fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Kupcie od firm produkty i akcje

AFP
Należy stymulować wzrost podaży w branżach, w których została ona przymusowo przez państwo ograniczona.

Jak należałoby prowadzić politykę gospodarczą w trakcie kryzysu? Zacznijmy od diagnozy: parafrazując Billa Clintona, it's the supply-side crisis, stupid! To już połowa sukcesu. Keynes mówił, że „trudność polega nie tyle na rozwijaniu nowych pomysłów, ile na uwolnieniu się od starych poglądów". Gdy wiemy, od czego zacząć i nie będziemy się bali przyznać do niestandardowych poglądów – sprzecznych z tym, do czego przez dziesiątki lat obowiązywania propopytowej doktryny ekonomicznej się przyzwyczailiśmy, możemy zacząć działać. Niestandardowo, odważnie.

Potrzebne są działania nie tylko mikroekonomiczne, ale i makroekonomiczne. Makro dlatego, że powinny być oderwane od myślenia księgowego, od myślenia o stanie budżetu i przejść do myślenia o gospodarce, jako całości.

8 kwietnia wreszcie widzieliśmy takie działania, kiedy minister Emilewicz zyskała wsparcie w postaci stanowczych działań zaplanowanych na wyższym szczeblu – zapowiedziano kilka, zrozumiałych kroków, deklarując wydanie na ten cel 100 mld zł. Kierunek działania słuszny, ale szczegóły można zaplanować inaczej.

Projekt wyszedł od chęci ochrony miejsc pracy w firmach, za wszelką cenę, nawet gdyby było to sprzeczne z racjonalnością biznesową. Widziałbym to inaczej: a) działania propodażowe, mające pobudzić podaż (a nie utrzymanie miejsc pracy); b) działania biznesowe, gdzie rząd nie rozdaje pieniędzy, ale je inwestuje.

Zakupy zamiast zasiłku

Należałoby stymulować wzrost podaży w branżach, w których została ona przymusowo ograniczona przez państwo. Może się to wydać nierozsądne ekonomicznie, ale kiedyś też tak myślano o zasiłkach dla bezrobotnych, robotach publicznych. Zamiast odszkodowań można zaproponować zakup podaży dóbr i usług, bo lepiej płacić za coś, niż dać pieniądze „za darmo":

• jeśli firma dotąd dostarczała np. meble, państwo mogłoby je odkupić od producenta (pozostawiając w magazynach i wymagając sprzedania po lockdownie i przekazania zysku do budżetu państwa);

• w przypadku usług noclegowych, wykupując je na potrzeby walki z wirusem (lekarze, osoby w kwarantannie) albo kupując opcję późniejszej ich realizacji, np. jako nagrodę dla medyków;

• podobnie w przypadku usług turystycznych – proponując lekarzom takie dodatki po powrocie do normalności.

W ten sposób firmy nie za darmo, ale za wykonaną pracę, uzyskałyby środki od państwa, nie przerywając działalności i utrzymując zatrudnienie na takim poziomie, jak to możliwe – zgodnie z racjonalnością ekonomiczną. Do czasu, aż firmy dokonałyby restrukturyzacji, zmieniły częściowo profil, znalazły rynki, przekwalifikowały pracowników.

Wielu wiodących ekonomistów wskazuje, że ratowanie firm przed upadkiem jest bardziej efektywne niż ponoszenie skutków bankructw w postaci wyższego bezrobocia i zmniejszenia kapitału społecznego. Gdy firma upada, zgromadzona przez lata wiedza dotycząca kontraktów, umów, powiązań biznesowych zostaje zmarnowana, co przekłada się na wolniejszy wzrost gospodarczy w przyszłości.

W czasie wielkiego kryzysu nie udało się uniknąć bezpośrednich transferów społecznych w zamian za brak świadczenia pracy (a nawet za powstrzymanie się od niej – gdy walczono z deflacją). Można również zastosować podobne rozwiązania – jako drugą linię obrony przed kryzysem podażowym (a nie pierwszą, jak w tarczy 3.0).

Zamiast rozdawać firmom pieniądze „za nic", lepszym rozwiązaniem byłoby robienie tego w zamian za objęcie ich udziałów/akcji lub poprzez umożliwienie firmom emitowania korporacyjnych obligacji o terminie zapadalności pięć–siedem lat i ich skup.

Śladem USA

Podobnie zrobiono w USA pod koniec 2008 r. i to nie w przypadku drobnych firm, ale najważniejszych banków – zmuszono je wręcz do częściowej nacjonalizacji: w zamian za pomoc finansową państwo objęło akcje (ale bez prawa głosu). Mógłby powstać fundusz aktywów państwowych w ramach PFR, który skupowałby aktywa firm prywatnych, wspierając się przy tym credit scoringiem banków według stanu firm na koniec ubiegłego roku.

Programy skupu aktywów były już prowadzone przez banki centralne (najintensywniej robił to Bank Japonii), ale taka działalność nie jest ich statutowym zadaniem i nie musi być wysoce efektywna. Dlatego słusznie postąpił premier 8 kwietnia, przewidując w tarczy 3.0 taką rolę dla PFR.

W mojej jednak koncepcji PFR po powrocie pomyślnej koniunktury, np. za pięć–siedem lat, przeprowadziłby prywatyzację posiadanych udziałów/akcji. Ponadto sam wypuściłby długoterminowe obligacje (o zapadalności ponad przewidywany czas prywatyzacji), np. siedmio–dziesięcioletnie, które wykupiłby NBP, tak jak w koncepcji premiera. Uzyskanymi pieniędzmi PFR finansowałby akwizycyję. To nie zwiększałoby deficytu budżetowego, więc można by ratować zagrożone firmy bez zwiększania bezpośrednio długu państwa. Taka pomoc nie byłaby obowiązkowa, więc firma mogłaby z niej nie skorzystać.

Subfundusz musiałby powstać szybko i być pod nadzorem służb i ministra aktywów państwowych (oraz NIK), by nie dopuścić do nadużyć. Z czasem akcje/obligacje funduszu mogłyby być notowane na giełdzie, niekoniecznie tylko na polskiej. To mogłaby być w miarę normalna działalność biznesowa, jak w przypadku funduszy inwestycyjnych czy amerykańskiego programu TARP (choć bez skupowania toksycznych aktywów), a nie polityka św. Mikołaja – rozdawania pieniędzy w zamian za bycie grzecznym (brak zwolnień pracowników).

Wraz z pogarszaniem się sytuacji gospodarczej (recesja w USA czy Niemczech jest nie do uniknięcia, eksport więc będzie malał), trzeba będzie upowszechnić inne instrumenty: nisko oprocentowane kredyty (z gwarancjami BGK), wsparcie dla innowacyjnych projektów w ramach różnych szybkich ścieżek.

Ponadto, co postulują m.in. profesorowie Barro i Roubini, częściowo też prof. Krugman, należy przewidzieć ochronę najbiedniejszych rodzin. Nie mają one wystarczających oszczędności, by poradzić sobie przez cały okres dekoniunktury. Zasiłki dla bezrobotnych są niskie w porównaniu z płacą minimalną i zbyt krótkie. Oprócz tego, ponieważ ceny żywności już rosły i możliwe, że nadal będą, a wydatki na żywność stanowią ważną część wydatków najbiedniejszych gospodarstw domowych, można rozważyć obniżenie VAT na żywność do 3 proc.

Dr hab. Krzysztof Piech jest profesorem nadzwyczajnym, pracuje na Uczelni Łazarskiego. Ekspert w dziedzinie kryzysów, innowacji i badań ilościowych, startupowiec, bitcoinowiec

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA