fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Przyszłość polskiego kina w Koszalinie

Kadr z filmu "Polskie gówno"
Next Film
Wielki Jantar festiwalu „Młodzi i Film” w Koszalinie zdobył film „Polskie gówno” Grzegorza Jankowskiego. Wielki sukces odniosła „Noc Walpurgi” Marcina Bortkiewcza, nagrodzona przez jury za scenariusz i rolę Małgorzaty Zajączkowskiej, a także przez dziennikarzy, jury młodzieżowe i publiczność

Festiwal w Koszalinie to bardzo ważne wydarzenie na filmowej mapie Polski. Tu bowiem nagradza się pierwsze filmy, wyławia twórców, którzy już niedługo będą decydować o obliczu polskiego kina. „Koszalin" przez lata miewał edycje lepsze i gorsze, dzisiaj - w dobie pokoleniowej zmiany warty - staje się imprezą coraz ciekawszą. I, co warto podkreślić, odważną.

W tym roku zestaw festiwalowych filmów był naprawdę ciekawy, a nagrodzone tytuły wymykają się sztampie. Ich autorzy ryzykują: szukają nowej filmowej estetyki, nowego języka, intensywniejszego kontaktu z widzem.

„Polskie gówno" Grzegorza Jankowskiego to historia trasy koncertowej, którą zespołowi Tranzystory z Pruszcza Gdańskiego organizuje komornik Czesław Skandal pragnący zostać muzycznym menedżerem. Kino energetyczne i mocne, które nie trafi do amatorów melodramatów i opowieści o silnych mężczyznach zbawiających świat. Ten film, któremu wyrazistości nadają Tymon Tymański i Robert Brylewski, jest brawurowym obrazem polskiego showbiznesu - skarlałego i pełnego przekrętów. Ale odbija się w nim też dzisiejsza Polska, z jej rozbudzonymi aspiracjami, które przegrywają z siermiężną wciąż rzeczywistością, z codzienną hochsztaplerką, ale też marzeniami. Jurorzy obradujący pod przewodnictwem Łukasza Palkowskiego w uzasadnieniu nagrody napisali: „za bezpretensjonalność, wściekłą szyderczość, spójność estetyczną, wytrwałość i niezwykły ładunek energii".

Jurorzy wyraźnie szukali na ekranie oryginalności, bo Jantarem za reżyserię nagrodzili wybitnego artystę polskiego teatru Grzegorza Jarzynę za „mistrzowskie prowadzenie aktorów i zaskakujące przeniesienie języka teatru na ekran" w „Między nami dobrze jest". Ekranizacja sztuki Doroty Masłowskiej to kino-eksperyment: umieszczona w minimalistycznej przestrzeni wiwisekcja polskiego społeczeństwa. Słuszna nagroda aktorska dla Adama Woronowicza.

Swego rodzaju eksperymentem jest też „Noc Walpurgi" Marcina Bortkiewicza. Szalenie interesujący debiutant, który przedtem dał się poznać jako autor świetnych filmów krótkich, ma w sobie wielką odwagę. Po premierze „Wenus w futrze" Roman Polański mówił, że całe życie marzył, by zrobić film z tylko dwojgiem aktorów. Bortkiewicz zrobił to w swojej pierwszej fabule. Do wielkiej divy operowej przychodzi po spektaklu młody człowiek. Podaje się za dziennikarza, który chce przeprowadzić z nią wywiad dla „Paris Match". Kim jest naprawdę? A kim jest diva brawurowo zagrana przez Małgorzatę Zajączkowską? Jaką tajemnicę nosi ona w sobie? Jaką potworną wojenną zadrę z czasów, gdy była w łódzkim getcie? Co próbowała wytrzeć z pamięci? W miarę upływu czasu gra, jaka toczy się między dwojgiem ludzi, staje się coraz bardziej niebezpieczna. Kobieta zrzuca kolejne maski. W pierwszej scenie wchodzi do garderoby w kostiumie i tonach makijażu, w ostatniej będzie bez krztyny szminki, całkowicie bezbronna. Ogromnie intrygujący film. Sztuczność, która na początku razi, okazuje się potrzebna. Tym mocniej bowiem wybrzmi potem prawda. Teatr zamieni się w życie.

A że debiutować można w każdym wieku? W tegorocznym konkursie znalazł się film „Sprawiedliwy". Michał Szczerbic, kiedyś znakomity kierownik produkcji, niedawno scenarzysta „Róży" Wojciecha Smarzowskiego, teraz - mając 71 lat - debiutuje jako reżyser. Opowieścią o wojnie i przyjaźni żydowskiej dziewczynki i dziwaka, dwojga ludzi odrzuconych.

Co jeszcze widać z perspektywy Koszalina? Nasze kino się staje się „międzynarodowe". Niedawno polską kinematografię reprezentował w Cannes film Szweda Magnusa von Horna. W Koszalinie do konkursu trafiła „Arizona w mojej głowie" Szwajcara Matthiasa Husera, który opowiedział o ludziach bezrobotnych, o końcu epoki, o samotności i nieumiejętności zbliżenia się do siebie w trudnej chwili. Film był kręcony w Polsce, a w głównej roku wystąpili Krzysztof Kiersznowski i Eryk Lubos.

Mamy dobry rok debiutów, a ważne jest i to, że swoje pierwsze fabuły robią już następni reżyserzy, którzy dali się poznać jako bardzo ciekawi autorzy krótkich filmów, m.in. Kuba Czekaj („Ciemnego pokoju nie trzeba się bać") i Grzegorz Zariczny („Gwizdek").

Panuje opinia, że polskie kino ma się dobrze. Dziś śmiało można powiedzieć, że - mając takich debiutantów - będzie się też miało dobrze w przyszłości.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA