fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Krzysztof Rawa: Przez te oczy niebieskie

Fotorzepa/ Piotr Nowak
Justyna Kowalczyk i trener Aleksander Wierietielny tworzyli związek niebanalny. Dowodzili przez lata, że ludzi może połączyć etos pracy, upór i niechęć do pustosłowia.

Zobaczyłem ich z bliska pierwszy raz 26 listopada 2004 roku podczas zawodów PŚ w Kuusamo. Adam Małysz skakał wtedy bez błysku, można więc było przenieść zainteresowanie na znaną wówczas nielicznym dziewczynę z Kasiny Wielkiej, która w biegu na 10 km była 17.

Kontenery biegowe stały poza stadionem, nikt ich nie strzegł, jednak niewielu miało ochotę, żeby tam iść po śnieżnych wertepach i zapukać do drzwi z napisem POL. Poszedłem i zapukałem.

Widok za drzwiami był następujący: pod ścianą siedziała na podłodze, ciężko dysząc, chmurna i spocona biegaczka, na stojakach leżała para nart, nad którą z żelazkiem w dłoni uwijał się szczupły mężczyzna w masce na twarzy. Gdy usłyszał, że proszę o chwilę rozmowy, rzekł: – Teraz jest zbyt zmęczona, żeby gadać, niech pan poczeka. Dojrzawszy moje lekkie zakłopotanie (w baraku było ciasno, ale ciepło, na dworze trzaskał fiński mróz), dodał: – Tam gdzieś jest krzesło.

Ponieważ Justyna nie odzyskiwała mowy, zapytałem dla pewności:

– Pan Wierietielny? Trener potaknął i dalej z uwagą wcierał smar w ślizgi. Zadałem więc kolejne pytanie: – A ta maska to dlaczego? – Opary smarów są bardzo groźne dla zdrowia, zwłaszcza szkodzą męskiej płodności – rzucił krótko pan Aleksander z rozbawieniem widocznym przez chwilę w oczach.

Skoro się nie wystraszyłem, chwilę porozmawialiśmy o smarach oraz długich podróżach busem z Justyną przez świat. Nadzieja polskich biegów odzyskała głos, choć zachwycona tym najściem chyba nie była, bo fryzurę miała w nieładzie.

Kilka lat później, gdy w Libercu zdobywała trzy medale mistrzostw świata, mieliśmy okazję słuchać osób szczęśliwych: ona powtarzała, jak zrealizowała zalecenia trenera, on, że Justysia (ojcowskiej czułości, z jaką wymawiał to imię, nigdy nie ukrywał) to taka osoba, która odpoczywa w ten sposób, że też trenuje. Wtedy nauczyliśmy się: Justysia i trener to ten rzadki przypadek, gdy jedno myśli jak drugie.

Przedtem i potem też były dowody, że dobrali się wyjątkowo. Widać to było, gdy Wierietielny lał kijkiem narciarskim operatora kamery z TVP filmującego biegaczkę w stanie skrajnego wyczerpania w Turynie, gdy twaardo negocjował z Polskim Związkiem Narciarskim warunki funkcjonowania ekipy pracującej dla Justyny, gdy nie godził się na rozstanie z nią dla lepszych pieniędzy w innych krajach i gdy nauczył swą biegaczkę języka rosyjskiego (nawet rodzonej córki Matyldy nie nauczył) oraz rozumienia rosyjskiej duszy.

Motywowali się przez lata wzajemnie, lecz relacja uczennica–mistrz pozostała chyba do końca ich współpracy, bo choć oboje mają doktoraty sportowych uczelni, to pani Justyna z rzadką u niej pokorą twierdzi, że trener wciąż wie więcej.

Podczas igrzysk w Soczi Wierietielny już z dziennikarzami nie rozmawiał, a jego najlepsza uczennica, kiedy roztrząsaliśmy detale występu olimpijskiego, potrafiła nam rzec z niewinnym uśmiechem: – A o to to już trzeba zapytać trenera...

Gdy przestaje istnieć jeden z najtrwalszych superduetów polskiego sportu, nostalgia dotyczy nie tylko emocji, lecz nawet tego milczenia lub, niekiedy, opryskliwości obojga.

Może sedno sprawy tkwi w słowach małżonki Aleksandra Wierietielnego, pani Barbary, która powiedziała kiedyś dziennikarzowi: – Uwiodły mnie jego niebieskie oczy i ten cholerny charakter.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA