fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Zmarnowany cykl

AdobeStock
Kolejne informacje GUS o wzroście PKB wywołują lekką różnicę w ocenach między przedstawicielami rządu i oceniającymi sytuację ekonomistami. Rząd z dumą chwali się szybko rosnącą produkcją. Ekonomiści patrzą z coraz większym niepokojem na bardzo kiepskie wyniki w zakresie inwestycji. Rząd odpowiada, że przecież inwestycje rosną, więc nie ma zmartwienia.

Ekonomiści mówią, że wzrost ten jest zbyt mały i występuje za późno, a w dodatku najgorzej wygląda tam, gdzie jest najbardziej potrzebny – w inwestycjach przedsiębiorstw. Rząd odparowuje, że to nie ma większego znaczenia, bo głównym silnikiem rozwoju jest przecież w wielu krajach konsumpcja.

Ekonomiści marudzą, że przy takim poziomie inwestycji wzrostu PKB i konsumpcji nie da się utrzymać na dłuższą metę, a szczyt cyklu koniunkturalnego mamy już za sobą. Jeśli tak się stanie, rząd zawsze jeszcze będzie miał w rezerwie argument, którego użył już dwa lata temu (kiedy wzrost był słaby): że przecież cały ten PKB to tylko fetysz, który nie interesuje Polaków, tylko wyalienowaną ze społeczeństwa grupkę ekonomistów.

Podstawowe pytanie, które może sobie zadać niesiedzący w środku tego sporu człowiek brzmi: kto mówi prawdę? A odpowiedź brzmi: obie strony mówią prawdę, tyle że obie mówią o czymś nieco innym.

Oczywiście, że mamy od roku dość szybki wzrost PKB, sięgający ok. 5 proc. Prawdą też jest, że inwestycje wzrastają, choć po gwałtownym przyspieszeniu na początku roku ich dynamika wyraźnie spadła. I prawdą jest, że największą część PKB wytwarza się dzięki konsumpcji. Więc oczywiście rząd mówi prawdę (nie przeszłoby nam nawet przez głowę, że może być inaczej).

Ekonomiści mówią jednak o czymś innym. Nie chodzi tylko o to, czy inwestycje w ostatnich kwartałach rosną. Kluczowe znaczenie dla przyszłego rozwoju ma to, jak wiele inwestujemy w relacji do wielkości produkcji, bo bez odpowiednich inwestycji nie daje się utrzymać jej wzrostu. A tutaj mamy prawdziwą katastrofę: w ciągu ostatnich sześciu kwartałów mierzone w skali całego roku inwestycje wyniosły tylko 17,7 proc. PKB, a więc najmniej od ponad 20 lat. Dla porównania: w Niemczech jest to ponad 20 proc., w Rumunii 23 proc., w Czechach 25 proc. Według planu Morawieckiego u nas też miało być 25 proc.

Problem w tym, że inwestycje są dość dziwnym typem wydatku. Nie rosną w sposób stabilny, ale zwiększają się bardzo gwałtownie wtedy, gdy w gospodarce jest boom (w latach 1996–1998 rosły średnio po 20 proc., w latach 2005–2007 po 15 proc. rocznie). W czasie spowolnienia silnie spadają. Na podniesienie stopy inwestycji pracuje się więc latami, wykorzystując w tym celu dobrą fazę szczytu koniunkturalnego, bo wtedy firmy są naprawdę skłonne inwestować.

My przeżyliśmy właśnie trwające dwa lata cykliczne przyspieszenie, któremu towarzyszył jednak spadek stopy inwestycji, bo wzrastała tylko konsumpcja, a nie one. W ten sposób zmarnowaliśmy dużą szansę na rozwój i dalszą modernizację gospodarki, a w perspektywie mamy spadek tempa rozwoju. I taka jest właśnie sytuacja, mimo wszelkich zaklęć rządu na temat cudownego wzrostu bazującego na konsumpcji.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA