fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Blaski i cienie programu 500+

Program 500+ to zastrzyk bezpieczeństwa dla Polaków – uważa autor.
Rzeczpospolita, Robert Gardziński
Efektem wsparcia rodzin jest z jednej strony przesunięcie roli państwa w kierunku większej wrażliwości społecznej, z drugiej zaś – ryzyko klientelizmu – pisze publicysta „Rzeczpospolitej".

Z dużym zainteresowaniem śledzę na łamach „Rzeczpospolitej" dyskusję o programie 500+ i jego skutkach, prowadzoną przez redaktora naczelnego gazety Bogusława Chrabotę, wiceministra rodziny, pracy i polityki społecznej Bartosza Marczuka oraz Dominika Zdorta. W tej wymianie myśli padło wiele mocnych słów, które wskazują, że ocena programu jest niejednoznaczna i emocjonalna.

Dla czystości tego wywodu przyznam, że jestem zwolennikiem programu, pod warunkiem że nie będzie on finansowany przez podniesienie podatków, ale np. przez skuteczne ściganie złodziei VAT. Nie wyklucza to jednocześnie moich obaw o skutki uboczne 500+ w przyszłości.

Ma rację Marczuk, wymieniając liczne już widoczne korzyści programu, jak: wyciąganie dzieci z biedy, zmianę filozofii działania państwa, które zaczyna wychodzić z kultywowanego przez lata nie tylko w PRL, ale i III RP modelu opresyjnego. Ma rację też Zdort, pisząc o wzmocnieniu rodzin i o traktowaniu rodzin wielodzietnych jako patologicznych i zbędnych.

Na zasadniczy skutek programu, czyli wzrost liczby urodzeń, bo o to w nim przecież chodzi, przyjdzie jeszcze poczekać. I od tego zależy jego ostateczna ocena.

W kręgu mitów

Zanim jeszcze program został uruchomiony, już miał wielu przeciwników. Padały m.in. zarzuty , że to prosta droga do podniesienia podatków, bo państwa na to nie stać; że w ten sposób podatnicy będą finansowali świadczenia na dzieci alimenciarzy, gdyż ci będą domagali się obniżenia ich podstawy. Co brutalniejsi krytycy wskazywali, że środki te będą przeznaczane na wódkę, samochody etc. Nie sprawdziło się.

Ostatnio coraz głośniej podnoszony jest argument o demolowaniu rynku pracy przez 500+. Różni główni ekonomiści i analitycy powtarzają jak mantrę liczbę 140 tys. kobiet, które zrezygnowały z pracy właśnie z powodu programu. Ich zdaniem pieniądze otrzymane przez nie od państwa, sprawiają, że nie chce im się już pracować lub przestało się to opłacać. Eksperci jednocześnie ubolewają nad długofalową konsekwencją tego zjawiska. Bo owe kobiety, kiedy program się dla nich skończy, a dzieci dorosną, znajdą się w ślepej uliczce. Zbyt stare, aby rozwijać swoje kariery, bez szans na emeryturę, której nie zdążyły wypracować. Znajdują się więc na prostej drodze, aby za czas jakiś stać się klientkami ośrodków pomocy społecznej i różnego rodzaju zasiłków fundowanych przez pracujących podatników.

Jest oczywiste, że liczba 140 tys. kobiet, które porzuciły pracę ze względu na 500+ służy jako efektowny, acz nieprawdziwy argument krytyków programu. Nikt nie badał bowiem motywacji tych pań. A motywy mogą nie mieć nic wspólnego z programem, ale z sytuacją życiową, rodzinną czy leżeć w końcu po stronie pracodawcy etc.

Gdyby jednak nawet przyjąć czysto teoretycznie, że połowa zrezygnowała właśnie przez owe 500 zł i zamiast pracować zaangażowała się w trud wychowania dzieci, nie powinien to być powód do piętnowania ich postawy. Być może główni ekonomiści i analitycy definiują swoje życie i życie innych wyłącznie przez pryzmat rachunku ekonomicznego, bilansu zysków i strat. I to jest dla nich punkt wyjścia do formułowania ocen, wartościowania, co jest dobre, a co złe. I właśnie na podstawie owego ekonomicznego rachunku dokonują wszelkich życiowych wyborów. Moim zdaniem to wynaturzona postawa. Świetnie to definiował Oscar Wilde, pisząc o ludziach, „którzy znają cenę wszystkiego, ale nie znają wartości niczego".

To nie jest program konserwatywny

W tej dyskusji niepokoi mnie jednak również zbyt emocjonalna, zamknięta postawa obrońców 500+. Sprowadza się ona nierzadko do hasła: „Kto nie z nami, ten przeciwko nam". Jesteś krytykiem programu, to oznacza, że atakujesz rodzinną wspólnotę i jesteś jej przeciwnikiem. Takie stawianie sprawy zamyka otwartą dyskusję, swobodną wymianę poglądów i żywcem przypomina pewne zabiegi stosowane kiedyś przez środowiska liberalne.

Kiedy przed kilkoma laty w Polsce trwała ożywiona dyskusja, czy legalizować związki partnerskie, nawet najmniejszy przejaw wątpliwości wobec nich z góry określany był jako postawa homofobiczna, nienawistna, która wyklucza oponenta z dyskusji, bo działa on kierowany najniższymi pobudkami. Nie warto powielać tego nieszczęsnego schematu.

Fałszywe wydaje mi się też budowanie wokół programu ideologii, określania go mianem konserwatywnego, republikańskiego. Owszem w działaniach partii rządzącej są elementy konserwatywne, jednak 500+ do nich nie należy.

Zarówno Marczuk, jak i Zdort zbyt lekko szafują tymi pojęciami, podchodząc do nich dość „wikipedyczne", i w rezultacie nietrafnie.

500+ mimo szczytnych założeń poprawy demografii jest programem socjalnym, cechującym państwa opiekuńcze, których w Europie mamy całkiem sporo. Dla ludzi o skrywanych liberalnych poglądach na gospodarkę, a jednocześnie entuzjastów programu to dość niekomfortowa sytuacja. Jednak próba budowania nowej rzeczywistości i używania do tego celu konserwatywnych wartości, jest nadużyciem i intelektualną nieuczciwością. 500+ bowiem z konserwatyzmem ma niewiele wspólnego. W konserwatyzmie ma mowy o dawaniu pieniędzy, ale o stwarzaniu warunków do rozwoju dla jednostki, a przez to i rodziny, jako fundamentu państwa. Objawem konserwatywnej myśli nie jest też, jak pisze Marczuk, powszechność programu. Z definicji wszelkie odruchy egalitaryzmu są podejrzane i odrzucane przez konserwatystów. Myli się też wiceminister rodziny, pisząc o roli państwa, które powinno być służebne wobec rodziny czy obywatela. Nie ma to nic wspólnego z rolą państwa w myśli konserwatywnej. Chociaż już blisko 40 lat temu Leszek Kołakowski napisał słynny tekst „Jak być konserwatywno-liberalnym socjalistą?" .

Niemniej jednak ważnym efektem programu 500+ jest przesunięcie roli państwa w kierunku większej wrażliwości społecznej. Jest to próba zerwania z modelem państwa neokolonialnego. Przez ostatnie dwie dekady głównym punktem odniesienia dla niego nie był – jak się zdaje – obywatel, ale wielki biznes i bezrefleksyjne przekonanie, że to od jego pomyślności uzależniona jest pomyślność wspólnoty. Okazało się to złudne. Problem 700 tys. frankowiczów nie wziął się z niczego. Znamienny dla sytuacji wielu Polaków był też np. obowiązujący przez lata bankowy tytuł egzekucyjny, który świadczył o tym, że obywatel stał się zwierzyną łowną dla banków. Pochodną obowiązującego rozumienia państwa był brak opodatkowania dużych korporacji, przywileje i ulgi tylko dla zagranicznych koncernów i ich dominująca pozycja nad rodzimymi przedsiębiorcami.

A co w zamian? Jedne z najniższych kosztów pracy w Europie, najniższe pensje, i rekordowa liczba tzw. umów śmieciowych. Czyli brak stabilności życia dla zwykłego obywatela, niepewność jutra, brak skłonności do własnej inicjatywy i ryzyka.

Trudno na tak ruchomych piaskach budować bez obaw rodzinę, trudno planować potomstwo. Taki sygnał i idący za nim zastrzyk bezpieczeństwa był zatem potrzebny. Pokazał bowiem, że punkt ciężkości został przesunięty. Rozwój biznesu jest kluczowy dla rozwoju państwa, ale wszystko musi mieć swoje proporcje. A pod tym względem daleko odeszliśmy od standardów Europy Zachodniej.

Ale program ma też swoje ciemne strony. Idealistyczne przeświadczenie, że wszystkie rodziny, do których płynie pomoc, dokonają właściwych wyborów jest złudne. Nie wszystkie rodziny będą kupować za 500 zł dzieciom flamastry w Biedronce, jeździć na długo wyczekiwane wakacje, czy też – co byłoby najdoskonalsze – wydawać pieniądze na ich edukację, inwestować w ich przyszłość. Świat taki wspaniały niestety nie jest. I trudno zaklinać rzeczywistość. Część beneficjentów stoi przed ogromną pokusą pójścia na skróty, wykształcenia roszczeniowej postawy, „bo mnie się należy", stępienia resztek aktywności.

Trzeba rozmawiać krytycznie

Program niestety niesie za sobą ogromne ryzyko klientelizmu. Chcąc nie chcąc, 500+ sprawiło, że kilka milionów obywateli zostało wciągniętych na państwową listę płac. Ufam, że dla większości z nich będzie to bodziec do rozwoju, większej aktywności. Dla części będzie jednak socjalnym potrzaskiem. Znanym z takich krajów, jak Francja czy Wielka Brytania, gdzie miejsce na państwowej liście płac jest dziedziczone, stało się sposobem na życie kolejnych pokoleń, które przejęły wyuczoną bezradność od swoich rodziców. Wsparcie finansowe państwa, nawet w szlachetnym celu uczyniło z nich apatycznych klientów władzy, odbierają wolę działania, podjęcia odpowiedzialności za swoje życie, wiarę we własne siły. Działają też demoralizująco na innych.

Dlatego też o negatywnych skutkach 500+ trzeba rozmawiać krytycznie. Bić w bęben nawet przy najmniejszych sygnałach, wskazujących, że program może przyczynić się to tworzenia patologii. Samozadowolenie i samouspokojenie władzy z 500+ może być zgubne. Rząd powinien szukać towarzyszących programowi rozwiązań osłonowych, zachęcających, a w pewnych przypadkach zmuszających do aktywności i wzięcia odpowiedzialności za własne życie. Sieć przedszkoli i żłobków, ułatwienia związane z powrotem na rynek pracy po macierzyństwie, zachęty dla firm – to właściwy kierunek.

Obowiązkiem każdego dobrego państwa jest pomoc najsłabszym. Tym, którzy nie radzą sobie z różnych przyczyn z otaczającą rzeczywistością. Obowiązkiem jest też ratowanie demografii dla ciągłości i komfortu przyszłych pokoleń. Ale mądre państwo stawia na aktywność, minimalizuje niedogodności i ryzyko dla tych, którzy chcą być czynni, przedsiębiorczy, bo ich wysiłek opłaci się wszystkim: i państwu, i mniej zaradnym współobywatelom.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA