fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze ekonomiczne

Paweł Rożyński: Złudne obietnice

Fotorzepa, Jakub Czermiński
Od tysiąca lat marzeniem Polaków jest zarabiać tyle co na Zachodzie. O ile Bolesław Chrobry dążył do tego bezlitośnie łupiąc sąsiadów, o tyle teraz politycy wolą składać mało realne obietnice.

Chciałbym, żeby na koniec tej drugiej pięcioletniej kadencji Polak przeciętnie zarabiał w przeliczeniu na euro co najmniej 2 tysiące – powiedział ubiegający się o reelekcję prezydent Andrzej Duda. Oznaczałoby to niemal podwojenie płac. Nic, tylko przyklasnąć.

Tylko czy nie są to gruszki na wierzbie? Teoretycznie wcale tak być nie musi. Wystarczy tylko, by załamała się strefa euro. Może wtedy Polak średnio zarabiałby i 3 albo 4 tys. euro, a Niemcy przyjeżdżaliby do nas do pracy, przeklinając tych, którzy zdecydowali o odejściu od starej poczciwej marki. Niestety, nie jest to opcja zbyt prawdopodobna, bo potencjalny dramat strefy euro odbiłby się również na polskiej gospodarce, która jest z nią mocno związana (trafia tam z grubsza dwie trzecie naszego eksportu).

Natomiast osiągnięcie dzisiejszej równowartości 2 tys. euro, czyli 8,5 tys. zł, jest znacznie łatwiejsze. Warunkiem jest doprowadzenie do wysokiej inflacji. Już teraz jest wysoka, sięgając 3 proc. w skali roku, a można ją dalece zwiększyć, osłabiając złotego i rozgrzewając drukarki NBP do czerwoności. Czyli paradoksalnie spełnianie kolejnych kosztownych obietnic wyborczych przybliża nas do celu wyznaczonego przez prezydenta.

Chyba że Andrzej Duda pozwolił sobie na pewien skrót myślowy i miał na myśli średnią płacę tylko bliskich mu grup społecznych jak górnicy albo posady działaczy PiS lub wskazanych przez nich osób w spółkach Skarbu Państwa. A tu nikt głodem nie przymiera. Żarty żartami, ale sprawa jest poważna, kiedy rządzący politycy myślą najpierw o tym, jak podnieść płace, dokonać transferów socjalnych, a nie o tym, jak zwiększyć konkurencyjność i produktywność gospodarki.

Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Do tej pory najmocniejszą tego typu obietnicą była deklaracja szefa PiS Jarosława Kaczyńskiego o skoku płacy minimalnej z 2,6 tys. obecnie do 4 tys. w 2023 roku. To niedźwiedzia przysługa dla części pracowników, głównie z tzw. ściany wschodniej. Gdyby została zrealizowana, ukatrupiłaby dużą część tamtejszych firm, które nie udźwignęłyby takich kosztów.

Prezesa Kaczyńskiego można jeszcze zrozumieć, nawet jeśli trochę się zapędził – w ubiegłym roku Polska była blisko szczytu koniunktury z ostatnich lat i o koronawirusie nie słyszeli nawet Chińczycy. Trudniej usprawiedliwiać prezydenta Dudę, bo wie już, w jak dramatycznej sytuacji jesteśmy, jakich spustoszeń dokonuje koronawirus, a nie wie, jak długo to potrwa. W końcu PKB spada, modlimy się, by to było tylko 4–5 proc. w tym roku, a zapożyczać się na poczet przyszłych pokoleń i psuć pieniądza bez końca się nie da. W tym kontekście tak miłe dla ucha deklaracje o 2 tys. euro już za pięć lat brzmią jak jakaś fantasmagoria.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA