fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Mariusz Cieślik: SB z przeszkodami

AFP
Jakby mi ktoś powiedział, że podróże zagraniczne będą wymagały gimnastyki jak za komuny, tobym nie uwierzył.

A jednak piszę te słowa w samolocie, wciąż bez pewności, że wpuszczą mnie tam, gdzie się wybieram. Oczywiście, skala trudności jest mniejsza niż za PRL-u. Pamiętam z tamtych czasów uciążliwe i często upokarzające starania o wizę. I – tak, tak, szanowni państwo – wizytę u oficera SB. Na swoim przykładzie mogę zresztą dowieść, że bezpieka wcale nie była dobrze poinformowana. Pan kapitan, wydając mi w grudniu 1988 roku paszport z pieczątką „wszystkie kraje świata", zaprosił na rozmowę po powrocie. Tymczasem w styczniu 1989 roku okazało się, że każdy może mieć paszport w domu, i nie pogadaliśmy.

Rzecz jasna to, co wtedy uważano za ponurą normalność, teraz uznano by za prześladowanie. Dziś nie radzimy sobie z wyzwaniami znacznie prostszymi. Pewien mój znajomy, człowiek uważany za inteligentnego, nie był w stanie załatwić formalności i wakacje spędził u siebie w salonie. Dobrze, że ma duże mieszkanie. Jeśli mam być szczery, skończyłbym jak on, gdyby ktoś mnie nie wyręczył.

Wyjazd na zagraniczny urlop to dziś bieg z przeszkodami. Już samo kupienie biletu na samolot czy wycieczki nastręcza trudności do niedawna niewyobrażalnych. Niby „destynacje" są niezliczone, ale podróż do hotelu w egzotycznym kraju trwa coś koło 20 godzin. 15 to chyba najniższy wymiar kary. Większość lotów została odwołana i trzeba się liczyć z przesiadkami. Jeśli już nawet uda się kupić wycieczkę, to i tak ją odwołują. To przydarzyło się innej znajomej, która została z urlopem jak Himilsbach z angielskim. Ale podobno jest to powszechne.

Zanim wyjazd odwołają, trzeba zrobić test na Covid (nic przyjemnego, człowiek się przez chwilę zastanawia, czy nie przebiją mu się do mózgu) i słono zapłacić za zaświadczenie w języku obcym. Standardowo potrzebujemy też specjalnego kodu QR z resortu zdrowia kraju, do którego podróżujemy. Jeszcze inna koleżanka tego nie dopilnowała i mąż z dzieckiem musieli na nią czekać 24 godziny na lotnisku. A potem już tylko kilkanaście godzin podróży w obowiązkowej maseczce i wnikliwa kontrola w kraju przylotu, gdzie również trzeba się cały czas poruszać w maseczce.

Po tym wszystkim człowiek się zastanawia, po co tak się męczyć, płacąc za to kupę pieniędzy (bo jest znacznie drożej niż kiedyś). Jeśli o mnie chodzi, to widzę tylko jeden powód. Wreszcie po latach mogę napisać panu kapitanowi, że pojadę, gdzie chcę, i SB może mnie w d... pocałować.

Autor jest publicystą, scenarzystą i satyrykiem

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA