fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Slash o sobie: Zwyczajny gość grający na gitarze

Shutterstock
Lubię to, co robię, nie planuję emerytury - mówi Slash, gitarzysta Guns N’ Roses, przed swym koncertem w Polsce.

„Living The Dream”, trzecia płyta firmowana przez Slash featuring Myles Kennedy & The Conspirators, brzmi jak klasyczny rock bliski dokonaniom Guns N’ Roses czy wczesnego Aeorosmith. Prochu pan nie wymyśla.

Moja twórczość, zarówno na płytach solowych, jak i Guns N’ Roses, oparta jest na riffach. Piosenki powstają wokół moich gitarowych zagrywek, a tych mam w zanadrzu zawsze sporo. Spotykam się z pozostałymi muzykami i jamujemy na kanwie moich pomysłów. Ze wspólnego grania na żywo rodzą się piosenki, a każdy wnosi coś od siebie. Nie jestem muzycznym dyktatorem. Muzyka rockowa powinna zawsze powstawać w oparciu o wspólną grę, zabawę, właśnie jamowanie. Bo czymże innym jest rock, jeśli nie zabawą? Nie zamierzam zbawić świata. Chcę dawać ludziom radość i chwilę zapomnienia od szarej rzeczywistości, którą karmi ich życie każdego dnia.

Nie próbuje pan przemycać wątków politycznych na płytach? Axl Rose nie jest fanem Donalda Trumpa, podobnie jak Duff McKagan z Guns N’ Roses.

Nie sądzę, żeby ludzie słuchali mnie ze względu na moje przekonania polityczne, a moje zdanie miało dla nich znaczenie. Mam swoje poglądy, ale nie uważam, że scena jest odpowiednim miejscem dla deklaracji politycznych. Nie krytykuję tych, którzy poprze z sztukę wyrażają polityczne przekonania, ale ja do nich nie należę. Chociaż tytuł „Living The Dream” jest odniesieniem politycznym, nie zamierzam tego rozwijać i tłumaczyć dosłownie.

Nagrał pan więcej płyt solo niż z Guns N’ Roses. Od lat jest pan nieustannie w trasie koncertowej. Pracoholizm?

Pracoholizm nie kojarzy mi się dobrze. Uwielbiam grać koncerty, być na scenie, komponować, jamować, nagrywać płyty. Trudno to nazwać pracą, gdy sprawia tak wielką frajdę. Jestem uprzywilejowany, mogąc robić to, co kocham, na własnych zasadach i zarabiając na tym niezłe pieniądze.

Trasa Guns N’ Roses „Not In This Lifetime” okazała się jedną z najbardziej dochodowych w historii muzyki. W niecałe dwa lata, do końca 2018 r., zespół zarobił 562 mln dol. Może pan przejść na emeryturę.

Od dawna nie muszę już grać dla pieniędzy. I tego nie robię. Ale nie wyobrażam sobie, co miałbym robić innego. Nie ma nic lepszego niż występowanie na żywo przed publicznością. To uczucie nieporównywalne z niczym innym. O wiele bardziej wolę koncertować, niż siedzieć w studiu i nagrywać płyty. W nagrywaniu płyt nie ma tej magii. Odkąd pamiętam, chciałem być w zespole, po to żeby właśnie występować. Moje ulubione płyty to płyty koncertowe. Nie planuję emerytury.

Nagrywanie płyt dzisiaj jeszcze się opłaca?

Rynek muzyczny bardzo się zmienił przez ostatnie lata. Nagrywanie płyt nie opłaca się dziś, jeśli nie jesteś gwiazdką pop lub topowym raperem. „Living The Dream” nagrałem dla zabawy, z chęci tworzenia i tego, żeby mieć powód do ruszenia w kolejną trasę koncertową. Nie przepadam za graniem wciąż tych samych piosenek. Mam małe digital studio w Los Angeles, album został nagrany tam na żywo, tak jak powinno nagrywać się rockandrollowe albumy. Buddy Holly, Chuck Berry, AC/DC nie kombinowali, tylko wchodzili do studia i grali na żywo. Robię tak samo. Nie kalkuluję, co się opłaca, nie zarabiam na solowych płytach. Gram dla dzikiej przyjemności. Może zabrzmi to dziwnie, ale nie stać mnie na nagranie płyty na sprzęcie analogowym i w sposób w jaki robiłem to dawniej, ponieważ koszty przewyższyłyby zyski pochodzące ze sprzedaży płyty. Gdybyśmy dużo nie koncertowali, o zwróceniu kosztów moglibyśmy zapomnieć. Platformy streamingowe zmieniły rynek. Płyty już się tak nie sprzedają, ludzie mają wszystko za darmo w sieci. Na płytach zarabiają tylko najpopularniejsi artyści, a niewielu z nich pochodzi dziś z mojego świata rock and rolla. Nie narzekam, ale ludzie przyzwyczaili się, że wszystko mają za darmo, a to kłamstwo. Nic nie jest za darmo.

Gitarzysta Guns N’ Roses nie zarabia na swoich płytach?

Nagrywanie to dzisiaj trudny biznes. Bez dobrej trasy koncertowej środki włożone w przygotowanie płyty nie mają szansy się zwrócić. Nie narzekam, bo młodsi artyści, debiutanci mają jeszcze trudniej.

Zaskakujące, dosyć zabawne są okładki pański płyt. Odbiegają znacznie od ikonicznych płyt Guns N’ Roses.

Bardzo lubię okładki „Apocalyptic Love”, „World on Fire” i „Living the Dream”, a w formacie płyty winylowej jeszcze zyskują. Zresztą powrót winyli to jedyne, co dobrego wydarzyło się w ostatnich latach w przemyśle muzycznym. Wielu artystów przygotowując nową płytę, chce coś przekazać światu lub dorabia do tego ideologię. Ja nie chcę nieść żadnych ważkich treści. Oczywiście wokalista Myles Kennedy pisze ważne teksty, ale głównym naszym przesłaniem jest chęć dobrej zabawy. Okładka „Appetite for Destruction” Guns N’ Roses, która stała się ikoniczna, również miała być po prostu fajna, zabawna i się wyróżniać. Bez zbędnej filozofii.

Występował pan z różnymi artystami, jak Michael Jackson, Bob Dylan, Lemmy z Motörhead. Jaki wpływ na pana wywarli?

Z każdym było inaczej. Michael Jackson okazał się cudowną osobą i dał mi pełną swobodę w studiu. Do dzisiaj jestem dumny z utworów „Give in to Me” i „Black or White”. Współpraca z nim była jednym z najmilszych doświadczeń muzycznych. Skrajnie innym doświadczeniem był kontakt z Bobem Dylanem. Spotkaliśmy się upalnego lata, a on był w grubej bluzie z kapturem, zakrywającej mu prawie całą twarz. Nagrałem swoje partie na płytę „Under the Red Sky”, które zostały w dużej mierze pocięte lub usunięte. Bob Dylan usunął moje solo ze swojej piosenki, bo za bardzo przypominało mu Guns N’ Roses. Cóż, byłem dosyć zaskoczony. Wiem, że lubi naszą wersję „Knockin’ On Heaven’s Door”. Współpraca z Lemmym była zaszczytem, tym bardziej że wystąpił na mojej solowej płycie, a zawsze był jednym z moich idoli. Przyjaźniliśmy się, jego śmierć bardzo mnie dotknęła.

Na YouTube jest „The Thrill Is Gone” wykonany przez pana wspólnie z B.B. Kingiem i innymi artystami. Czym dla pana jest blues?

Blues to podstawa! Bez bluesa nie byłoby rocka, metalu i mnie jako gitarzysty. Słuchałem bluesa więcej niż jakiejkolwiek innej muzyki w życiu. Jestem wyznawcą trzech króli. Najważniejsi gitarzyści dla mnie to: B.B. King, Albert King i Freddie King. Wywarli na mnie ogromy wpływ. Wciąż ich słucham. Wciąż wspominam występ z B.B. Kingiem, w którym uczestniczył również Ronnie Wood z The Rolling Stones, również fan bluesa.

A co z innym pańskim projektem – supergrupą Velvet Revolver? Po rozstaniu ze Scottem Weilandem szukaliście nowego wokalisty.

Nie. Po śmierci Scotta zaprzestaliśmy poszukiwań. Temat Velvet Revolver jest definitywnie zamknięty.

A jak pan się czuje jako ikona rocka?

Nie myślę o sobie w kategoriach żyjącej legendy. Nie jestem tego typu człowiekiem. Mój wygląd stał się częścią mojego image’u, ale tak po prostu wyglądam też na co dzień. Chodzę w trampkach, skórzanych spodniach, koszulkach z nadrukiem, mam długie włosy, odkąd pamiętam, a cylinder ktoś mi kiedyś dał i założyłem go dla zabawy, a że dobrze się w nim czułem, to zacząłem go zakładać na scenie. Nic specjalnie wymyślnego. Jestem zwyczajnym gościem, który uwielbia grać na gitarze i koncertować.

Występował pan w Polsce solo oraz z Guns N’ Roses. Czego możemy spodziewać się tym razem w łódzkiej Atlas Arenie?

Występowałem wcześniej w Polsce kilka razy, także z Guns N’ Roses i muszę szczerze przyznać, bez kokieterii, że polska publiczność jest jedną z najlepszych na świecie. Od kiedy zacząłem działać solo, polscy fani wspierali mnie bardzo mocno. Bez względu na to, w jakim mieście Polski gram, wsparcie jest potężne. Czuję dużą odpowiedzialność, grając dla was, i nie chciałbym was zawieść.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA