Festiwal Beethovena

Muzyka, która pochodzi od Boga

materiały
Wieczór amerykańskiego dyrygenta Leonarda Slatkina i katowickiej orkiestry to zdarzenie, które przejdzie do historii Wielkanocnego Festiwalu Beethovenowskiego.

Rzadko pojawia się równie znakomite porozumienie między muzykami i dyrygentem jak w przypadku Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia i Leonarda Slatkina. Rzadko też my, słuchacze mamy szczęście obcować z interpretacją przemyślaną i zrealizowaną w każdym szczególe.

Tak było właśnie w czwartek w Filharmonii Narodowej. Leonard Slatkin, artysta wielce doświadczony, nie tylko dlatego, że przekroczył już siedemdziesiątkę, ale po prostu pracował z najlepszymi orkiestrami Ameryki i Europy, wybrał na ten koncert II Symfonię Gustava Mahlera. Nazywana jest Symfonią „Zmartwychwstania”, bo tematem jest życie, śmierć i zmartwychwstanie, ale jej kontekst ideowo-literacki nie jest tak ważny jak sama materia muzyczna.

Nas może oczywiście interesować fakt, że pierwszą część swego dzieła Mahler skomponował poruszony lekturą „Dziadów” Mickiewicza w niemieckim tłumaczeniu, doszukiwanie się  jednak konkretnych treści zubaża tę symfonię. Leonard Slatkin skupił się więc na tym, czego oczekiwał od wykonawców kompozytor. Po pierwszej części tego ogromnego utworu, trwającego 80 minut, zgodnie z wolą Mahlera wprowadził przerwę, cztery pozostałem zagrał bez chwili wytchnienia.

W zaskakujący natomiast sposób amerykański dyrygent uzupełnił część pierwszą, rozpoczynającą się posępnym żałobnym motywem. Połączył ją z wyrafinowaną brzmieniową pieśnią „Kadysz” Maurice’a Ravela. Delikatny sopran szwajcarskiej śpiewaczki Martiny Jankovej dodawał jej lekkości, wyrażał nadzieję na spotkanie z Bogiem. Tym silniejszy stał się też kontrast z początkiem Symfonii „Zmartwychwstania”.

Ci, którzy nie lubią muzyki Mahlera, twierdzą, że w jego utworach jest za wiele pomysłów i wątków. Można odnieść takie wrażenie, kiedy obcuje się z kiepskimi interpretacjami. Leonard Slatkin udowodnił, że każda myśl ma tu głębokie uzasadnienie. Tak powstała frapująca i konsekwentna narracja, w której po posępnym marszu, w części kolejnej smyczki cieszyły ucho słuchaczy lekkością i finezją, potem nastąpiło diabolicznie złowieszcze scherzo, z dominującą rolą instrumentów dętych.

Cześć czwarta II Symfonii to nostalgiczne solo mezzosopranu, zaczynające się od słów: „Pochodzę do Boga i chcę doń wrócić”. Argentyńska śpiewaczka Bernarda Fink zaśpiewała to wyznanie Nz ogromną szlachetnością. Potem już przyszła pora na monumentalny finał. W nim zaś Mahler, wzorując się na IX Symfonii Beethovena użył wielkiego chóru. W Filharmonii były to aż dwa zespoły z Wrocławia: Chór Narodowego Forum Muzyki i Polski Narodowy Chór Młodzieżowy, oba świetnie przygotowane, dostosowane poziomem do całości.

Pochwaliłem już wszystkich z wyjątkiem orkiestry. A przecież katowiccy muzycy zagrali wyjątkowo pięknym, miękkim dźwiękiem o doskonałych proporcjach, Podziwiać należy ich intonacyjną czystość i wzajemne sobie partnerowanie.

Na Wielkanocnym Festiwalu Beethovenowskim normą się stało, że niemal każdy koncert kończy się owacją na stojąco. Często jest to wyraz nadmiernej życzliwości widowni, tym razem entuzjazm był jak najbardziej uzasadniony i spontaniczny.

Źródło: rp.pl

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL