Jest pani prezeską Federacji Europejskich Wydawców, szefową jednej z najprężniejszych oficyn w kraju. Co pani zdaniem jest teraz największym problemem polskiego rynku książki?
Na pewno kłopoty z dystrybucją i wojny cenowe pomiędzy dużymi graczami i podmiotami, które sprzedają nasze książki. Powoduje to sytuację, w której nowa pozycja pojawia się na rynku od razu z 35-40 proc. rabatem. Właśnie dlatego uzdrowiłaby nasz rynek ustawa o książce z zapisem o stałej cenie, na przykład przez pierwszy rok sprzedaży. Jesteśmy bodaj jedyną branżą, która wprowadza nowości od razu z dużym rabatem.
Po co w ogóle ustanawiać cenę, skoro jest ona fikcją?
Bo mamy w umowach handlowych z naszymi kontrahentami zapisane określone rabaty naliczane od sugerowanych cen detalicznych (często drukowanych na okładkach książek) i musimy się w tych rabatach zmieścić.
Niestety, taka sytuacja odbywa się kosztem księgarń, które upadają, bo nie są w stanie tak bardzo obniżać cen. Ja też miałam cztery, zamknęłam już dwie. Generalnie księgarnie walczą o przetrwanie i to jest bardzo złe zjawisko.
Mogę tylko do wszystkich zaapelować, żebyśmy się na to nie godzili, ponieważ księgarnia jest miejscem, w którym możemy realnie zapoznać się z książką – zobaczyć, jak jest wydana, bo gdy widzimy ją tylko na ekranie komputera lub smartfona, wydaje się płaska, dwuwymiarowa. Tymczasem nowe edycje są coraz piękniejsze – z barwionym papierem, brzegami, z twardymi bądź miękkimi okładkami, z różnymi uszlachetnieniami. To jednak jesteśmy w stanie zobaczyć i docenić tylko w bezpośrednim kontakcie, czyli w księgarni.