Muzyka

Wasilewski: Stańko widział więcej jak ptak

Marcin Wasilewski Trio: Marcin Wasilewski (fortepian), Sławomir Kurkiewicz (kontrabas), Michał Miśkiewicz (perkusja)
Bartek Barczyk/Universal/materiały prasowe
Lider jazzowego tria mówi Jackowi Cieślakowi o płycie „Live” dedykowanej zmarłemu trębaczowi.

"Rzeczpospolita": Wasz najnowszy album „Live” otwierają podziękowania dla Tomasza Stańki, z którym mieliście okazję koncertować i nagrywać. Zamieściliście je pośmiertnie czy były zaplanowane wcześniej?

Marcin Wasilewski: Mieliśmy to szczęście w nieszczęściu, że mogliśmy przekazać naszą płytę Tomkowi, kiedy szedł do szpitala. Jak się okazało, to było dwa tygodnie przed jego śmiercią. Później już się nie widzieliśmy, tym bardziej cieszymy się, że zdążyliśmy z podziękowaniami dla niego, które teraz mogą przeczytać wszyscy, którzy kupią płytę.

Co zawdzięczacie Stańce?

Był naszym mistrzem w wielu sferach, nie tylko muzycznych, tej jednak nie można przecenić. Nauczyliśmy się od niego, jak improwizować, pokazał nam, czym może być w praktyce free jazz. To było wspaniałe, że mogliśmy razem grać, a on, dysponując swoim wielkim doświadczeniem, mobilizował nas do coraz lepszej gry. Rozwijaliśmy nasze improwizacje, wchodziliśmy na wyższy pułap, a on to wszystko łączył. Górował nad wszystkim jak ptak, który widzi z powietrza więcej. Kiedy było trzeba – interweniował, dawał sugestię. Dzięki temu nauczyliśmy się wychodzić z trudnych scenicznych sytuacji obronną ręką. To bezcenne. Jednocześnie Tomek nie był tylko artystą-pięknoduchem. Potrafił twardo stąpać po ziemi, jeśli chodzi o zarządzanie karierą. To była lekcja, jaką wyniósł również z PRL, kiedy musiał zmagać się z ograniczeniami poprzedniego systemu. Po 1989 r. poczuł się jak ryba w wodzie, otworzyły się przed nim nowe, światowe perspektywy. Było mu łatwiej, gdy menedżerką została córka, ale sam miał liczne doświadczenia w negocjacjach z agentami. Mówił nam, jakich nie popełniać błędów, z kim współpracować i jakie festiwale wybierać. To ważne, gdy chce się, by muzyka pojawiała się w odpowiednich miejscach i trafiała do odpowiednich słuchaczy.

Czy pierwsza płyta live nagrana dla ECM to rodzaj podsumowania dotychczasowego rozdziału czy raczej popis scenicznych możliwości?

Nie wiedzieliśmy, że nasz występ ukaże się na płycie, pewnie dlatego zagraliśmy bez tremy, która miała prawo nam towarzyszyć. Przyjechaliśmy bowiem do Antwerpii, nie zdając sobie sprawy, że mamy grać na jednym z ważniejszych europejskich festiwali. Tymczasem okazało się, że wystąpimy dla kilkutysięcznej widowni, co w jazzie nie zdarza się często. Sytuacja była dodatkowo stresująca, ponieważ dostaliśmy tylko kwadrans na podłączenie sprzętu. Pomogła nam praktyka występów z Tomkiem. O tym, że koncert był nagrywany z myślą o płycie – wiedział tylko nasz menedżer. Po trzech miesiącach od występu przesłuchałem nagrania i uznałem, że może być z tego dobry album.

Zagraliście swoje tematy, ale jest też motyw Hancocka i Stinga.

Założenie było proste: chcieliśmy zapisać nasze doświadczenia związane z płytą „Spark Of Life”. Dlaczego „Actual Proof” Hancocka? Bo to wspaniały klasyk, Sting zaś towarzyszy nam od początku. Mieliśmy chyba 12 lub 13 lat, kiedy ze Sławkiem Kurkiewiczem w Koszalinie, jeszcze jako uczniowie szkoły muzycznej, ćwiczyliśmy utwory Stinga – ja na basie, Sławek na gitarze. Graliśmy bodaj „Roxanne”. A potem śledziliśmy jego dokonania z jazzmanami, w tym z Branfordem Marsalisem. I stąd wzięła się nasza wersja „A Massage From A Bottle”.

Pamięta pan, jakie miał plany, muzykując jako nastolatek w Koszalinie?

Wszystko odbyło się w naturalny sposób. Dojrzewałem w domu pełnym płyt. Mój ojciec był muzykiem, nieustannie rozbrzmiewał jazz, ale także pop. Nagrywałem z radia na magnetofon audycję „Trzy kwadranse jazzu” Jana Ptaszyna Wróblewskiego, słuchałem listy przebojów Marka Niedźwieckiego. Potem przyszedł czas, kiedy zacząłem muzykować razem ze Sławkiem Kurkiewiczem. Później moim muzycznym próbom patronował wuj, który skończył katowicką uczelnię. Bardzo pomogło nam środowisko jazzowe. Kiedy ustabilizował się skład i dołączył do nas Michał Miśkiewicz, wystąpiliśmy na otwarcie Jazz Jamboree, mieliśmy wiele zaproszeń. A gdy z Tomaszem Stańką nie mogła zagrać sekcja Zbigniewa Namysłowskiego – Michał Miśkiewicz dostał zaproszenie, by wystąpić w zastępstwie. Gdy potrzebny okazał się również kontrabasista – poprosiłem kolegów, żeby wspomnieli Stańce o mnie. I tak doszło do naszego wspólnego koncertu w Łodzi. Dobrze się rozumieliśmy od początku i skrycie, w cichości ducha czekaliśmy na następne koncerty. Tak też się stało. Tomasz zaczął nas angażować coraz częściej.

„Live”, jako kolejna wasza płyta, znalazło się w jazzowym zestawieniu amerykańskiej listy przebojów „Billboardu”. Jakie to ma dla was znaczenie?

Myślę, że wszystkie elementy składają się na muzyczną układankę. Nie bez znaczenia jest nasz kontrakt z ECM, ponieważ jest to firma z dużym prestiżem i globalną siecią dystrybucji. To na pewno pomaga zaistnieć szerzej.

A ile albumów już sprzedaliście na świecie?

Wszystkie cztery tytuły wydane pod szyldem ECM rozeszły się w stu kilkudziesięciu tysiącach egzemplarzy na całym świecie. To jak na jazz dużo. Dlatego ze sporą niepewnością patrzymy na nowe formy dystrybucji jak Spotify, ale tam też jesteśmy. Znak czasów.

Jaka będzie wasza następna płyta?

Zaczniemy ją nagrywać w pierwszym kwartale przyszłego roku. Pomysł z nią związany niech pozostanie niespodzianką.

Ale nie będzie to album z muzyką Tomasza Stańki?

Na pewno kiedyś taki nagramy, gdyż muzyka Tomasza Stańki jest piękna i warto, aby była wciąż żywa.

Zaczęliście od nagrania płyty z muzyką Komedy, potem graliście ze Stańką. Stajecie się strażnikami pieczęci polskiego jazzu?

Polski jazz ma długą i piękną historię. Tak jak nas starsze pokolenie inspirowało i faktycznie zapraszało do wspólnego grania, tak, mam nadzieję, że nasza muzyka również pozytywnie oddziałuje na młodsze pokolenie. Jednocześnie zdajemy sobie sprawę, że czas płynie niepostrzeżenie. W przyszłym roku będziemy obchodzić 25-lecie działalności!

I jesteście bodaj jedynym zespołem o tak długim stażu.

To prawda, chociaż tego nie odczuwamy. Czujemy się tak, jakbyśmy niedawno zaczęli i mieli jeszcze wiele razem do powiedzenia.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL