fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Angielska ofiara KGB

Judi Dench tym razem jako agentka Moskwy. Młodą bohaterkę zagrała Sophie Cookson
BEST FILM
Judi Dench zachwyca w filmie Trevora Nunna „Tajemnice Joan" – o tym, jak archiwa wywiadów nie ulegają przedawnieniu, a tajemnica z przeszłości niszczy życie.

Londyn, rok 2000. Dom z ogródkiem, elegancki salon, na komódce rodzinne zdjęcia. Kobieta z siwymi włosami o twarzy, która natychmiast wzbudza zaufanie. Pełny spokój. Tylko łomot do drzwi zbyt głośny i gwałtowny.

W progu staje dwójka funkcjonariuszy Wydziału Specjalnego MI5: „Jest pani oskarżona o 27 naruszeń tajemnicy państwowej. Proszę z nami". Starsza pani niczego nie rozumie. Albo tylko udaje. Jednak śledczy wypełnili zadanie sumiennie. Wiedzą o niej wszystko. Jej akta zaczynają się w 1938 r., gdy studiowała fizykę w Cambridge.

To początek „Tajemnic Joan" Trevora Nunna, adaptacji książki Jennie Rooney opartej na autentycznej historii Melity Norwood – Brytyjki, która w czasie II wojny światowej współpracowała z KGB. W filmie w czasie przesłuchań wraca przeszłość, którą Joan Stanley przez lata próbowała z siebie wyprzeć.

Jako młoda dziewczyna zakochała się w rosyjskim studencie i zbliżyła do organizacji komunistycznej. Gdy trafiła do ośrodka badań nad bombą atomową, po tragedii Hiroszimy i Nagasaki wydała najpilniej strzeżone, naukowe tajemnice Rosjanom.

Teraz, po osiemdziesiątce, mierzy się z dawną miłością, ale przede wszystkim ze swoją decyzją przekazania informacji obcemu wywiadowi. Była zdrajczynią czy bohaterką? Czym się kierowała, wchodząc świadomie w najbardziej niebezpieczną grę życia?

Joan musi wrócić do tamtego czasu, ale też rozliczyć się z niego przed społeczeństwem i przed synem – znanym prawnikiem.

„Tajemnice Joan" toczą się w retrospekcjach, ale nie byłoby tego filmu bez części współczesnej i bez Judi Dench w roli tytułowej. To dzięki tej aktorce film nie jest kolejnym thrillerem, lecz opowieścią o ludzkim dramacie.

84-letnia Judi Dench jest w świecie kina ikoną. Dama imperium brytyjskiego ma Oscara, dwa Złote Globy, cztery nagrody BAFTA, Europejską Nagrodę Filmową i mnóstwo wyróżnień przyznawanych przez krytyków, widzów, festiwale.

Te wszystkie trofea uzbierała w ciągu ostatnich 35 lat, bo kino pokochało ją dopiero, gdy była po pięćdziesiątce. Przedtem występowała głównie w teatrze, gdzie zasłynęła z szekspirowskich ról. Zagrała je niemal wszystkie, od Ofelii i Julii po lady Makbet.

– Były dla mnie jak elementarz. Nikt lepiej nie opisał miłości, nienawiści, wielkich namiętności, chciwości, zawiści, walki o władzę. Dziś artyści mogą interpretować dzieła Szekspira w bardzo różny sposób, dostosowywać je do sytuacji i momentu historii — mówi.

Występowała też w sztukach współczesnych. Tu do jej wielkich kreacji należała m.in. Sally Bowles z „Kabaretu".

W kinie pierwszą naprawdę ważną rolę zagrała dopiero w 1985 r., w „Pokoju z widokiem" Jamesa Ivory'ego. Trzynaście lat później dostała pierwszą z siedmiu nominacji do Oscara za rolę w „Jej Wysokości pani Brown" Johna Maddena, statuetkę odebrała w 1999 r. za drugoplanową rolę Elżbiety I w „Zakochanym Szekspirze" tego samego reżysera.

– W teatrze trzeba grać ekspresyjnie i wyraziście, by dotrzeć do widza siedzącego w ostatnim rzędzie – mówi. – Kino nauczyło mnie oszczędnego grania. Kamera wyłapuje drobne gesty, oczy zdradzają każdą myśl w głowie.

Aktorka ma na koncie piękne role w filmach Lasse Hallstroma („Czekolada", „Kroniki portowe"), była wzruszającą, zapadającą na chorobę Alzheimera Iris Murdoch w „Iris" Richarda Eyre, świadkiem romansu czterdziestoletniej nauczycielki z uczniem w „Notatkach o skandalu" Eyre, wspaniałą, pełną tolerancji i mądrości Liliane z „Dziewięć" Roba Marshalla, zarządczynią domu w stylowej „Jane Eyre" Fukunagi.

Wielokrotnie wcielała się w bohaterki filmów Stephena Frearsa: w tytułową „Panią Henderson", krzywdzoną przez zakonne siostry, szukającą odebranego jej w młodości dziecka Filomenę z „Tajemnicy Filomeny" czy królową Wiktorię, która zaprzyjaźnia się z Hindusem w „Powierniku królowej". A szeroką popularność zdobyła dzięki roli szefowej wywiadu M z serii filmów o Bondzie.

Duma starości

Jest niebywale aktywna. Gra, promuje filmy na festiwalach, nie unika wywiadów z dziennikarzami.

Reżyserzy opowiadają, że wszystkich zaraża miłością do kina i nie popada w rutynę: na plan wnosi świeżość i energię.

Kilka lat temu miała kłopot z biodrem, ale szybko poddała się operacji, dziś narzeka na problemy z oczami: ktoś musi jej czytać scenariusze. Ale nie poddaje się. Zachwyca poczuciem humoru, inteligencją, naturalnością.

Po osiemdziesiątce wytatuowała sobie na nadgarstku napis: „Carpe diem", a jednocześnie w jej postawie nie ma krztyny hollywoodzkiego oszukiwania czasu. Judi Dench udowadnia, że można pięknie i ciekawie żyć w każdym wieku. A pytania o starość ucina:

– Starość nie jest niebezpieczna. Albo inaczej: jest tak samo niebezpieczna jak młodość. Jak mówią mi o emeryturze, tylko pytam: „Dlaczego?". Bez aktorstwa nie potrafię żyć.

Wystarczy wejść na stronę jakiegokolwiek portalu filmowego, żeby dowiedzieć się, że w najbliższym roku zobaczymy ją w pięciu nowych produkcjach, m.in: „Cats" Toma Hoopera i „Artemis Fowl" Kennetha Branagha.

Na razie można ją oglądać w „Tajemnicach Joan". Jej twarz zostaje w pamięci na długo. Prawdziwa. Poryta zmarszczkami. Z oczami, w których kryją się ból zdradzonej miłości, niepewność, wyrzuty sumienia, pytania o najważniejsze wybory, do jakich zmusza człowieka życie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA