fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Maciejewski: Słabość silnych

Fotorzepa, Robert Gardziński
Akcja „Nie świruj, idź na wybory" poruszyła temat, który powinien się znajdować nie tylko w centrum tej kampanii, ale w ogóle polskiego sporu politycznego już od wielu lat.

Sprawę z pogranicza psychiatrii i polityczności, schizofrenii i funkcjonowania państwa. Państwa pozbawionego swojego mózgu i dręczonego przez to omamami nieistniejących zagrożeń, a nieświadomego prawdziwych niebezpieczeństw. Organizmu, który jest nie tyle ślepy na to, co dzieje się wokół niego, ile patrzy na świat setkami par skupionych na wąskich obszarach oczu i zdobytą w ten sposób wiedzę przesyła do setek podejmujących decyzje ośrodków. Ale nie ma miejsca, organu, który cały ten chaos informacji i impulsów byłby w stanie połączyć, zrozumieć i znaleźć nań odpowiedź. Nie ma tego, czym w organizmie ludzkim jest mózg.

O konieczności stworzenia państwowego, instytucjonalnego odpowiednika tego narządu – czegoś, czym w PRL był Komitet Centralny, a w III RP próbowało stać się Rządowe Centrum Studiów Strategicznych – najczęściej mówią i piszą Jan Rokita i Rafał Matyja. Dwóch obserwatorów polskiej polityki, których krytyka działań PiS jest dla tej partii szczególnie dotkliwa. A raczej powinna być, bo robienie Kaczyńskiemu wyrzutów o słabość i nieporadność jego rządów jest ostatnią rzeczą, która przyszłaby do głowy przeciwnikom rządu; krytyką, w odpowiedzi na którą jego zwolennicy najłatwiej znaleźliby kontrargumenty. Bo jedni i drudzy – i na tym również polega schizofreniczność polskiej polityczności – gwałtowność mylą z siłą, legislacyjną i narracyjną agresywność z rzeczywistą sprawnością.

Bo najpilniej skrywaną tajemnicą takich przywódców jak Orbán, Kaczyński czy  jeszcze do niedawna Fico – o czym Matyja pisał w swoim „Wyjściu awaryjnym" – jest ich słabość. Bezradność wobec silniejszych państw, wielkich korporacji i niewydolności instrumentów, które dostali do rąk po wyborczych zwycięstwach. To w odpowiedzi na nią odgrywają oni spektakl siły, bezpardonowego rozliczania się z przeciwnikami, wbrew zgniłym demoliberalnym regułom gry. Przedstawienie, które jednych przeraża, drugich upaja, a zasługuje najwyżej na wzruszenie ramion. Jak każdy polityczny monodram, spektakl jednego aktora. Bo nieważne, jak wściekle by był on inteligentny, jego umysł i tak nie zastąpi mózgu państwa.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA