fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kraj

Marek Migalski: PO musi być jak Nowoczesna, Nowoczesna jak PO

Ryszard Petru (z prawej) musi zyskać bardziej poważny wizerunek, a Grzegorz Schetyna (z lewej) otworzyć swą partię na inne środowiska. Na zdjęciu 31 marca w Sejmie wychodzą z szefem PSL Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem ze spotkania w sprawie TK
Fotorzepa, Jerzy Dudek
PO powinna wystylizować się na Nowoczesną i vice versa.

Liderem sondaży niezmiennie jest Prawo i Sprawiedliwość. Ale bardzo interesujące rzeczy dzieją się za jego plecami – w rywalizacji między Nowoczesną a Platformą Obywatelską. Rywalizacji o to, kto zostanie przez wyborców ostatecznie rozpoznany jako główna siła opozycyjna wobec obozu rządzącego.

Miller dał przykład

W badaniach opinii publicznej raz to formacja Ryszarda Petru pokonuje ugrupowanie Grzegorza Schetyny, a drugi raz sytuacja jest odwrotna. Widać jednak, że do śmiertelnego boju musi dojść i stan pewnej równowagi, z jakim mamy w tym pojedynku do czynienia obecnie, nie będzie trwał wiecznie. Któraś z tych partii musi okazać się zdecydowanym liderem w wyścigu po laur „opozycji jej prezesowskiej mości".

Oczywistym warunkiem, o czym już pisałem wcześniej na portalu 300polityka.pl, jest totalność strategii. W polskich warunkach tylko opozycyjność totalna, bezwarunkowa i na każdym froncie daje szanse pokonania partii rządzącej i wybicia się na czoło wszystkich ugrupowań opozycyjnych.

Testował to Leszek Miller wobec AWS, potem PO i PiS wobec Leszka Millera, a następnie PiS i PO wzajemnie wobec siebie. I zawsze efekt był ten sam – im bardziej fundamentalną, niekonstruktywną i populistyczną opozycją się było, tym większe miało się szanse na pokonanie formacji rządzącej i zdystansowanie innych podmiotów opozycyjnych.

Punkt dla Schetyny

W tej dyscyplinie, totalnej opozycyjności wobec rządu Beaty Szydło, na razie lepsza jest PO. To jej lider ogłosił, że taki właśnie model konfrontacji wybiera i trwa w tym postanowieniu. Nie wystarczy bowiem czegoś zapowiedzieć, warto także to potem realizować.

Na przykładzie zeszłotygodniowych konsultacji międzypartyjnych na temat zażegnania sporu politycznego można było rozpoznać, że w rzeczywistości Schetyna jest w głębszej opozycji wobec PiS niż Petru. O ile ten drugi mówił po spotkaniu z Jarosławem Kaczyńskim, że widzi jakieś światełko w tunelu, o tyle ten pierwszy określił je jako nadjeżdżający pociąg pancerny. Dokładnie to chcieli usłyszeć przeciwnicy obozu rządzącego i tym, kto im to powiedział, był przewodniczący PO, a nie Nowoczesnej. Punkt zatem dla niego.

Mało poważny Petru

Ale o ostatecznym wyniku rywalizacji między tymi dwiema partiami zdecyduje co innego niż tylko to, która z nich będzie bardziej totalna. Tym czymś będzie zdolność do... zamiany ról. Nowoczesna wygra z PO tylko wówczas, gdy nabierze jej cech, a Platforma pokona Nowoczesną, gdy skutecznie zacznie udawać, że jest jej nową inkarnacją.

Co mam na myśli? Jedyną szansą dla Petru jest dociążenie swojego projektu. Do tej pory udawał, że nie jest partią, że to taki ruch społeczny, apolityczny w zasadzie, konfederacja ludzi dobrej woli. I to na razie wystarczało.

Jeśli jednak Nowoczesna ma stać się najpotężniejszą alternatywą dla PiS, to wyborcy muszą w niej dostrzec dużą, poważną, mocną i standardową partię polityczną. Nie ruch społeczny, nie sejmową NGO, ale wielką i ustabilizowaną siłę, która ma wszelkie atuty i narzędzia do odsunięcia Kaczyńskiego od władzy.

Nie zrobi się tego, wciąż udając jakiś apartyjny ruch i wciąż pracując czterema zaganianymi posłankami. To było fajne na kampanię wyborczą i na pierwsze miesiące po wyborach, ale obecnie coraz bardziej razi brak powagi i ciężaru w działaniach Nowoczesnej.

Odnosi się to także do osoby lidera, którego lekkość, optymizm i dobry humor były atutami w kampanii i krótko po niej, ale obecnie rażą i czynią go politykiem zawieszonym w powietrzu. Świadomie walcząc z powagą, bo to nie jest jego styl, nieświadomie grzebie on swoim zachowaniem szanse Nowoczesnej. Ten, który ma pokonać strasznego Kaczyńskiego, sam musi być ciężki, poważny, trochę straszny. Jak Tusk w 2007 roku. Zachowywał wówczas uśmiech i optymizm, ale walił ostro, wiódł poważną, żądną krwi armię ze sobą i zaogniał rywalizację.

Petru nie pokona Kaczyńskiego, a nawet nie pokona Schetyny, jeśli elektorat nie rozpozna w nim i w jego partii najpoważniejszej opozycji wobec PiS. A do tego potrzebna jest zarówno przemiana samego lidera, w kierunku polityka serio, jak i przemiana jego partii. Musi się ona powiększać, musi się otorbiać nowymi działaczami (nawet podłego autoramentu), musi także akceptować transfery posłów do siebie (nawet jeśli będą to karierowicze i łajdacy).

Uspołecznić Platformę

Nowoczesna musi zatem stawać się powoli Platformą. Wyborcy wszystko to wybaczą, jeśli tylko dostrzegą w formacji Petru siłę, która może odsunąć od władzy znienawidzonego Kaczyńskiego.

A co musi zrobić PO, by pokonać Nowoczesną w tej rywalizacji? Dokładnie to samo, tyle że odwrotnie. Musi zacząć udawać, że jest Nowoczesną. Powinna więc zacząć przyjmować w swoje szeregi działaczy społecznych, powinna otworzyć się na nowe środowiska i NGO, powinna pozbywać się ze swego grona osób skompromitowanych i kojarzonych z aferami, a stawiać na młodych i, zwłaszcza, nowych.

Nie zaszkodziłaby jej współpraca z nowymi środowiskami i osobami, a także prowadzenie akcji społecznych luźno jedynie związanych z polityką.

To zabieg o wiele trudniejszy niż ten, który niezbędny jest Nowoczesnej. Ale bez niego formacja Schetyny przegra bój z ugrupowaniem Petru. Zwłaszcza gdyby ten drugi naprawdę poszedł drogą, którą opisuję, i zaczął dociążać swój projekt.

Nie takie rzeczy widzieliśmy

Wynik rywalizacji zależy więc (prócz prowadzenia wobec PiS opozycyjności totalnej) od tego, której z tych partii uda się szybko przejąć cechy tej drugiej i umiejętnie się pod nią podszyć. Nowoczesna musi zacząć udawać poważną, szeroką, obudowaną strukturami, liczną i mającą bogate zaplecze ekspercko-biznesowe partię władzy, a Platforma musi zacząć imitować szeroki, obywatelski, otwarty, spontaniczny i bezinteresowny ruch społeczny.

W obu przypadkach nie jest to zadanie łatwe, ale nie takie imitacje widziała polska polityka po 1989 r.

Autor jest politologiem, był europosłem PiS, PJN i Polski Razem

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA