fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Uciekając od życia w politykę

Alessandro Baricco (1958), pisarz, krytyk muzyczny. Według jego monodramu powstał film „1900: Człowiek legenda” Giuseppe Tornatorego (1998 r.) Po polsku ukazały się książki „City”, „Jedwab”, „Panna młoda”, „Mr Gwynn” i „Trzy razy o świcie” (2019). W czerwcu był gościem Big Book Festiwalu
materiały prasowe
Wybitny włoski pisarz Alessandro Baricco mówi o roli przypadku w życiu, poszukiwaniu domu również w literaturze, a także szkole dla piszących, zainspirowanej „Buszującym w zbożu" Salingera.
„Trzy razy o świcie" to trzy nowele, które łączy para bohaterów, ale za każdym razem spotykają się w różnym wieku i sytuacji życiowej. Raz on jest chłopcem, ona kobietą dojrzałą, innym razem jest odwrotnie. Za trzecim razem są rówieśnikami. To literacka gra zręcznościowa czy manifest przypadkowości życia?
To oczywiście zabawa literacka, trudna technicznie, ale wypełniłem ją wieloma tematami wcale niebłahymi. Jednym z nich jest spotkanie z drugim człowiekiem, dużo bardziej skomplikowane zagadnienie, niż nam się wydaje. Kiedy się spotykamy, to prawdopodobnie już kiedyś się spotkaliśmy i będziemy się już zawsze spotykać. Spotkanie, choćby przypadkowe, wiąże nas z innym, chcemy tego czy nie.
Drugi temat, który dominuje u pana, to dom.
Książka jest wręcz zadedykowana, ale nie samemu domowi, tylko raczej jego poczuciu. Bo dom to nie jest tylko budowla architektoniczna. Dom to jednocześnie miejsce w naszej duszy. Właśnie słowo casa (wł. dom) najczęściej się powtarza w książce: wrócić do domu, stworzyć dom.
Akcja rozgrywa się za każdym razem w tym samym hotelu.
Hotel to nie dom. Moje postacie są jakby bezdomne, żyją w poszukiwaniu domu.
Gdzie pan ma swój dom?
Całe życie spędzamy na poszukiwaniu miejsca, gdzie jest nasz dom. Długo myślałem, że jest nim literatura, i faktycznie była ona mym domem przez moment, ale to nie wystarcza.
Pana bohaterowie budują od zera. Panu też to się zdarzyło?
Zaczynałem od nowa, odbudowywałem, ale to nigdy nie jest zaczynanie od zera. Nie można w życiu zacząć od zera. Dlatego moja bohaterka „Trzy razy o świcie" mówi, że można zmienić stolik w kasynie, ale karty zawsze będą takie same.
Przez dziesięć lat był pan krytykiem muzycznym. Skąd nagle literatura?
Odkąd pamiętam, chciałem być muzykiem, niestety, jestem przeciętnym wykonawcą. Dziś można powiedzieć, że tworzę muzykę, pisząc. Choć intensywnie konsumuję muzykę, wciąż piszę recenzje do prasy o muzyce klasycznej i operze.
Jeszcze wcześniej studiował pan filozofię.
Studiowanie filozofii kształtuje człowieka na zawsze. Nawet jeżeli ktoś decyduje się zostać politykiem albo menedżerem, to i tak filozofia mu się przyda, bo tworzy strukturę umysłową, pomagającą rozwiązywać problemy. Było to ważne dla mojego pisarstwa, bo ten zawód wymaga logiki, a i zdolności architektonicznych.
Pańskie książki są jak łamigłówki.
Zawsze długo je planuję, zanim przystąpię do pisania. Moja praca polega na budowaniu. Jednocześnie prawie nigdy nie wiem, jakie będzie zakończenie, często je zmieniam, pisząc książkę. Właśnie w tym można odczuć moją miłość do muzyki, w precyzyjnie zaprojektowanej formie i rytmie. Czasem pisząc, czuję się, jakbym grał na perkusji.
Trzecim tematem „Trzy razy o świcie" jest sama czynność opowiadania. Postacie nawzajem „hipnotyzują" się opowieściami. Pan jest typem opowiadacza czy słuchacza?
Obecnie słucham częściej niż za młodu, ale gadałem wiele przy różnych okazjach.Wiele też napisałem, ale teraz interesuje mnie raczej słuchanie, dzięki temu wciąż się uczę. Kiedy byłem młody, na początku kariery, przeczytałem, że pisarz, kiedy już skończy pisać powieść, nie powinien nic więcej dodawać. Jeżeli coś jeszcze trzeba dodawać, to znaczy, że książka została niedobrze napisana.
A jednak spotykamy się podczas rozmowy o książkach.
Chętnie rozmawiam z mediami, ale im mniej o swoich książkach mówię, tym lepiej się czuję. Ideałem byłoby milczenie. Zupełnie inaczej jest przy artykułach, felietonach czy esejach, które chętnie piszę. W ich przypadku dyskusja, która następuje po publikacji, jest niezbędna.
W pana książkach nie znalazłem wątków politycznych. Absolutnie nic.
Prawie w żadnej mojej książce nie ma elementów politycznych, ale to nie jest reguła, którą sobie narzuciłem. To się dzieje instynktownie. Swoje poglądy wyrażam w artykułach, a jeśli chodzi o prozę – piszę o frapujących kwestiach. Sfera polityczna to tylko jedna ze sfer życia człowieka, nie najważniejsza.
A gdybym panu zarzucił, że ucieka pan od spraw ważnych w literaturę?
Żyjemy jednocześnie w wielu przestrzeniach. Funkcjonujemy w przestrzeni rodziny, pracy, kraju, narodu, a jedną z nich jest też literatura. Suma tych wszystkich miejsc, to nasze życie i żadne z tych miejsc nie jest ucieczką przed innym. Jest wiele osób, które nigdy w świecie literatury nie postawiły stopy, a za to uprawiają intensywne życie polityczne. Myśląc w taki sposób, mógłbym powiedzieć, że to oni uciekają od literatury w politykę.
Założył pan w Turynie prestiżową szkołę dla pisarzy i filmowców. Nazwę otrzymała po bohaterze „Buszującego w zbożu". Salinger to dla pana ważny pisarz?
Gdy byłem młody, miałem bardzo poważne wyobrażenie literatury. Czytałem Roberta Musila, Tomasza Manna oraz rosyjskich pisarzy. Po Salingera sięgnąłem później. Ale to on był dla mnie wielkim nauczycielem pisania. Pokazywał, że można dojść do sedna sprawy w sposób lekki, nie obciążając niepotrzebnie czytelnika. Kiedy 26 lat temu zakładaliśmy naszą szkołę, nazwaliśmy ją imieniem Holdena, a to dlatego, że bohatera „Buszującego w zbożu" w powieści wyrzucają z kolejnych szkół, bo jest zbyt bystry, buntuje się i kontestuje rzeczywistość. Chcieliśmy stworzyć szkołę dla takich jak on, marzyliśmy, że z naszej szkoły Holden by nie wyleciał. Wymyśliliśmy nazwę jako znak misji tej szkoły.
Przeciwko czemu pan się najbardziej buntuje?
Przeciw wielu rzeczom, nieustannie. Nawet przeciwko sobie samemu.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA