protestowała zawsze na sformułowanie „Piosenki Ewy Demarczyk”, bo jak powtarzała to nie są „jej piosenki” tylko z jej repertuaru choć nie tylko. Słynna „Rebeka” to piosenka z kabaretu lat 30. ubiegłego wieku. Twórcami są Tuwim, Baczyński, Mandelsztam i inni, a kompozytorami Konieczny, Zarycki, Radwan… Dlaczego zgodnie z prawdą nie tytułują tych koncertów „Piosenki Zygmunta Koniecznego i Andrzeja Zaryckiego”? To było by bliższe prawdzie.

Ewa Demarczyk wychowała kilka pokoleń fanów, którzy chętnie poznaliby ją bliżej. Dlaczego unikała wywiadów?

Przyjęła zasadę nieudzielania wywiadów i była w tym dość konsekwentna. Kiedyś wprawiła tym w niezłe osłupienie dziennikarzy francuskich, gdy Bruno Coquatrix, właściciel Olympii w Paryżu bez uzgodnienia zwołał konferencje prasową. Przyszła do sali i na wstępie przeprosiła wszystkich, wyjaśniając, że sama też została zaskoczona zaproszeniem, bo, jak wiadomo, nie udziela wywiadów. Wywołało to pewną konsternacje na sali i po chwili ciszy rozległy się brawa. Dziennikarze byli zachwyceni, takiego „numeru” jeszcze nie przeżyli.

A jednak kilka wywiadów się pojawiło…

Oczywiście od tej zasady bywały wyjątki. Przy wyjazdach zagranicznych zgadzała się na rozmowę radiową czy telewizyjną, by przybliżyć słuchaczom polską kulturę, twórców, których utwory śpiewała, poezję polską, która nie była znana w większości krajów. Przykładem jednego z takich wywiadów może być rozmowa, którą prowadził Studs Terkel legendarny dziennikarz z Radia WFMT Chicago. Zachwycony jej występem zapytał, jak ona to robi, że cudzoziemcy nie znając polskiego języka tak bardzo przeżywają utwory w jej wykonaniu. Odpowiedziała: „miłość w każdym języku znaczy to samo, wojna w każdym języku znaczy to samo, samotność w każdym języku znaczy to samo. Nie trzeba znać francuskiego, by przeżyć piosenki Edith Piaf, czy angielskiego by zachwycić się piosenkami Cohena”. Wywiad dostępny jest w internecie.

Były też wywiady telewizyjne w Polsce

Dokładnie trzy. Wymyślone przez Mariusza Waltera Studio 2 w TVP na przełomie lat 70 i 80 było programem popularyzującym wysoką kulturę. Rozmówcą był Edward Mikołajczyk, to chyba wszystko wyjaśnia. Seria programów „Zwierzenia kontrolowane” Niny Terentiew w TVP 2 to był pokaz wielkiej umiejętności słuchania rozmówców, a nie tylko zadawanie wcześniej przygotowanych pytań, przykład prawdziwej rozmowy, a nie „przepytywanki” i za to Ewa miała zawsze ogromny szacunek dla pani Terentiew. Nie tylko zgodziła się na tę rozmowę, ale sama ją zaproponowała. Powstał program, który był spotkaniem dwóch wielkich osobowości. Podobnie było z wywiadem z Edwardem Miszczakiem dla TVN, bo jak odmówić zaproszenia w cyklicznym programie „Ludzie w drodze”. Nie ukrywajmy, że była to również forma publicznego przedstawienia sytuacji, w jakiej znalazł się Teatr. Próba położenia tamy kłamstwom bezkarnie rozpowszechnianym przez wiceprezydent Krakowa. Zawsze dobrze wspominała tamte spotkania, niestety nie pomogło to uratować teatru.

Niektórzy uważają, że pan chcąc chronić Ewę Demarczyk od nadmiernego zainteresowania, a czasem wręcz wścibstwa mediów, ograniczał jej kontakt ze światem.

Tak może myśleć tylko ten, kto nie znał Ewy. Mieliśmy pełne zaufanie do siebie. To prawda, że oficjalnie dostępny dla wszystkich telefon odbierałem jako pierwszy i w zależności od tego, kto dzwonił, przekazywałem słuchawkę lub nie. Jeżeli Ewa nie chciała z kimś rozmawiać, moim zadaniem było grzecznie zbyć rozmówcę. Taka była między nami umowa. Czy sądzi pan, że gdybym choć raz naruszył zaufanie Ewy, bylibyśmy ze sobą prawie 40 lat? Pracowaliśmy razem i opiekowaliśmy się sobą wzajemnie. Nie będę opowiadał jak przeżywała, gdy przeszedłem bardzo poważny incydent zdrowotny. Przez kilka tygodni byłem w śpiączce podłączony do respiratora. Przeżyłem dzięki Niej, dziś jestem bez Niej...

Ostatnio, z okazji jej śmierci ktoś napisał, że skazała się sama na 20-letnią kwarantannę.

Tak, powiedział to człowiek, którego kiedyś ona uważała za przyjaciela. Zadziwiające, że mówił to, nie utrzymując z nią kontaktu od 1980 roku. Z nim nie chciała rozmawiać, bo bardzo się na nim zawiodła. Śmiała się, gdy przeczytała rozmowę ze Zbyszkiem Wodeckim, w której pytany, co dzieje się z Ewą Demarczyk odpowiedział, że nie ma pojęcia, bo dawno jej nie widział. Wtedy zadzwoniliśmy do niego i przypomnieliśmy, że tydzień wcześniej jedliśmy razem obiad. „Tak, ale wiecie dobrze, że gdybym to powiedział, nie daliby żyć i mnie, i wam” – powiedział z uśmiechem Zbyszek. Przyjaciele szanowali jej wolę, że o sprawach prywatnych nie chce publicznie mówić i nikt z nich nie udzielał na ten temat informacji.

Ewa Demarczyk zaliczała Wodeckiego do grona przyjaciół, niektórym więc trudno zrozumieć, że nie była na jego pogrzebie.

Była to z pewnością jedna z trudniejszych decyzji. To był dzień poświęcony Zbyszkowi i to on powinien być w skupieniu odprowadzony w ostatniej drodze. Znamy realia mediów. Pojawienie się publiczne Ewy mogłoby spowodować niezręczną sytuację, niezdrową sensację. Nie chciała tego zrobić Zbyszkowi. W skupieniu obejrzała całą ceremonię w telewizji. Później zapaliła znicz na jego grobie i pożegnała się z nim w samotności, bez fleszy.

Podobnie było w przypadku Piotra Skrzyneckiego?

Proszę wybaczyć, ale o tym nie chcę mówić. To były ich bardzo osobiste sprawy, których nie chcę upubliczniać. Może kiedyś przyjdzie czas, aby o tym mówić. Jeszcze nie teraz.

A jak patrzy pan na konflikt z Zygmuntem Koniecznym? W wywiadzie Edwarda Miszczaka Ewa Demarczyk powiedziała: „Nie da się kogoś zatrzymać na siłę”.

Ten duet stworzył coś niepowtarzalnego, niedoścignionego, wielkiego. Ewa zawsze powtarzała, że dobrali się jak w korcu maku. Prawdopodobnie gdyby nie spotkała na swej drodze artystycznej Koniecznego, to nie byłaby tym, kim była, ale nie oszukujmy się, gdyby Konieczny nie spotkał Ewy, też nie byłby tym, kim jest. Dla Ewy napisał tylko pięć utworów. Komponował wcześniej dla innych wykonawców, ale w ich wykonaniu nikt poza Piwnicą o tym nie słyszał. „Grande Valse Brillante” wykonał wcześniej na festiwalu Mieczysław Święcicki. Czy ktoś o tym dziś pamięta? Czy ten utwór wtedy zaistniał? Konieczny wręcz uważał, że się pomylił. Ewa mu wtedy powiedziała, że nie pomylił się , tylko ten utwór trzeba wykonać. Cały czas grał on w jej duszy, ale nie mogła wykonać wersji oryginalnej. Aż pewnego dnia znalazła sposób: zmieniła wersje męską na żeńską. Spotkało się to początkowo z protestem językoznawców, że nie wolno tak głęboko ingerować w tekst. Skrzynecki też początkowo protestował, ale gdy usłyszał wersję zaproponowaną przez Ewę, nerwowo potarł brodę i powiedział „a jakie to ma znaczenie, naruszenie wewnętrznej emocji wiersza. Śpiewaj to... reszta nie ma znaczenia”. No i zaśpiewała. Walc wszędzie na świecie, nie tylko w Polsce, zawsze był odbierany z wielkim aplauzem.

Nie ukrywam, że jak czytałem biografię „Piwnicy pod Baranami” Joanny Olczak-Ronikier to brakowało mi wspomnień Ewy Demarczyk?

A zwrócił pan uwagę, że nie ma tam wypowiedzi najważniejszej osoby z Piwnicy, Piotra Skrzyneckiego?

Przyznam, że to mi jakoś umknęło.

No właśnie. I nie tylko panu.

Ale pani Ewa nie zgodziła się także na wypowiedź, gdy powstawała jej biografia?

To błędna informacja, że nie zgodziła się. Nie wiedziała o tym. Nikt oficjalnie się do niej nie zwrócił. Nazywanie tej publikacji biografią jest obraźliwe dla tego gatunku literackiego. Sławomir Pietras celnie skomentował tę publikację w swych cotygodniowych felietonach: „Oparta na wspomnieniach nie zawsze trzeźwych, dawnych przyjaciół, banalnie opiewających jej wielkość, niezwykłość i ponadczasowość, ale jednocześnie drobiazgowo i z lubością przytaczających jej słabości, porywczość i kontrowersyjność. Dwie autorki dokonały benedyktyńskich zabiegów niewnoszących niczego do naszej wiedzy o Ewie, ale mogących jej przynieść wiele bólu i cierpień. Skoro Czarny Anioł polskiej piosenki postanowił zamilknąć i zniknąć, należało to uszanować, a nie zamieniać w biograficzny pitulinen geszeft.” Nic ująć nic dodać.

Ale przecież jest w tej książce długa rozmowa z Teresą Torańską…

Ewa z Teresą Torańską przyjaźniły się od lat. Potrafiły przez telefon rozmawiać całymi godzinami. Teresa miała taki zwyczaj, że sporządzała dla siebie notatki z rozmów. Obie wiedziały, że Teresa nigdy tego bez wiedzy zainteresowanego nie upubliczni. Niestety po jej śmierci spadkobiercy nie zachowali prywatnych notatek w tajemnicy lecz przeciwnie złamali tajemnicę Teresy i upublicznili te zapiski. Tak się nie robi, fakt, że ujrzały one światło dzienne dopiero po śmierci Torańskiej świadczy o tym, że Teresa nie przeznaczyła ich do publikacji.

Autorki biografii podkreślały, że wielokrotnie „robiły podchody”, by namówić Ewę Demarczyk na wywiad. Czuliście się wtedy na celowniku?

Na celowniku mediów czuliśmy się od lat. Niejednokrotnie mieliśmy wrażenie, że to takie polowanie z nagonką. Ewa wspominała podczas wywiadu z Edwardem Miszczakiem, jak paparazzi obserwowali nasz dom i któregoś poranka kilkanaście minut po moim wyjściu Ewa otrzymała telefon. „Pani Ewo, pan Paweł przyjechał i coś się stało bo leży nieprzytomny przy samochodzie”. Kiedy przerażona wybiegła z mieszkania na podwórko dopadła ją grupka paparazzich. Oczywiście mnie ani samochodu nie było. Załatwiałem sprawy na mieście i czułem się dobrze. Następnie w jednej z gazet ukazuje się artykuł „Tak dziś wygląda prywatnie niewidziana od dawna Ewa Demarczyk”.

A po jej śmierci jeden z artykułów był zatytułowany Ewa Demarczyk była żoną złodzieja… i opisano barwnie jak zakochała się w złotniku, który okradał jej znajomych a także i ją

To kolejny przedruk z kolorowych gazetek sprzed wielu lat. Nie można zaprzeczyć, że miała taki epizod w życiu. Problem w tym, że tzw. przyjaciele znali przeszłość przyszłego męża, ale nikt nie poinformował o tym Ewy. Dowiedziała się o jego problemach z prawem dopiero po ślubie. Dodatkowo krąży absurdalna opowieść bezrefleksyjnie powtarzana przez dziennikarzy, że rozwiodła się z nim korespondencyjnie. Ciekawa forma… To był jeden z dowodów na bezwzględną lojalność Ewy. Obiecała, że mu pomoże i dotrzymała słowa. Była do końca przy nim, pomagała jak mogła. Gdy zakończyła się sprawa i został skazany, już nic więcej dla niego nie mogła zrobić. Wtedy dopiero wniosła sprawę o rozwód, który odbył się w tradycyjny sposób.

Kiedy minister kultury Bogdan Zdrojewski przyznał Ewie Demarczyk Złotą Glorię Artis, zainteresował ówczesnego szefa Narodowego Instytutu Audiowizualnego, Michała Merczyńskiego, by namówił panią Ewę do wydania dzieł zebranych. Jak pan ocenia te rozmowy?

W imieniu Ewy spotkałem się Michałem Merczyńskim. Rozmowa była owocna i zapowiadała dobrą współpracę. Rozpoczęliśmy pracę nad przygotowaniem zbiorczego wydania utworów. Trwało to bardzo długo, przeszukiwania archiwów nie należały do łatwego zadania. Często spotykaliśmy się z tym, że dany utwór istniał w spisach katalogowych, jednak po samym nagraniu ślad zaginął. Liczyliśmy na uzyskanie szeregu nagrań dokonanych w Niemczech kiedyś Zachodnich. Niestety po połączeniu Niemiec część archiwalnych nagrań prawdopodobnie zaginęła. W pewnym momencie straciliśmy kontakt z Michałem, a wiadomo, że pracuje się z konkretnym człowiekiem, a nie z instytucją. Później dopadły mnie poważne problemy ze zdrowiem i Ewa poświęciła cały swój czas i energię na walkę o moje życie i przywrócenie mnie do jako takiej sprawności życiowej. Lekarze nie dawali mi wielkich szans, Ewa walczyła o mnie jak lew. To dzięki niej, możemy dzisiaj rozmawiać, nie przeszedłem w stan wegetatywny, co rokowano. W tym czasie wsparcia udzielili jej prawdziwi przyjaciele. Starą prawdą jest, iż prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie. Ewa niespodziewanie, nic tego nie zapowiadało, odeszła z tego świata do wieczności, zostałem sam. Co będzie dalej? Dziś nie potrafię jeszcze odpowiedzieć...

— rozmawiał Jan Bończa-Szabłowski

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA