fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze ekonomiczne

Krzysztof Adam Kowalczyk: Czy leci z nami pilot? Czyli o pędzącej inflacji i stojących stopach NBP

Inflacja
Adobe Stock
Odpowiedzią RPP na błyskawiczny wzrost inflacji jest schowanie głowy w piasek. I przekonywanie nas wszystkich, że gorączka wyższych cen przejdzie sama z siebie, bez lekarskiej interwencji.

W środę Rada Polityki Pieniężnej na swoim comiesięcznym posiedzeniu dłuuuuuuuugo dyskutowała, by… nic nie zrobić. Mimo że w minionym miesiącu inflacja kolejny raz poszła w górę, by sięgnąć najwyższego od niemal dekady poziomu 4,8 proc., grupa mędrców ponoszących ustawową odpowiedzialność za stabilność cen w Polsce, zostawiła główna stopę procentową NBP na rekordowo niskim poziomie 0,1 proc.

Zaniepokojonym obywatelom Rada oznajmiła w komunikacie, że co prawda spodziewa się „utrzymywania rocznego wskaźnika inflacji w najbliższych miesiącach powyżej górnej granicy odchyleń od celu inflacyjnego” (czyli powyżej 3,5 proc.), to „w przyszłym roku, po wygaśnięciu czynników przejściowo podwyższających dynamikę cen, oczekuje obniżenia się inflacji”. Czytaj: wprawdzie stracicie co najmniej kolejne 3,5 proc. Waszych oszczędności i pensji (chyba szef da podwyżkę), ale potem wszystko samo wróci do normy, słowo harcerza!

Ekonomiści zinterpretowali komunikat w taki sposób:

- Rada sugeruje zewnętrzne przyczyny wzrostu cen (np. droższa ropa) i nie docenia czynników wewnętrznych, co nie wróży dobrze na przyszłość, jeśli chodzi o walkę z inflacją,

- w tym roku podwyżek stóp NBP nie będzie,

- dla RPP ważniejszy od umiarkowanej inflacji jest wyższy wzrost PKB, co – moim zdaniem – idzie w poprzek ustawowego mandatu RPP/NBP,

- realna stopa procentowa w Polsce na poziomie ok. -3 proc. jest dla Rady do przyjęcia,

Wszystko to na podstawie suchego komunikatu. Ponieważ od ponad roku, czyli wybuchu pandemii, nie ma po posiedzeniach RPP konferencji prasowych, analitycy i dziennikarze zamiast po prostu zapytać członków Rady o interpretację, zmuszeni są dokonywać jej samemu. Wczytują się w komunikat, sprawdzają, co zniknęło w porównaniu z poprzednim, co doszło i gdzie pojawił się nieco mocniejszy akcent. Przypomina to pracę kremlinologów z okresu zimnej wojny, którzy na podstawie tego, kto zniknął z trybuny pierwszomajowej, a kto się tam pojawił i kto stał blisko kogo wnioskowali o kierunkach polityki całego imperium radzieckiego.

Zmuszanie obserwatorów do „kremlinologii monetarnej” nijak nie przystoi bankowi centralnemu w demokratycznym państwie. A comiesięczne pogadanki prezesa NBP na YouTube z odpowiedziami na nadesłane mailem pytania nie zastąpią solidnej bezpośredniej komunikacji z rynkiem i obywatelami. Podobnie jak jego zafrasowana mina nie zastąpi realnych działań mających powstrzymać rosnąca inflację.

 

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA