fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Inne spojrzenia na świat

Lajos Pálfalvi (ur. 1959) tłumaczy literaturę polską od lat 80. W dorobku ma m.in. dzieła Miłosza, Gombrowicza, Herlinga-Grudzińskiego i Mackiewicza. Kieruje Katedrą Polonistyki na Uniwersytecie Katolickim w Budapeszcie.
Instytut Książki/Bogdan Kuc
Lajos Pálfalvi, laureat nagrody Transatlantyk, tłumacz ponad 50 polskich książek na węgierski, rozmawia z Marcinem Kube.

Rzeczpospolita: Czy dla Węgra jest coś wyjątkowego w polskiej literaturze?

Lajos Pálfalvi: Dla mnie największą niespodzianką po 1989 roku było to, jak trafnie Polacy potrafią opisać inne kultury. W połowie lat 80. Jan Błoński mówił, że Polak rozumie tylko Polaka i interesuje się tylko polskimi traumami. Dlatego polska literatura jest hermetyczna. Dziś z zaskoczeniem czytam polskie książki o Wyspach Owczych albo o Aborygenach.

Na Węgrzech nie pisze się reportaży?

Proza non fiction praktycznie nie istnieje, egzystuje tylko na poziomie brukowym. Wydawane są jakieś wspomnienia prezenterów telewizyjnych opisujących zmyślone przygody w Afryce. Nie ma poważnej pracy reporterskiej, kogoś takiego jak Wojciech Jagielski, kto jest w stanie intelektualnie ogarnąć temat. Taka proza jest na Węgrzech chętnie czytana, bo nasze spojrzenie na świat jest inne niż Amerykanów czy Niemców.

A jak jest z polską wiedzą na temat literatury węgierskiej?

Panuje asymetria. Czasami się nawet zdarzało, że międzynarodowa kariera Polaków zaczynała się na Węgrzech, jak choćby Doroty Masłowskiej. Jest za to kilku naszych autorów, którzy zrobili międzynarodową karierę, a w Polsce są nieznani. Choćby Péter Nádas, typowany do Nobla od premiery „Księgi wspomnień" w 1987 roku. Po polsku ukazała się dopiero teraz jako „Pamięć" i niewielu krytyków się nią zainteresowało. A to genialna książka.

Nasze rynki literackie bardzo się różnią?

Infrastruktura literacka na Węgrzech jest bardziej konserwatywna i mniej kapitalistyczna niż w Polsce. Pisarze są członkami konkurencyjnych związków literackich: prorządowych, antyrządowych, apolitycznych. Istnieje też Akademia Artystyczna, której członkowie otrzymują pieniądze. Nieprzyjęci czują zazdrość i czekają, aż zmieni się koniunktura polityczna w kraju. Czysty absurd i anachronizm. W Polsce pisarz jest związany z wydawnictwem, razem walczą o sukces. Dzięki literaturze polskiej mam wrażenie, że uczestniczę w jakimś normalnym życiu literackim, a nie w bitwie o stypendia i dotacje.

A wydawcy radzą się pana w kwestii polskich premier?

Większość z nich nie traktuje dziś tłumacza jako eksperta od literatury. To agenci załatwiają między sobą interesy na targach książki. Jako wykładowca miałem z wydawcami starszego pokolenia dobre relacje, ale w latach 90. coraz częściej się zdarzało, że kiedy polecałem książki Stasiuka, Tokarczuk czy Kołakowskiego, to jakiś redaktor wracał z targów książki i mówił, że bzdury opowiadam, bo najlepszym polskim pisarzem jest Tomek Tryzna.

Kogo pan chciał tłumaczyć, gdy zniesiono cenzurę?

Byłem przekonany, że będę przez pięć lat od rana do wieczora tłumaczył Mackiewicza. To się nie udało, bo na Węgrzech bardzo krótko trwała koniunktura na literaturę zakazaną. Mówiono, że to już nieaktualne i że to nikogo nie interesuje, bo też traktowano transformację nie jako zwycięstwo antykomunistów, ale jako ewolucję.

Tłumaczy pan autorów, którzy w Polsce są często brani na sztandary skłóconych środowisk: Miłosz, Gombrowicz, Mackiewicz, Herling-Grudziński, Varga, Libera, Lisicki.

U nas też nastrój jest wojowniczy, więc czasami trudno manewrować wśród napięć, ale traktuję literaturę jako sztukę, więc nie szukam dzielnych antykomunistów czy wzorowych liberałów. Szukam dobrych tekstów.

Co pan mówi, kiedy pytają pana o dzisiejszą sytuację w Polsce?

Nie chcę być autorytetem w sprawach pozaliterackich, nie jestem komentatorem politycznym. I czuję z tego powodu ulgę, bo uważam to za swój przywilej, że mogę pozostać bezstronny w sporach o wizję świata.

A zdarzało się panu połamać zęby na jakimś pisarzu?

Bardzo męczyłem się z Witkacym. Tłumaczyłem na zlecenie fragmenty „Nienasycenia" i „Pożegnania jesieni". Przekład całości byłby mordęgą. Schulz wydaje się też karkołomny do tłumaczenia.

Lubi pan część towarzyską życia literackiego?

Zdecydowanie. Dawniej motywowałem studentów mówiąc im, że jeżeli ktoś studiuje germanistykę, to nie znaczy, że za parę lat pójdzie na piwo z Günterem Grassem. Ale jeśli idzie na polonistykę, coś takiego może się zdarzyć łatwo.

Z kim pan biesiadował?

Nie zapomnę czasu spędzonego ze Sławomirem Mrożkiem. W latach 70. w węgierskim teatrze był on traktowany jak drugi Sofokles. Myśl o tym, że kiedyś z nim będę jadł obiad, była wtedy czystą fantazją.

Po raz pierwszy Mrożek przyjechał do Budapesztu dopiero w 2000 roku.

I się dziwił, że jest tam tak popularny. Miałem z nim rozmawiać przed publicznością, a nie był łatwym rozmówcą. Przeczytałem dużo o jego życiu i czułem się świetnie przygotowany, ale pięć minut przed wyjściem na scenę Mrożek mówi do mnie, że nie będziemy rozmawiamy ani o życiu, ani o twórczości.

Więc o czym rozmawialiście?

O Krakowie. ©?

Wielkie spotkanie literackich tłumaczy

Światowy Kongres Tłumaczy Literatury Polskiej w Krakowie co cztery lata organizuje Instytut Książki. W tegorocznym, odbywającym się po raz czwarty, wzięło udział w miniony weekend ponad 300 gości z zagranicy. Przez trzy dni trwały konferencje, wykłady i spotkania prowadzone przez ekspertów wydawniczych, krytyków i literaturoznawców z Polski. Mają one pomóc zagranicznym tłumaczom lepiej orientować się w polskiej literaturze współczesnej i historycznej, żeby polscy pisarze skutecznie docierali do zagranicznych czytelników. Podczas tegorocznego Kongresu Instytut Książki przyznał także nagrodę Transatlantyk, którą wręcza od 12 lat. Co roku trafia ona do postaci szczególnie zasłużonych w promocji polskiej literatury na świecie. Nagroda składa się z dyplomu, statuetki autorstwa Łukasza Kieferlinga i nagrody pieniężnej w wysokości 10 tys. euro. W piątek w krakowskim Teatrze im. Słowackiego odebrał ją Lajos Pálfalvi. W ubiegłych latach nagrodę otrzymali m.in. Bill Johnston z USA oraz Laurence Dyevre z Francji.­ —m.ku.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA