fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Krzysztof Kowalski: DNA zabytków wydobytych z dna

stock.adobe.com
Archeologia podwodna urasta na naszych oczach do rangi potężnej dyscypliny naukowej, a polskie muzeum zajmujące się tą dziedziną stało się jedną z najlepszych na świecie placówek tego rodzaju.

Płynął z Sankt Petersburga angielski drewniany statek. Zerwał się wiatr północno-zachodni, urwało mu ster i zdryfował ku brzegowi. Zakotwiczono statek i załoga zeszła na brzeg. Za Piaśnicą – to jest rzeczka, która w Dębkach płynie – mieszkał niejaki Ketelhut. On to ugościł załogę, dał posiłek i wina przyniósł, wódki albo whisky, jak to się po angielsku mówi. I tam sobie ubaw zrobili (...). Potem marynarze przetrzeźwieli i na statek wrócili. Na drugi dzień zerwał się sztorm i rozbił łajbę, która z całą załogą poszła na dno”.

W taką opowieść starego rybaka z Dębek Jana Foelknera uwierzył dr Michał Woźniewski, ichtiolog i płetwonurek, i z pomocą miejscowych rybaków, łodzią DĘB 4, rozpoczął poszukiwania wraku. I znalazł go („Wrak statku »General Carleton«, 1785”, Centralne Muzeum Morskie w Gdańsku, Gdańsk 2008). Naukowe badania wraku rozpoczęły się w 1995 r. – naukowcy nurkowali i wertowali archiwa. Nie ma dymu bez ognia, stary rybak nie fantazjował, koło Dębek zatonął angielski żaglowiec „General Carleton”. Dopóki pierwszym, „pierwszym po Bogu”, był na nim Thomas Pyman, wszystko szło jak z płatka, statek był w dobrych rękach, ponieważ Thomas Pyman był „szczęśliwym żeglarzem”, skoro „kapitanem był przez 45 lat i w tym czasie nie rozbił, nie osadził na mieliźnie i nie stracił na rzecz wroga ani jednego statku, co więcej, nie stracił nawet kotwicy lub cumy, a do tego dodać muszę rzecz wartą wspomnienia – nigdy się nie upił” (G. Young, „A History of Whitby and Streon Shalh Abbey”, Whitby 1817).

Na nieszczęście dla statku 1 grudnia 1781 r. zastąpił go kapitan William Hustler, doświadczony, ale nie „szczęśliwy”. 26 września 1785 r. na Bałtyku rozpętał się sztorm („Lista Lloyda” wymienia jego ofiary), „General Carleton” widziany był wtedy po raz ostatni. 27 września, kierował się do Gdańska. Nie dopłynął tam.

Na temat jego wraku powstała niezmiernie interesująca, wyżej cytowana książka. A teraz Narodowe Muzeum Morskie w Gdańsku przygotowało wystawę „Do DNA” prezentującą 50 lat swoich archeologicznych badań podwodnych (będzie czynna do 31 grudnia 2021 r.). Na wystawie unikalnymi zabytkami są elementy ubioru marynarzy, które dzięki dziegciowi rozlanemu w chwili katastrofy statku, dzięki jego konserwującym właściwościom, przetrwały do dziś. Jest to obecnie najliczniejsza na świecie i najlepiej zachowana kolekcja XVIII-wiecznej marynarskiej odzieży roboczej. Dodatkowo niektóre elementy stroju opatrzone są inicjałami, dzięki którym udało się zidentyfikować ich właścicieli.

Absolutnie unikalnym zabytkiem jest flet poprzeczny: przeleżał na dnie 235 lat, można z niego wydobywać poprawne dźwięki. Instrument należał do jednego z oficerów służących na statku, wykonano go w Londynie w warsztacie Charlesa Schucharta. Innym wręcz niebywałym znaleziskiem jest XVIII-wieczny słój z masłem, eksponowany na wystawie w specjalnej gablocie – przeszklonej chłodziarce, w której utrzymywany jest odpowiedni mikroklimat: temperatura, wilgotność, ciśnienie. Słój wydobyto z głębokości 82 metrów.

Wyjątkowa sceneria wystawy stwarza magiczną aurę. Eksponaty przenika atmosfera tajemniczości podwodnego świata, w którym dominują cisza i ciemność. To zachwyca. Jednak ważniejsze jest to, że można niemal zakosztować warunków pracy i życia na morzu w epoce żagla i pary.

I jeszcze jedno – ale to dostrzeże raczej tylko wnikliwy obserwator: wystawa uzmysławia, że rozwijająca się od kilku dekad – na świecie, w Europie i w Polsce – archeologia podwodna stała się trochę niepostrzeżenie ważną i ogromnie widowiskową dziedziną historii. Odkrywane i badane wraki mają wartość historyczną, ale także antykwaryczną, wypełniają je zabytki „jak żywe”. Poprzedni dyrektor narodowego Muzeum Morskiego, dr inż. Jerzy Litwin, z uporem, gdzie tylko mógł, podkreślał, że przedmioty wydobywane z wraków swoim stanem zachowania niejednokrotnie przewyższają zabytki odkrywane na lądzie.

Dzięki archeologii podwodnej niesamowicie posunęła się wiedza o dawnym szkutnictwie, technice okrętowej. W 1974 r. w gdańskim muzeum utworzono pierwszy etat dla archeologa podwodnego. Od tamtej pory minęło pół wieku. Okazało się, że w archeologii podwodnej to cała epoka. Widać to bardzo wyraźnie na wystawie „Do DNA”.

A tak na marginesie: dlaczego dno w tytule wystawy pisane jest wielkimi literami? Ponieważ – jak wyjaśnia kurator wystawy dr Elżbieta Wróblewska – chodzi o „kod genetyczny zabytków”, czyli właśnie ich DNA.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA