fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Kornel Morawiecki: Wolność trzeba było wywalczyć

Audiencja u Jana Pawła II, 3 maja 1988 r. W jaki sposób Kornel Morawiecki znalazł się wtedy we Włoszech? – W wyniku podstępu bezpieki – wspomina. – Skłamali, że Andrzej Kołodziej ma raka, wymaga leczenia. Nie było to prawdą. Do Polski wróciłem później nielegalnie.
Archiwum Solidarnosci Walczacej
- Nie spodziewaliśmy się zwycięstwa. Traktowaliśmy naszą działalność honorowo - mówi Kornel Morawiecki, twórca Solidarności Walczącej.

Rzeczpospolita: O co poszło w pańskim sporze z Władysławem Frasyniukiem, w 1982 r. szefem Regionalnego Komitetu Strajkowego na Dolnym Śląsku?

Kornel Morawiecki: Byłem zdania, że pierwsze miesiące stanu wojennego zostały przespane. Wcześniej powinna powstać organizacja ogólnokrajowa, a nie dopiero 22 kwietnia 1982 r., kiedy utworzono Tymczasową Komisję Koordynacyjną NSZZ „S". Poróżniła nas też strategia działania. Uważałem, że demonstracje społeczne są czymś bardziej anonimowym, a zarazem mobilizującym społeczeństwo. Frasyniuk twierdził, że nie należy ich organizować.

Był pan bezkompromisowy wobec komunizmu.

Ja byłem człowiekiem Solidarności – i dopiero atak na nią, to, że komuniści zawarli z nami porozumienie, a potem nas zaczęli aresztować, że nas zdelegalizowali, spowodowało radykalizację. To nas skłoniło do utworzenia Solidarności Walczącej. Wiedzieliśmy, że wolności się nie wyprosi, nie wynegocjuje, nie wymodli. Że trzeba ją wywalczyć.

Od początku byli państwo pewni, że strategia SW jest słuszna?

Początki były najtrudniejsze, w niepewności, czy robimy dobrze, czy źle. Niektórzy konspiratorzy z Solidarności, uczciwi i porządni ludzie, do nas nie przeszli. Uważali, że to się nie uda. Pierwszym naszym testem, który się w miarę zdaliśmy, była manifestacja we Wrocławiu na półrocze wybuchu stanu wojennego. Nasze delikatne wezwania do składania kwiatów przerodziły się w wielogodzinną walkę z ZOMO. Okazało się, że jest miejsce na Solidarność Walczącą.

Pan i Władysław Frasyniuk byliście każdy z innego świata. On: 26-latek, robotnik. Pan: 14 lat starszy, doktor fizyki. Trzon SW stanowili właśnie naukowcy związani z Politechniką Wrocławską.

Ważniejsze od wykształcenia było to, że sobie ufaliśmy. Nasze środowisko było przetestowane przez lata konspiracji, działaliśmy razem zanim jeszcze powstała „S". Nazwałbym je środowiskiem uczelniano-przyjacielskim.

Solidarność Walcząca – kto wymyślił tę nazwę?

Pomysłodawcą był prawdopodobnie Tadek Świerczewski (wrocławski inżynier, współzałożyciel SW – red.). Oryginalnym naszym pomysłem był też symbol organizacji, litera „S" z kotwicą – symbol łatwy do zapamiętania i kreślenia na murach. Nawiązywaliśmy w ten sposób zarówno do konspiracji wojennej, jak i do Solidarności.

Jaki był państwa pomysł na działanie?

Chcieliśmy pokazać społeczeństwu, że jesteśmy. Także poprzez gazety, ulotki, napisy na murach, radio, demonstracje.

A propos radia – ścisłe wykształcenie członków SW zapewne było pomocne w konstruowaniu nadajników?

To prawda. Mieliśmy kontakty na Politechnice Wrocławskiej, z profesorami, kolegami, którzy z nami współpracowali. Jednym z twórców naszego nasłuchu, kontrwywiadu, był śp. Jan Pawłowski (wrocławski fizyk – red.). On zajmował się tym jeszcze przed powstaniem SW.

Prowadząc konspirację – nawet związkową – robiliśmy to na poważnie. Byliśmy lepiej do tego przygotowani niż RKS. Frasyniuk, Józef Pinior (prawnik po UWr – red.) czy nieżyjący już Piotr Bednarz (wrocławski robotnik – red.) traktowali swoją działalność politycznie. My – ideowo. Oni – jako metodę uzyskania pewnych celów. My – jako całe nasze życie. Nie spodziewaliśmy się zwycięstwa. Traktowaliśmy to honorowo.

Jak to możliwe, że w tak trudnych warunkach, w stanie wojennym, udało się państwu zorganizować całą siatkę drukarzy, kurierów?

Trudności nas zahartowały. Bardzo ważne było to, że w kierownictwie organizacji nie było informatorów bezpieki. Potwierdzają to dane z IPN. Powstały różne dokumenty SB dotyczące kształtu Rady Solidarności Walczącej, ale mijały się one z prawdą. Na przykład sugerowały, że Rada składa się z 30 członków, tymczasem nigdy nie było w niej więcej niż 13 osób.

A sami mieli państwo wtyczki w bezpiece?

Mieliśmy, ale nie były one bardzo pomocne. W 1983 r. z wrocławskiej SB zwolniono kilkudziesięciu funkcjonariuszy. Dobrze że ich zwolnili, w końcu to byli esbecy, ale to nie oni nas informowali. W bezpiece zrodził się chaos. To działało na naszą korzyść, ale głębiej zakonspirowaną w SB mieliśmy tylko jedną osobę. Mieliśmy też kontakt z pewnymi oficerami, ale im nie wierzyliśmy; nie było wiadomo, czy nie prowadzą z nami jakiejś gry. Dopiero potem się okazało, że byli uczciwi.

Z których akcji SW był pan najbardziej zadowolony?

Były różne demonstracje. Chociażby wielka z sierpnia 1982 r.

Śmiertelnie raniony został wtedy robotnik Kazimierz Michalczyk. Milicyjna ciężarówka przejechała studenta Jarosława Hyka. On na szczęście przeżył.

Tak. To były dramatyczne wydarzenia. Potem była demonstracja 1 maja 1983 r. Gdy milicja próbowała nas rozpędzić, została zagazowana trybuna honorowa. Komuniści uciekali z niej w popłochu. W tym sowiecki generał, który na przypomnienie przez jednego z członków PZPR o przyjęciu organizowanym po pochodzie pierwszomajowym zaklął: „A job twoju mat' s takom prazdnikom!".

Pan wtedy się ukrywał. Był pan dla bezpieki nieuchwytny przez sześć lat.

To zasługa moich kolegów. Przez te lata mieszkałem w 60-70 mieszkaniach. Zwykle u rodzin. Część z nich znaleźliśmy, mając dobrego nosa, część po znajomości. Pamiętam Władzię Konstantynowicz, u której mieszkałem na początku 1983 r. Zapytałem, jak długo możemy u niej zostać. Ona, że ile tylko zechcemy. Ja na to, czy u niej bezpiecznie, a ona: „U mnie zawsze bezpiecznie". I tak było.

Dlaczego ukrywał się pan właśnie u rodzin?

Nie chciałem zwracać na siebie uwagi. W jednym domu mieszkałem jako wujek Zdzicho, który przyjechał z Mazur. Po latach chłopiec, z którym często odrabiałem lekcje zobaczył mnie w telewizorze – wówczas już się ujawniłem – i krzyknął: „O! Wujek Zdzicho w telewizji!".

Jak często w czasie ukrywania się widywał pan swoją rodzinę?

Syna widziałem raz. Żonę może kilka razy. Córki też rzadko. Byłem poszukiwany, odciągnięcie rodziny od esbecji wiązało się z bardzo dużym wysiłkiem organizacyjnym. Rozłąka była ciężka.

Pana syna, Mateusza, wówczas nastolatka, porwano i wywieziono do lasu. Grożono mu śmiercią.

Dostał parę razy po głowie, postraszyli go. Ale wypuścili. Dowiedziałem się o tym z opóźnieniem. Nie wiedziałem też o akcji odwetowej.

Odwetowej?

Chodzi o szefa wrocławskiej SB płk. Czesława Błażejewskiego. Pewnego dnia dostał wiadomość, że widziano go, jak stał pijany na balkonie, by wiedział, że SW zna jego adres, obserwuje go. A potem był plan spalenia jego altanki ogrodowej. Ale chłopcy się pomylili. Spalili altankę sąsiada.

W końcu wpadł pan w ręce bezpieki.

To była moja wina. Po latach ukrywania się byłem za mało ostrożny. Szedłem z książką „Warto być przyzwoitym" Władysława Bartoszewskiego do miejsca, w którym miałem zaprzysiąc dwie dziewczyny mające wejścia do drukarni państwowej. Ale było wiadomo, że wcześniej jeden z naszych chłopaków wsypał to miejsce, w mieszkaniu musiał być podsłuch. Przyjechali 10 minut po moim przyjściu. Zostałem aresztowany. Pół roku później, w wyniku podstępu bezpieki, razem z Andrzejem Kołodziejem znaleźliśmy się w Rzymie. Skłamali, że Andrzej ma raka, wymaga leczenia. Do Polski wróciłem później nielegalnie.

Pana środowisko nie odegrało żadnej roli w obradach Okrągłego Stołu.

Proponowano nam udział w rozmowach, ale odmówiliśmy.

Kto proponował?

Grupa: Zbigniew Bujak, Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Leszek Moczulski. Jednak my chcieliśmy pokonać komunę, a nie iść na ustępstwa wobec komunistów. Ugoda była nastawiona na konserwację systemu, a nie jego obalenie.

Solidarność Walcząca była wyjątkowa w tym sensie, że głośno stawialiśmy postulaty zniszczenia komunizmu czy rozpadu Związku Sowieckiego. Nie robili tego ani Ronald Reagan, ani Margaret Thatcher, ani Jan Paweł II. To było wariactwo z naszej strony. Los jednak sprawił, że to, co wydawało się nierealne, stało się możliwe.

Kornel Morawiecki

Ur. 9 maja 1941 w Warszawie. Doktor fizyki, działacz opozycji demokratycznej w PRL. W marcu 1968 r. uczestnik strajków studenckich. W latach 1979–1980 współpracownik Klubu Samoobrony Społecznej we Wrocławiu. Od września 1980 współorganizator Solidarności na Dolnym Śląsku, delegat na I Krajowy Zjazd Delegatów. Przygotował i drukował odezwy w języku rosyjskim do żołnierzy sowieckich stacjonujących w Polsce.

Po wprowadzeniu stanu wojennego redaktor „Z Dnia na Dzień", organizator sieci kolportażu i druku podziemnej prasy. W maju 1982 r. odszedł z Regionalnego Komitetu Strajkowego na skutek różnicy zdań z Władysławem Frasyniukiem, w czerwcu 1982 r. założył Solidarność Walczącą.

Aresztowany w listopadzie 1987 r., deportowany z kraju, po trzech dniach powrócił i znów został deportowany. Do kraju wrócił nielegalnie w sierpniu 1988 r.

Przeciwnik Okrągłego Stołu i wyborów z czerwca 1989 r. Ujawnił się w czerwcu 1990 r. na zjeździe założycielskim Partii Wolności. Obecnie poseł na Sejm, marszałek senior. –sl

„Walczyć o solidarność"

Wobec Boga i Ojczyzny przysięgam walczyć o wolną i niepodległą Rzeczpospolitą Solidarną, poświęcać swe siły, czas – a jeśli zajdzie potrzeba – swe życie dla zbudowania takiej Polski. Przysięgam walczyć o solidarność między ludźmi i narodami. Przysięgam rozwijać idee naszego Ruchu nie zdradzić go i sumiennie spełniać powierzone mi w nim zadania.

(rota przysięgi Solidarności Walczącej)

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA