fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Kozubal: Oświatowy bałagan

Fotorzepa/Marian Zubrzycki
Jeżeli minister edukacji obarcza samorządy odpowiedzialnością za problemy z miejscami w szkołach, to niech wprowadzi kolejny etap reformy, czyli upaństwowi szkoły. Wtedy cofniemy się do PRL-u.

Przekaz dnia partii rządzącej jest mniej więcej taki – to lokalne samorządy odpowiadają za rekrutację do szkół, one też mają zapewnić miejsca dla wszystkich kandydatów. I miałaby rację, gdyby nie fakt, że reforma oświaty została wprowadzona wbrew przeważającej opinii samorządów, rodziców i nauczycieli. I tak naprawdę nie wiadomo po co.

Gdy pod koniec lat 90. ekipa ministra Mirosława Handke zmieniała system edukacji – reforma była wprowadzana stopniowo przez trzy lata. W tym czasie jedna z głównych twórczyń gimnazjów Anna Radziwiłł, wiceminister edukacji, cierpliwie spotykała się z każdym samorządem i tłumaczyła, po co one są. Łączyła je m.in. z koniecznymi zmianami na rynku pracy. Konsekwencją cyklu spotkań były wprowadzane stopniowo korekty.

Teraz obserwujemy stan odmienny, rząd narzucił swoją wolę, pomimo że można było przewidzieć skutki zmian. W efekcie mamy dzisiejsze zderzenie się podwójnego rocznika z rekrutację do szkół.

Ktoś powie, że co roku mniej więcej o tej porze wakacji największą nerwówkę przeżywali rodzice i uczniowie kończący gimnazja. Tyle że wtedy niepewność była mniejsza. Dane podawane przez samorządy mówią same za siebie. Np. w Warszawie nigdzie nie dostało się ponad 3 tys. dzieci, dwa razy więcej niż rok temu w pierwszym etapie rekrutacji.

A co spotka szczęściarzy? Nauka od godz. 7.30 do 17.30 w wynajętych przez samorządy klasach katechetycznych przy kościołach, lekcje w piwnicach przerobionych na sale, WF na korytarzach, oddziały liczące po niemal 40 uczniów. Czy tak już kiedyś nie było?

To nie wszystko. W wielu szkołach można się spodziewać braków kadrowych, bo pedagodzy uciekają z zawodu z powodu marnych pensji (ich wiosenny strajk został tylko zawieszony). Do tego obserwujemy bałagan, jeśli chodzi o programy nauczania, które będą realizowały roczniki najbardziej poszkodowane wprowadzanymi przez PiS zmianami.

Pewne jest, że dzisiejsze emocje tak szybko nie opadną. Od września bałagan oświatowy zaboli z większą siłą, gdy rodzice zobaczą, w jakich warunkach uczą się ich dzieci. Wtedy przebicie się z narracją, że nie popierają oni strajku nauczycieli, będzie zdecydowanie trudniejsze.

Oczywiście na najniższym poziomie pożary będą starali się gasić dyrektorzy szkół i samorządy. I pewnie zrobią to najlepiej, jak potrafią. Tyle że nie na tym powinna polegać rzeczywista reforma oświaty. Jej celem powinna być poprawa, a nie pogarszanie warunków nauki, korekta programów pod kątem ich użyteczności.

Jakiś czas temu w pewnym programie satyrycznym można było usłyszeć następujący dialog.

– Kto odpowiada za oświatę?

– Samorządy.

– Na kogo spadnie całe odium za reformę?

– Na samorządy?

– Kto rządzi w samorządach?

– Oni.

– Kto wygra wybory?

– My – moim zdaniem warto w tym miejscu dodać znak zapytania.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA