fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Tomasz Pietryga: Tu leży kompromis w sporze z UE

Temida na tle flagi UE
Adobe Stock
Zamrażanie funduszy, ale tylko wtedy, gdy na łamanie praworządności uderzającej w interesy finansowe UE wskazują twarde fakty, a nie wyobrażenia. To może być kompromisowe rozwiązanie.

Dlaczego PiS boi się powiązania funduszy z praworządnością? Korzyść dla bieżącej polityki wewnętrznej czy personalny konflikt Mateusza Morawieckiego ze Zbigniewem Ziobro to nadmierne spłycanie sprawy.

Polska jest dziś szóstym płatnikiem brutto w całej Unii Europejskiej. Odprowadza do unijnego budżetu blisko 20 mld zł rocznie. Co więcej, wart 750 mld euro fundusz odbudowy, którym Unia chce ratować zniszczone koronawirusem gospodarki, będzie spłacany przez całe dekady również przez polskich podatników. Dostaną przecież pieniądze z niskooprocentowanych kredytów, które zaciągnie Bruksela, ale w imieniu państw członkowskich. Posunięcie bez precedensu.

W takiej sytuacji każdy odpowiedzialny kraj chce mieć gwarancje, że potężne sumy będą wydawane racjonalnie, zgodnie z przeznaczeniem, a poszczególne państwa skrupulatnie skontrolują ten proces. Opór zatem przeciwko mechanizmowi, który zamrozi środki temu, kto je marnotrawi, wydaje się irracjonalny. Bo to oznaczałoby ochronę korupcji i przestępców wyłudzających fundusze. Teza, że taki jest właśnie cel PiS, że chce stworzyć mętną wodę wokół funduszy, jest z gruntu fałszywa.

„FT" się myli

Państwo polskie nigdy od momentu akcesji nie dopuściło do korupcyjnych afer z funduszami, tak jak dzieje się we Włoszech, Grecji, na Węgrzech czy w Bułgarii. Mechanizm powiązania funduszy z praworządnością, gdy zagrożone są interesy finansowe UE, dobrze więc będzie służył polskim podatnikom, bo zmusza władze do większej dbałości o wydatkowanie środków i ściganie korupcji – zarówno w Polsce, jak i w innych krajach.

Skąd zatem taki upór? I tu zaczyna się polityka. Myli się „Financial Times", który uznał kilka dni temu, że unijny mechanizm „jest bezzębny". Będzie jak najbardziej sprawny, jeżeli tak postanowi polityczna unijna większość. I tego obawia się PiS.

Dotychczas Unia w pięcioletnim konflikcie z Polską o sądownictwo była bezradna. Procedura wynikająca z art. 7 traktatu o UE okazała się powolna, a w dodatku wymaga jednomyślności. Rząd w Warszawie dobrze zdawał sobie sprawę, że tym papierowym straszakiem nawet najbardziej zapalczywi politycy UE z Franzem Timmermansem na czele nie wyrządzą nikomu krzywdy. Budziło to frustrację i wściekłość niektórych polityków unijnych, co wyraźnie było widać podczas emocjonalnych debat w Parlamencie Europejskim.

Jednak lipcowy szczyt, na którym dzielono budżet i fundusze do walki ze skutkami covid, tylko pozornie okazał się korzystny dla Polski. Ustalił, że całościowego powiązania funduszy z praworządnością nie będzie, mimo że domagała się tego część polityków europejskich. Zadbał wyłącznie o ochronę interesów finansowych UE. Innymi słowy, Bruksela będzie mogła zamrozić fundusze tylko państwom, które dopuszczają do defraudacji unijnych pieniędzy, a nie np. Polsce za wybór Krajowej Rady Sądownictwa przez polityków. I pewnie PiS nie miałby żadnego problemu z takim mechanizmem, gdyby nie szczegóły. Według projektu unijnego rozporządzenia o tzw. warunkowości sankcje mogą być nałożone również wtedy, gdy istnieje zagrożenie, ryzyko, że do defraudacji funduszy dojdzie w przyszłości, bo np. sądownictwo jest czy będzie uzależnione od polityków. Co więcej, do uruchomienia tak rozumianego mechanizmu nie trzeba już jednomyślności wszystkich państw. A sam proces zainicjować brukselscy urzędnicy.

I tego właśnie obawia się PiS. Jarosław Kaczyński zdaje sobie sprawę, że przez fakty nikt nam żadnych funduszy nie zabierze, bo nieprawidłowości przy ich wydawaniu to absolutny margines. Gdy natomiast kryterium nie muszą być fakty, ale też wyobrażenia o ryzykach i zagrożeniu, taką decyzję podjąć znacznie łatwiej. Tym łatwiej, że urzędnicy unijni, a co za tym idzie, poszczególne państwa podejmujące decyzje, mogą przeczytać dziesiątki różnych raportów instytucji europejskich wskazujących, że takie zagrożenia dla ogólnej praworządności w Polsce istnieją. Łatwo to przekuć we wniosek, że mogą mieć wpływ również na wydatkowanie unijnych funduszy. Wkrótce Trybunał Sprawiedliwości UE może wydać wyrok w sprawie polskiego sądownictwa dyscyplinarnego, który jeszcze umocni tę tezę.

To wszystko łatwo przekuć w zagrożenia systemowe w kontroli unijnych funduszy i je zamrozić. Bo jednomyślności nie ma, nie ma także reguł i procedur wynikających z art. 7 traktatu o Unii Europejskiej.

To dla PiS niebezpieczne, gdyż nawet groźba użycia tego mechanizmu mogłaby nie tylko zniechęcić PiS do dalszych reform sądownictwa, ale przede wszystkim do odkręcenia tych już dokonanych. A to na wewnętrznym podwórku oznaczałoby polityczną katastrofę.

PiS znalazłby się w kleszczach- mając perspektywę - z jednej strony zamrożenie funduszy strukturalnych przez Unię, na które czekają samorządy i poobijani covidem przedsiębiorcy. Z drugiej zaś- gniew swojego twardego elektoratu, który uwierzył w konieczność usuwania patologii z sądów. Teraz upokarzające wycofywanie się z tych zmian pod wpływem „lewicowych unijnych elit" i triumf „kasty" byłoby dla wielu wyborów nie do przełknięcie. Nie mówiąc już o rozsypaniu się koalicji ze Zbigniewem Ziobro, co w tej sytuacji byłoby gwarantowane.

W efekcie byłaby to klęska dla całej zjednoczonej prawicy. Trzeba pamiętać, że w przekonywanie Polaków do zmian w sądach - zainwestowano bardzo dużo. I walka z kastą była jednym z najważniejszych dogmatów w partii Jarosława Kaczyńskiego.

Weto to nie blef

Dlatego PiS nigdy nie zgodzi się na tak skonstruowany mechanizm i utrzyma weto. Zdaje sobie sprawę, że w przypadku dzisiejszego rozporządzenia o tzw. warunkowości, inaczej niż w przypadku art.7 zagrożenia blokady funduszy strukturalnych są realne. A to może mieć poważne konsekwencje i bezpośrednio zagrozić dalszym rządom prawicy.

Być może jedynym akceptowalnym rozwiązaniem dla obozu Jarosława Kaczyńskiego byłoby powiązanie unijnych funduszy z praworządnością, z opcją ich zamrożenia w sytuacji, gdy byłyby zagrożone interesy finansowe UE, ale tylko w przewidywalnym zakresie.

To oznacza, że oceniane byłoby tylko -czy system kontroli wydatkowania unijnych funduszy funkcjonuje prawidłowo tu i teraz i czy w danym państwie są potwierdzone przypadki defraudacji. Na tej podstawie podejmowanoby decyzję o ewentualnym zamrożeniu funduszy. Z rozporządzenie usunięta byłaby natomiast sferę zagrożeń i ryzyka, czyli wyobrażenia, że w nieokreślonej przeszłości do defraudacji funduszy może dojść ( bo tak sformułowane jest dziś rozporządzenie o warunkowości), z uwagi np. na upolitycznione sądownictwo .

Inaczej mówiąc, najpierw instytucje unijne musiałby stwierdzić defraudacje funduszy, aby wprowadzić mechanizm. Nie wystarczyłoby natomiast samo przekonanie o zagrożeniu ich defraudacją. Jarosław Kaczyński zdaje sobie sprawę, że na wyobrażeniach niektórych komisarzy i europarlamentarzystów łatwo budować politykę, które mogą być dla jego partii zabójcza.

Pytanie co zrobi PiS, czy twardy opór i rozumienie świata w kategoriach czarno - białych, zastąpi myślenie bardziej elastyczne. Powiązanie funduszy z praworządnością oparte na faktach, a nie wyobrażeniach, wydaje się być rozsądnym rozwiązaniem. Czy PiS będzie chciał pójść w tym kierunku, wracając do negocjacyjnego stolika nie tylko z twardym wetem, ale też z pozytywną propozycją korekty unijnego mechanizmu, czy też wybierze opcję czołowego zderzenia z Brukselą. Te pytania są dziś otwarte. Jednak to drugie rozwiąznie wydaje się błędne i nie leży w interesie finansowym naszego kraju.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA