To, że wyszukiwarka internetowa kojarzy dane z nieprzyjemnymi treściami, nie jest z automatu winą operatora. Taka jest jej natura – to sedno czwartkowego wyroku Sądu Najwyższego. W tym wypadku link w Google kojarzył biznesmena z gangsterem.
Pozytywna postać
O Arkadiuszu L., biznesmenie z Mazur, pisała przed kilkunastu laty „Polityka" w tekście pt. „Bardzo biedny gangster". Tym gangsterem był zupełnie ktoś inny, szef miejscowego gangu wymuszającego haracze, a Arkadiusz L. postawił się mu, dzięki czemu tamtego skazano. Mimo upływu lat, jeśli w Google wpisze się jego imię, nazwisko i miasto, wyskakuje: – „Bardzo biedny gangster" – Archiwum tygodnika „Polityka", oraz link do artykułu gdzie można bezpłatnie przeczytać 2/5 tekstu. To wystarczy, by poznać, jak rzeczy się miały, ale internauta musiałby tekst przeczytać.
W ocenia Arkadiusza L. nakierowanie jego nazwiska na ten link narusza jego cześć i wiarygodność zawodową. Wystąpił więc z pozwem o ochronę dóbr osobistych, żądając zobowiązania Google do usunięcia linku. Do samego tekstu nie miał zastrzeżeń.
Czytaj też:
Czy uczciwy biznesmen musi być w Google "biednym gangsterem"
Google - precedensowy wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie
Google LLC USA, operator ogólnoświatowego portalu, odpowiadało, że taka jest natura wyszukiwarki i automatycznego tworzenia linków. Nie można przewidzieć, co wyskoczy po wpisaniu kilku słów, ale przeciętny internauta szybko zorientuje się, do jakich treści kieruje link, a w tym wypadku, że ten człowiek gangsterem nie jest.
Sąd okręgowy uznał więc, że nie można działania Google kwalifikować jako bezprawnego, gdyż kształtowanie linku i krótkiego opisu należy przede wszystkim do administratora wyświetlanych stron. Zresztą „Polityka" usunęła ten opis już w trakcie sporu. Nie jest to rolą Google, który od tego stroni, inaczej mógłby być traktowany jako cenzor internetu. Takie stanowisko prezentował w procesie pełnomocnik Google adwokat Piotr Wasilewski.
Sądowe spory
Innego zdania był Sąd Apelacyjny w Warszawie, który nakazał Google usunięcie linku. W jego ocenie specyfiką użytkowników wyszukiwarek internetowych jest to, że działa tam tzw. efekt pierwszego wrażenia i typowe dla odbiorców współczesnych mediów wyciąganie pochopnych wniosków na podstawie niezweryfikowanych przesłanek. Google nie powinno było dopuścić do takiego nieuprawnionego korzystania z danych osobowych powoda. Sąd Najwyższy nie podzielił tego stanowiska. Uznał, że nie ma w sprawie kwestii korzystania z danych osobowych, zastanawiał się, czy doszło do naruszenia czci powoda.
– Do jej naruszenia doszło, gdyż w automatycznych wyszukiwarkach do takiego przypadkowego skojarzenia nieprzyjemnych danych z wystukanym nazwiskiem czasem dochodzi – mówiła sędzia Marta Romańska.
SN zwrócił więc sprawę sądowi apelacyjnemu do ponownego rozpoznania.
Sygnatura akt: I CSK 690/17
Zbigniew Krüger, adwokat z Poznania
To bardzo rozsądne orzeczenie. Samo skojarzenie nazwiska z jakimś nieprzyjemnym tytułem to zbyt mało, by mówić o naruszeniu dóbr osobistych. Odmienne stanowisko mogłoby uderzać w istotę działania wyszukiwarek, a pośrednio w prasę. Ważny jest wskazany przez SN standard rozsądnego internauty. Gdy skupia się on na konkretnym linku, a zwłaszcza gdy z niego korzysta, przykłada więcej uwagi, niż gdy pobieżnie przegląda strony. Wtedy też może się wczytać, jakie treści kryją się pod linkiem.