fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus na wybory

Warzecha: Wszystkie klęski prezydenta

Prezydent ma swoich wiernych wielbicieli. Czy to wystarczy, aby wygrać wyborczą bitwę? Na zdjęciu spotkanie Andrzeja Dudy z mieszkańcami Pelplina w maju 2018 r.
Forum, Łukasz Dejnarowicz
Andrzej Duda będzie musiał przekonać wyborców, że jest kimś więcej niż tylko człowiekiem Jarosława Kaczyńskiego, ale przebieg jego kadencji nie daje jednoznacznego potwierdzenia tej tezy.

Przyszłoroczne wybory prezydenckie są wielkim wyzwaniem dla obozu władzy. To gra o wszystko – bez prezydenta i być może z wrogim nadal Senatem, PiS będzie już tylko kuśtykał do prawdopodobnej porażki w 2023 roku. Dla Andrzeja Dudy nie widać dzisiaj poważnej konkurencji, ale jeśli przyjrzeć się jego prezydenturze, trudno zdobyć się na entuzjazm. I to nie z punktu widzenia oszalałego przeciwnika PiS, ale konserwatysty oczekującego od prezydenta wyjścia poza własne partyjne ograniczenia – dla dobra państwa.

Kulminacja i... koniec

24 lipca 2017 roku. Od dawna wyczekiwana konferencja prezydenta Andrzeja Dudy. Po cyklu protestów, w atmosferze gigantycznego politycznego napięcia, głowa państwa oświadcza, że postanowiła zgłosić sprzeciw wobec dwóch spośród trzech ustaw dotyczących sądownictwa: tej o Krajowej Radzie Sądownictwa i tej o Sądzie Najwyższym. Podpisana została natomiast ustawa o ustroju sądów powszechnych.

Część środowisk sędziowskich prezydentowi dziękuje, część protestujących jest zawiedziona, że nie zawetował wszystkich trzech ustaw. W obozie rządzącym konsternacja i wyraźne niezadowolenie, choć takiej decyzji można się było spodziewać. Zbigniew Ziobro staje się zaprzysięgłym wrogiem prezydenta. To był – patrząc z dzisiejszej perspektywy – moment największej chwały Andrzeja Dudy. Nic podobnego nie zdarzyło się od tamtego momentu.

Gdyby stworzyć oś czasu, obejmującą te blisko już pięć lat prezydentury, to pierwszym na niej punktem byłoby nocne zaprzysięganie sędziów Trybunału Konstytucyjnego w grudniu 2015 roku. Drugim – weto do ustaw sądowych. Trzecim – otóż właśnie, nie ma trzeciego punktu. Po kulminacji w lipcu 2017 roku, mimo kilku jeszcze względnie istotnych decyzji, prezydentura Andrzeja Dudy jakby się rozmyła, rozproszyła się w setkach zdjęć prezydenta, podającego ręce Polakom w różnych miejscach kraju albo uczestniczącego w różnych wydarzeniach międzynarodowych. Straciła wyraz – o ile kiedykolwiek go miała.

Dzisiaj można sobie zadać pytanie, jak wyglądałyby rządy Andrzeja Dudy, gdyby u ich zarania poczuł się na tyle pewnie, że od razu postanowiłby sprzeciwić się typowemu dla PiS działaniu na rympał i odmówiłby zaprzysiężenia w środku nocy sędziów TK, wybranych być może częściowo z naruszeniem prawa. Wydaje się, że moment na taką decyzję był dość bezpieczny. Na początku prezydentury to Andrzej Duda, nie PiS, miał wszystkie karty w ręku: dużo czasu do następnych wyborów, bardzo silny mandat społeczny i prawo do podjęcia decyzji, której potrzebował PiS. To Kaczyński wtedy potrzebował Dudy, nie odwrotnie. A jednak prezydent uległ, u wielu ugruntowując nie całkiem przecież sprawiedliwą opinię, że podpisze wszystko, co każe mu podpisać Jarosław Kaczyński. Nocne zaprzysiężenie będzie się już za tą prezydenturą ciągnęło – do jej finału.

Jak Jagiełło z Malborkiem

Być może apogeum pierwszej kadencji w postaci weta z lipca 2017 roku było w jakiś sposób skutkiem tamtego wydarzenia, wcześniejszego o ponad półtora roku. Może prezydent uznał nie tylko, że ustawy przygotowane przez Ziobrę są po prostu złe, ale też, że drugi raz nie może sam sprowadzić się do roli stempla podbijającego pisowskie decyzje, bo w ten sposób całkowicie straci pozycję i niezależność. Decyzję o wetach podjął, ryzykując wsparcie PiS dla swojej własnej inicjatywy referendum w sprawie zmiany konstytucji, którą ogłosił zaledwie kilka miesięcy wcześniej, 3 maja 2017 roku. Czy jednak było warto? Bo w tej sprawie Andrzej Duda wypadł trochę jak Władysław Jagiełło.

Jagiełło, jak wiadomo, odniósł potężne zwycięstwo nad siłami krzyżackimi 15 lipca 1410 roku. Jednak potem tak ociągał się – z powodów, o które do dziś spierają się historycy – z oblężeniem Malborka, rozpoczynając je dopiero dziesięć dni po bitwie, że okazało się ono w końcu nieskuteczne. Owszem, w październiku była jeszcze zwycięska bitwa pod Koronowem i na koniec, już w 1411 roku, pokój toruński. Jednak wiele osób interesujących się historią do dziś nie może wybaczyć pierwszemu z Jagiellonów, że nie dobił Krzyżaków natychmiast po wygranej pod Grunwaldem.

Z wetem prezydenta było podobnie. Andrzej Duda wprawdzie weto postawił, ale następnie nie skorzystał z żadnego z pojawiających się pomysłów (wysuwał je między innymi Kukiz '15), aby w kwestii wyboru członków KRS wymusić kompromis z innymi siłami sejmowymi, zamiast powierzać go po prostu zwykłej sejmowej większości, czyli PiS. To był Grunwald Andrzeja Dudy, nie było tylko Koronowa. Jeśli szukać konsekwencji tamtej sytuacji, to widzimy je choćby dzisiaj, gdy rozpatrywaniem protestów wyborczych PiS – wszystko wskazuje na to, że wysuwanych na zasadzie „a nuż się uda", a nie dlatego, że faktycznie w którymś z sześciu okręgów senackich są zasadne wątpliwości – zajmują się sędziowie z nowo powołanej Izby Kontroli Nadzwyczajnej. Andrzej Duda zawetował złe ustawy, by zostały zastąpione tylko trochę mniej złymi, w żaden sposób nieodbudowującymi nawet szczątkowego konsensusu wokół systemu sądownictwa. Naraził się radykałom z własnego obozu – być może w dużej mierze na darmo. Przyłożył w jakimś stopniu rękę do namacalnej porażki tego, co PiS nazywa szumnie „reformą wymiaru sprawiedliwości", a co w gruncie rzeczy jest jedynie prawnym usankcjonowaniem wymiany kadr. Jak pokazuje przykład afery hejterskiej w Ministerstwie Sprawiedliwości – wymiany na kadry okazujące lojalność wobec nowej władzy, ale wcale nie wyższej jakości. A może nawet niższej. Dziś widać, że TK pracuje wolniej, a czas oczekiwania w sądach – co interesuje obywateli znacznie bardziej niż rozgrywki między starymi i nowymi sędziami SN – nie tylko się nie skrócił, ale wręcz się wydłużył. Lipiec 2017 była to zaś jedyna okazja, gdy prezydent mógł wskazać inną drogę, wyraźnie bardziej kompromisową i zwyczajnie jakościowo lepszą. Andrzej Duda mógłby to dzisiaj pokazywać jako swoje sztandarowe osiągnięcie. Trudno za takie uznać prezydencki pomysł instytucji skargi nadzwyczajnej, budzący olbrzymie wątpliwości, bo zmniejszający poczucie pewności systemu prawnego.

Konstytucyjne Piławce

Lecz wtedy prezydent miał inny plan na zrobienie czegoś własnego: takim osiągnięciem miała być nowa konstytucja lub przynajmniej jej zrąb, wstępny projekt. I tu nie mówimy już o Grunwaldzie, ale o innej bitwie, znacznie mniej chwalebnie zakończonej. W „Ogniem i mieczem" stary Wierszułł opisuje ją tak wstrząśniętemu Zagłobie:

„Przyszła noc straszna, niepojęta. Pamiętam, strażowałem z mymi ludźmi wedle rzeki, gdy naraz słyszę, aż w obozie kozackim biją z armat jak na wiwaty i słychać krzyki. Dopieroż przypomniało mi się, co wczoraj mówiono w obozie, że jeszcze wszystka potęga tatarska nie stanęła, tylko Tuhaj-bej z częścią. Pomyślałem więc, kiedy tam wiwatują, to już musiał i chan osobą swoją stanąć. Aż tu i w naszym obozie zaczyna się tumult. Skoczyłem sam z kilkoma ludźmi. – Co się stało? – Krzykną mi: »Regimentarze uszli!« [...] A inni: »Panowie bracia, ratujcie się! zdrada! zdrada!« [...] Dopieroż ciskać hełmy, pancerze, broń, namioty! Aż tu jedzie książę na czele husarii w srebrnej zbroi: sześć pochodni koło niego niosą, a on stoi w strzemionach i krzyczy: „»Mości panowie, jam został, kupą do mnie!«. Gdzie tam! nie słyszą go, nie widzą, lecą na husarię, mieszają ją, przewracają ludzi i konie, ledwieśmy księcia samego uratowali – potem po zdeptanych ogniskach, w ciemności, niby wezbrany potok, niby rzeka, wszystko wojsko w dzikim popłochu wypada z obozu, rozprasza się, ginie, ucieka...".

Bitwa, a właściwie „bitwa" pod Piławcami we wrześniu 1648 roku w trakcie powstania Chmielnickiego, bo o niej mówi Wierszułł, gdy nocą z polskiego obozu w panice wzbudzonej plotką uszli niemal wszyscy, to jedna z największych klęsk polskiego oręża. I to jest właściwa analogia dla prezydenckiego projektu zmian w konstytucji. Tu nie udało się nic – w znacznej mierze z powodu obstrukcji PiS, zakończonej pokazaniem prezydentowi miejsca w szeregu, czyli brakiem zgody zdominowanego przez partię rządzącą Senatu na referendum konsultacyjne w lipcu ubiegłego roku. Ale niezgoda Senatu była nie tylko konsekwencją napięć na linii PiS – Andrzej Duda, lecz również konsekwencją niemrawości i niezborności Pałacu Prezydenckiego w tej sprawie. Gdyby prezydent rozkręcił publiczną dyskusję i stworzył autentyczne emocje wokół swojego pomysłu, nie dałoby się go tak łatwo storpedować.

Tymczasem pomiędzy majem 2017 roku, gdy prezydent ogłosił pomysł referendum, a czerwcem 2018 roku, nie działo się niemal nic. Nie było nawet strony internetowej poświęconej zmianom w konstytucji.

Owszem, w różnych miejscach w kraju odbywały się spotkania urzędników Kancelarii Prezydenta, dotyczące tego tematu, ale na tego typu mityngi przychodzą na ogół miejscowi działacze partyjni albo szczególnie zainteresowani etatowi obskakiwacze politycznych spotkań. To o wiele za mało, żeby ze zmiany ustawy zasadniczej zrobić wielki, ogólnopolski temat do dyskusji. A przecież wydawało się, że jeżeli Andrzej Duda szukał projektu, który zdefiniowałby jego pierwszą kadencję, to musiał mieć wszystko drobiazgowo rozpisane i przygotowane. Okazało się, że nie.

W czerwcu 2018 roku prezydent ogłosił listę 15 pytań, które miały być zadane w referendum, ewentualnie po zmianach, redakcji i eliminacji niektórych. Reakcja była daleka od entuzjazmu, bo pytania były zwyczajnie słabe. Część z nich, gdyby odpowiedziano na nie pozytywnie, do rangi konstytucyjnej podnosiłaby świadczenia socjalne, takie jak 500+, co słusznie krytykowali ekonomiści. Jedno z pytań dotyczyło umieszczenia w konstytucji członkostwa w UE, co byłoby z kolei ewenementem na skalę europejską. W jeszcze innym prezydent chciał spytać, czy praca powinna być konstytucyjnie chroniona, cokolwiek miałoby to znaczyć. Pachniało to jednak kolejnym przesunięciem ustroju w kierunku tym razem już usankcjonowanego konstytucyjnie socjalizmu. Owszem, było i pytanie dotyczące kwestii kompetencji organów państwa: „Czy jest pan/pani za wzmocnieniem kompetencji wybieranego przez naród prezydenta w sferze polityki zagranicznej i zwierzchnictwa nad Siłami Zbrojnymi RP?" – jednak to pytanie było dopiero na 13. miejscu.

Zamiast zaprojektować dwa, maksymalnie trzy pytania, jasno definiujące najważniejsze problemy ustrojowe, prezydent poszedł w kierunku nadmiernej szczegółowości i detali, rozmywając całą sprawę. Zakończyło się porażką na miarę Piławców.

Chybione degradacje

Można znaleźć jeszcze dwa momenty, w których Andrzej Duda zaznaczył swoją odrębność i spróbował zadziałać powyżej poziomu partyjnej lojalności. Pierwszy, poprzedzający ostateczne utrącenie inicjatywy referendalnej – być może była tu jakaś zależność – to weto w sprawie ustawy degradacyjnej w marcu 2018 roku (miała pozbawiać stopni wojskowych komunistycznych generałów), które wywołało wściekłość radykałów. Prezydent miał tu oczywiście rację.

Ale nie sposób i tutaj nie dostrzec zasadniczej niekonsekwencji. Andrzej Duda nie miał bowiem problemu z podpisaniem w 2016 roku dużo bardziej znaczącej, a podobnej w swojej istocie ustawy dezubekizacyjnej, która nie tylko z prawnego, ale też państwowotwórczego punktu widzenia jest po prostu fatalna. Odbiera ona bowiem hurtowo świadczenia wypracowane już w III RP tym funkcjonariuszom, których Rzeczpospolita na początku lat 90. zweryfikowała pozytywnie. Inaczej mówiąc – podważa decyzję suwerennego państwa polskiego. Jest zwyczajnie antypaństwowa. Prowadzi to do absurdalnych sytuacji, gdy ukarani zostają ludzie, którzy na miesiąc załapali się pod kontrolę peerelowskiego jeszcze MSW, a potem całe zawodowe życie efektywnie służyli odrodzonej Polsce na przykład w policji. Prezydent mógł postawić weto, zarazem proponując lepsze rozwiązanie, szanujące nabyte w III RP prawa i uzasadniając to niewłaściwością wrzucania wszystkich do jednego worka. Nie skorzystał z okazji.

Drugi moment to zawetowanie zmian w ordynacji wyborczej w sierpniu ubiegłego roku. Stało się to po apelu mniejszych ugrupowań – Razem, Prawicy Rzeczypospolitej, PSL, Kukiz'15 – zjednoczonych przez Klub Jagielloński. Zmiany służyłyby zabetonowaniu sceny politycznej i premiowałyby potężnie największe ugrupowania.

Ostatnio było jeszcze skierowanie do Trybunału Konstytucyjnego ustawy o ujawnianiu majątków polityków – słuszne, ale bez większego znaczenia. Ustawa prawdopodobnie i tak wylądowałaby w TK, skierowana tam wnioskiem innego uprawnionego organu, bo nakładała obowiązki niemożliwe do wypełnienia i była, typowym dla PiS, czysto populistycznym posunięciem.

We własnej bańce

Prezydent ma też na koncie znaczące złamane obietnice. Pierwsza to rozwiązanie problemu kredytów walutowych. Druga – o czym mało kto pamięta – to zwiększenie kwoty wolnej od podatku dla wszystkich do ośmiu tysięcy złotych. Andrzej Duda obiecywał to w kampanii, a już po swoim wyborze, w czerwcu 2015 roku, informował, że przygotowuje projekt ustawy. I co? I nic. Tę samą obietnicę złożyła zresztą, mówiąc o pierwszych stu dniach pracy rządu, Beata Szydło w exposé – i również ją złamała.

Przez niemal całą kadencję, mając prawo inicjatywy ustawodawczej, Andrzej Duda nie skorzystał z niego ani razu, żeby przygotować jakikolwiek znaczący, spektakularny projekt. Nie mamy dzisiaj żadnej ustawy „prezydenckiej", która byłaby jego znakiem firmowym. W szczególności nie pojawił się żaden projekt, który mógłby wylać oliwę na wzburzone polityczne wody i zadziałać propaństwowo w atmosferze druzgocącego momentami konfliktu plemiennego.

Być może dlatego, że Andrzej Duda chyba jednak nie był zainteresowany – lub nie umiał albo obawiał się – wyjściem z własnej wyborczej i politycznej bańki. Mając niemal pięć lat i znaczące środki – pieniądze, społeczny mandat, infrastrukturę i formalną niezależność – nie zorganizował wokół urzędu prezydenckiego żadnego środowiska, które mogłoby, po pierwsze, pokazać, że dyskusja między różnymi punktami widzenia jest wciąż możliwa oraz, po drugie, występować z inicjatywami moderującymi natężenie politycznej wojny. Nie jest prawdą, że nie byłoby ludzi, gotowych ścierać się na takim neutralnym gruncie, przygotowanym przez prezydenta – ścierać nawet ostro, ale nie w logice konfliktu totalnego, która obowiązywała przez cztery lata rządów PiS. Prezydent z kolei, umiejętnie grając z takim nieformalnym kręgiem swego rodzaju doradców, miałby w ręku instrument pozwalający mu znacznie śmielej przedstawiać projekty niezależne od linii partii.

Dla Andrzeja Dudy nie widać wciąż konkurenta wystarczająco mocnego, aby mógł mu stawić czoła w drugiej turze – choć nic w polityce nie jest przesądzone. Obecny prezydent będzie musiał przez najbliższych kilka miesięcy przekonać wyborców, że jest kimś więcej niż tylko człowiekiem Jarosława Kaczyńskiego, a przebieg jego kadencji nie daje dla tej tezy jednoznacznego wsparcia. Z punktu widzenia państwa zaś, gdyby druga kadencja obecnego prezydenta miała przypominać pierwszą, byłaby jednak czasem zmarnowanym.

Autor jest publicystą tygodnika „Do Rzeczy"

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA