fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Prawdy i nieprawdy w debacie o frankach

Pixabay
Trudno uwierzyć, że kredytobiorcy żyjący w gospodarce rynkowej byli nieświadomi ryzyka walutowego, skoro świadomi go byli ludzie żyjący w PRL-u, kiedy dolary i marki kupowało się zwykle pokątnie od cinkciarzy, a nie w kantorze albo banku.

Wielu prawników zajmujących w debacie poświęconej kredytom frankowym stanowisko antybankowe (albo – jak sami to określają – „prokonsumenckie") sugeruje, że banki, udzielając kredytów walutowych, jakimiś kuglarskimi sztuczkami z jednej strony przerzuciły całe ryzyko na klientów, z drugiej zabezpieczyły sobie zyski z aprecjacji franka szwajcarskiego. A do tego triki finansowe łączyły ze sprzedażowymi, stosując najróżniejsze chwyty, by kredyt zaciągnięty w polskich złotych jawił się jako nieopłacalny.

Czy banki miały franki

Od dawna można usłyszeć argument, że kredyty indeksowane i denominowane w walutach obcych były tak naprawdę kredytami złotowymi, bo przecież banki swoim klientom wypłacały złote, a zatem aprecjacja walut obcych (w tym przede wszystkim franka) miałaby być dla banków czystym zyskiem. Z kolei nieco nowszy i bardziej wyrafinowany argument głosi, że banki zabezpieczyły się przed ryzykiem walutowym, które w całości „przerzuciły" na kredytobiorców.

Oczywiście obie te ewentualności są możliwe, problem w tym, że nie mogą wystąpić jednocześnie. Tymczasem prof. Łętowska oskarżyła banki o stosowanie „świadomej strategii spekulacyjnej", której udowodnienie jest jednak „procesowo niewykonalne", a „szczęśliwy dla banków traf (?) spowodował że [...] frank szwajcarski nagłym wahnięciem przebił przewidywalne ryzyko. Banki oczywiście też nie wiedziały, że ten szczęśliwy traf będzie aż tak szczodry (80 proc.), ale że musi nastąpić – musiało być do przewidzenia". W tym samym artykule prof. Łętowska ubolewała też, że „całość ryzyka walutowego przerzucono na klientelę" (http://konstytucyjny.pl/nieoczekiwane-skutki-szalenstwa-tytularzy/).

Jednak nie ma zysku bez ryzyka. Albo banki zabezpieczały swoją pozycję walutową (a wtedy nie czerpały zysków z deprecjacji złotego względem waluty kredytu), albo wzięły na siebie ryzyko kursowe, co w kolejnych latach powinno było przynieść im krociowe zyski. Tymczasem podczas całego frankowego eldorado najwyższy zysk banki osiągnęły w pierwszym półroczu 2008 r., kiedy frank był względem złotego najsłabszy. Przez dwa kolejne półrocza, kiedy frank gwałtownie się umacniał, zyski banków w ujęciu półrocznym niemal równie gwałtownie stopniały.

Poza słabnącą koniunkturą wyjaśnić to trzeba tym, że banki nie czerpały zysków z aprecjacji franka. Regulator zgodnie z uprawnieniami przyznanymi mu przez prawo bankowe pilnował, by banki nie miały zbyt dużej ekspozycji walutowej. Banki musiały zatem podejmować odpowiednie działania, by ich wyniki finansowe nie zależały w nadmiernym stopniu od wahań na rynku walutowym. Nie czerpały one zysków z umocnienia franka, tak jak wcześniej nie ponosiły strat z powodu jego słabnięcia. Skoro więc banki musiały zabezpieczać swoją pozycję walutową, to ewentualne „nadwyżki" otrzymane od kredytobiorców oddawały w ramach spłat zobowiązań zaciągniętych przez nie we frankach (a kiedy frank się osłabiał, banki „niedobory" ze spłacanych rat kompensowały sobie zyskami z malejących zobowiązań walutowych).

Nie ma znaczenia, czy zobowiązanie zaciągnięte przez bank w związku z potrzebą sfinansowania udzielanego kredytu walutowego miało charakter kredytu albo obligacji denominowanej we frankach, czy używały w tym celu instrumentów pochodnych. Neutralizacja ekspozycji walutowej była zasadniczo taka sama, a późniejsze zmiany kursu franka nie wynikały z tego, że banki korzystały chętniej z zabezpieczeń „syntetycznych" niż „fizycznych".

Nawiasem mówiąc, banki, chcąc spekulować na zmianach kursów, czyniłyby to nie przez wieloletnie i trudne albo wręcz niemożliwe do rozwiązania w odpowiednim do zrealizowania zysków momencie umowy kredytowe, lecz przez transakcje zawierane bezpośrednio na rynku walutowym (tańsze, łatwiejsze do zamknięcia i pozbawione istotnych ryzyk prawnych).

Co wymaga szczególnego wyjaśnienia, nie oznacza to, że banki „przerzucały" ryzyko walutowe na kredytobiorców. Nie mogły tego ryzyka „przerzucić", gdyż same w żadnym momencie nie brały go na siebie. Z kolei frankowicze jak najbardziej „chcieli ryzykować" (odwołując się do hasła portalu Money.pl, który organizował protest przeciwko ograniczeniom wprowadzanym przez rekomendację S).

Jednak fakt ten nie oznacza, że aprecjacja franka była dla banków zupełnie obojętna. Można wskazać co najmniej trzy czynniki, z powodu których wcale nie leżała ona w interesie banków.

Po pierwsze, wraz ze wzrostem wartości zobowiązań kredytobiorców rośnie ceteris paribus ryzyko braku spłaty (z czym wiąże się chociażby konieczność zawiązywania dodatkowych rezerw). Po drugie, wraz ze wzrostem wartości zobowiązań kredytobiorców rośnie ceteris paribus ryzyko procesowania się przez klientów niechcących spłacać rosnących rat. Po trzecie, wraz ze wzrostem wartości zobowiązań kredytobiorców rośnie suma bilansowa banku, co wiąże się z koniecznością utrzymania wyższego kapitału własnego (co z kolei przekłada się na ograniczenie akcji kredytowej, obniżenie dywidendy, konieczność dokapitalizowania albo jakąś kombinację tych działań).

Nie można zatem racjonalnie podejrzewać banków o stworzenie „świadomej strategii spekulacyjnej" ani twierdzić, że umocnienie franka było dla nich „szczęśliwym trafem". Tak naprawdę bankom, podobnie jak kredytobiorcom, gwałtowna aprecjacja franka wcale nie była na rękę.

Czy banki zawyżały koszty kredytów złotowych

W innym artykule prof. Łętowska stwierdziła, że banki „podnosiły koszty kredytów w PLN, aby te kredyty prezentowały się mniej atrakcyjnie" (https://www.rp.pl/Opinie/304069897-Ewa-Letowska-Kto-pyta-nie-bladzi-Polemika-z-prof-Balcerowiczem.html.). Należy przypomnieć, że na wysokość odsetek płaconych przez kredytobiorcę składają się dwa elementy: stopa referencyjna oraz marża banku. Bank udzielający kredytu nie ma wpływu na pierwszy z tych elementów, którego wysokość kształtuje rynek pod wpływem polityki pieniężnej banku centralnego. Może jednak decydować o wysokości marży. Ze starych rankingów kredytów mieszkaniowych wynika, że marże kredytów frankowych były zwykle nieznacznie wyższe niż kredytów złotowych. A zatem w tym elemencie, na który banki miały wpływ, kredyty złotowe były bardziej atrakcyjne od frankowych.

Warto tutaj odnieść się też do twierdzenia, że ludzie brali kredyty frankowe, bo mieli mniejszą zdolność kredytową w złotych. Było tak w wielu bankach, ale tylko do czasu rekomendacji S, obowiązującej od lipca 2006 r. Dodatkowo od tego czasu kredytobiorcy walutowi musieli pisemnie oświadczyć, że mają „pełną świadomość ryzyka związanego z kredytami, pożyczkami i innymi produktami zaciąganymi w walucie obcej lub indeksowanymi do waluty obcej". Fakt ten jest istotny z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, kwotowo zdecydowaną większość kredytów frankowych zaciągnięto w latach 2007–2008. Po drugie, kredyty te zwykle zaciągano przy słabszym franku niż przed rekomendacją S, a zatem to właśnie ci kredytobiorcy stracili najwięcej na jego aprecjacji.

Dlaczego mimo ograniczeń wprowadzonych przez rekomendację S ludzie zaciągali kredyty frankowe? Można przypuszczać, że późniejsi frankowicze, widząc zyski, jakie można było wcześniej osiągnąć dzięki zarówno niższej stopie referencyjnej, jak i trwającej od kilku lat aprecjacji złotego, wskakiwali do rozpędzonego pociągu w obawie, że – używając rynkowego żargonu – „zostaną na peronie". Podobny mechanizm można było wtedy zaobserwować na warszawskiej giełdzie. Tam również pojawiali się inwestorzy kuszeni kilkudziesięcioprocentowymi w skali roku stopami zwrotu, jakie można było osiągnąć przez kilka wcześniejszych lat. Najbardziej pechowi tracili na swoich spekulacjach większość zainwestowanego majątku – więcej niż frankowicze na deprecjacji złotego. Mimo to żaden z tych inwestorów nie uważa, że powinien z tego tytułu dostać zwrot pieniędzy od swojego domu maklerskiego albo towarzystwa funduszy inwestycyjnych.

spreadów czy umów?

Z dotychczasowych wyroków sądów wynika, że klauzule abuzywne w kredytach walutowych polegały zasadniczo na tym, iż banki do obliczenia wysokości zobowiązania używały swoich tabel kursowych, które teoretycznie mogły kształtować w oderwaniu od rzeczywistego kursu franka. Tymczasem prof. Łętowska stwierdziła, że abuzywne w umowach kredytowych było to, iż „zatajono przed klientelą to, co było oczywiste dla banków: że kurs PLN/CHF musi się zmienić w czasie długoterminowej umowy kredytowej".

Trudno jednak uwierzyć, że kredytobiorcy żyjący wtedy od kilkunastu lat w gospodarce rynkowej byli nieświadomi ryzyka, którego świadomi byli ludzie żyjący w PRL-u, skoro dolary i marki kupowało się zwykle pokątnie od cinkciarzy. Można też znaleźć wiele artykułów prasowych z tamtego okresu ostrzegających przed ryzykiem i tym, że w wyniku zmian kursu dług może wzrosnąć. Ryzyko kursowe było również oczywiste dla tych kredytobiorców, którzy – mimo niższego oprocentowania kredytów walutowych – decydowali się na kredyty złotowe. W końcu nie można twierdzić, że ryzyko walutowe było przed frankowiczami przez banki „zatajane", skoro ci przed wzięciem kredytu oświadczali, iż są tego ryzyka świadomi.

Mark Twain miał powiedzieć, że „historia się nie powtarza, lecz rymuje". Sporo rymów można dostrzec w obecnej sytuacji na rynku kredytów mieszkaniowych. Wiele osób chętnie zaciąga teraz kredyty mieszkaniowe, korzystając z ultraniskich stóp procentowych. Większość frankowiczów zaciągnęło kredyt, kiedy kurs franka słabł. Teraz sądy, uznając argumentację, że frankowicze nie byli świadomi ryzyka kursowego, mogą stworzyć niebezpieczny precedens. Kiedy zmuszony wysoką inflacją i deprecjacją złotego NBP podniesie stopy procentowe, raty 20- albo 30-letnich kredytów hipotecznych wzrosną radykalnie (o wiele bardziej, niż wynosi bieżąca inflacja, i niewykluczone, że bardziej niż w ostatnich kilkunastu latach raty kredytów frankowych – jako pierwsze przybliżenie polecam infografiki rzecznika finansowego z 2017 r.). Czy wtedy „nieświadomi" ryzyka stopy procentowej „zmiennoprocentowicze" dopiszą ostatni rym do tej historii i, wykorzystując frankowy precedens, ruszą do sądów, by domagać się unieważnienia umów na podstawie jakiejś mało istotnej dla wysokości zobowiązania klauzuli?

Marcin Zieliński jest ekonomistą z Forum Obywatelskiego Rozwoju, autorem artykułów i analiz na temat transformacji, prywatyzacji i bieżącej sytuacji gospodarczej w Polsce.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA