fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Samozatrudnienie niezgody

Adobe Stock
W ogóle nie słuchamy mądrych słów naszych narodowych poetów. Przecież Aleksander Fredro pisał wyraźnie: „zgoda, a Bóg wtedy rękę poda". A tymczasem trudno o zgodę w najbardziej, wydawałoby się, oczywistych sprawach.

Już nie tylko trudno nam zgodzić się, czy Polska ma być liberalna, czy solidarna, ale nawet w tym, czy sklepy mają być zamknięte w trzy niedziele na miesiąc czy we wszystkie; czy nauczycielom wolno wypłacić choć złamany grosz za czas strajku, czy też mają za karę głodować zakuci w dyby; czy sędziowie powinni być niezależni, czy też politycy powinni zadbać o to, by nie kradli wiertarek w supermarketach; czy pedofile powinni być ścigani niezależnie od swojej społecznej funkcji, czy też Kościół ma być z tej antychrześcijańskiej nagonki wyłączony.

Obawiam się jednak, że zbliżamy się do pewnej niebezpiecznej granicy. Otóż do tej pory mogliśmy być przynajmniej pewni, że w każdym sporze rządzący PiS będzie miał, jak jeden mąż, jedno stanowisko, a Platforma odwrotne. Jak opozycja mówi „czarne", to rząd „białe" i odwrotnie (rzeczywisty kolor jest nieistotny; zazwyczaj szary, jak to bywa na tym świecie). Dawało to nam niejaką wygodę. Kto lubi rząd, popiera jego zdanie, kto opozycję – odwrotnie, nie wdając się w skomplikowane rozważania o odcieniach szarości.

Teraz jednak to się zmienia. W sprawie samozatrudnienia (czyli liniowego podatku 19 proc.) od jednej pani minister słyszymy, że rząd nie ma zamiaru nic zmieniać, a w szczególności nie ma zamiaru „testować przedsiębiorców", czyli na podstawie określonych wskaźników ustalać, czy przedsiębiorca jest przedsiębiorcą, czy tylko fikcyjnie samozatrudnionym pracownikiem, za którego pracodawca nie musi odprowadzać składek ZUS (w tym przypadku nie miałby prawa do samozatrudnienia, o co od lat walczą związki zawodowe uważające samozatrudnionych za groźną konkurencję dla swoich członków). Od drugiej pani minister słyszymy natomiast, że jak najbardziej należałoby „weryfikować przedsiębiorców", bo dopuszczanie do fikcyjnego samozatrudnienia to koszt dla budżetu. Słowem, dyskusja typu: „czarne-białe", i to w samym środku obozu władzy.

A tymczasem zdrowy rozsądek mówi, że problem nie jest czarno-biały. Nadużywanie samozatrudnienia jest skandaliczne przede wszystkim dlatego, że dla krótkookresowych korzyści tworzymy w ten sposób wielomilionową armię ludzi, którzy nie odłożą składek nawet na minimalną emeryturę, więc trzeba ich będzie w przyszłości dotować z budżetu. Z kolei proponowane „testy przedsiębiorcy" są biurokratycznymi potworkami. Przyjęcie, że jeśli ktoś ma większość dochodów od jednego klienta, to jest jego pracownikiem, a nie sprzedającym mu usługi przedsiębiorcą, jest absurdem. Bo jeśli małej firmie uda się złowić naprawdę dużego klienta, zazwyczaj nie ma zasobów na to, by obsługiwać wielu innych. Z drugiej zaś strony naprawdę jest wiele usług, które duże firmy wolą zlecać innym, mniejszym, wcale nie w celu oszczędzenia na ZUS, ale dlatego, że jest to działanie bardziej efektywne.

Oczywistym rozwiązaniem problemu jest obciążenie samozatrudnionych składkami ZUS proporcjonalnie do dochodu (tak jak to jest z płacami), a nie w stałej wysokości związanej z minimalną płacą. Ale to jest rozwiązanie z rodzaju „szarych". A w cenie są tylko „czarno-białe", bo tylko takie dobrze się sprzedają medialnie i przysparzają głosów.

Witold M. Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce, Akademia Finansów i Biznesu Vistula

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA