„Żałuję, że nikt nie pytał nas o zdanie" – napisał w liście otwartym do ministra Szumowskiego prezydent Rybnika zaznaczonego na czerwono na epidemicznej mapie Polski. Kilka dni wcześniej do rzecznika odpowiedzialności zawodowej wpłynął donos na doktora Pawła Basiukiewicza, który odważył się podzielić na Twitterze krytycznymi, a – co warto zaznaczyć – płynącymi z własnych zawodowych doświadczeń, uwagami na temat dotychczasowej strategii walki z pandemią. To tylko dwie krople w morzu zdań, o które nikt nie zapytał. Opinii ludzi, którzy widzą i rozumieją więcej niż tylko statystyki, w jakie zapatrzył się minister zdrowia.

Jeszcze nie tak dawno rząd szczycił się projektem decentralizacji Polski. Potem jednak zniknął on w cieniu pandemicznego zamieszania. Teraz, latem 2020 roku, jest ostatni moment, żeby do niego wrócić. Nie pomimo nadzwyczajnej sytuacji, ale właśnie ze względu na nią. Pół roku temu można się było dopatrywać sensu w przekazaniu paradyktatorskiej władzy ministrowi zdrowia. Na temat choroby wiedzieliśmy niewiele, a wszędzie panowała panika. Ale czy przez ten czas naprawdę nic się nie zmieniło? Nie zdobyliśmy nowej wiedzy ani doświadczeń na temat zjawiska, które przeorganizowało nasze życie? Jesienią posłusznie zamkniemy się w domach, a przed wejściem do lasów z powrotem postawimy patrole policji? Na wszelki wypadek skażemy się na gospodarczą i społeczną hekatombę?

I to tylko dlatego, że tych, którzy mogliby nas przed nią uchronić, którzy przebieg i rzeczywiste skutki epidemii znają nie tylko z internetu i telewizji, nikt nie zapytał o zdanie. Każda nowa informacja pobudza, kłując, wzbogaca, naruszając dotychczasowy komfort. Minister zdrowia najwyraźniej postanowił się zabezpieczyć przed dyskomfortem nowych informacji. Jest też zakładnikiem własnych decyzji i słów, twarzą strategii, którą trzeba jeśli nawet nie całkowicie zmienić, to chociaż wyraźnie i na bieżąco modyfikować. Najlepiej w tym kontekście pasują jego własne słowa: musimy się otrząsnąć.

Panie ministrze, lekarzu, ulecz sam siebie.